Akcja · 23 min czytania
Nasza paczka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nasza paczka
Robiąc niemały skok w czasie przeniesiemy się w tym rozdziale wraz z czytelnikiem do czasów kiedy uczęszczałem do ostatniej klasy szkoły podstawowej. Wspomnę tylko, że ze wspólnego strzelania z pistoletu nic nie wyszło bo Gienek szybko gdzieś go przehandlował, tak, że nigdy potem już go nie widziałem, a jedynie został na długo w mojej pamięci bo nie mogłem odżałować, że tak się to potoczyło. Aby nie czuć się całkiem bezbronnym, zapisałem się na karate, co prawda wolałem kulturystykę ale rodzice się nie zgodzili, tłumacząc, że na siłownię chodzi tak zwany element ze wspomnianego wcześniej bazaru, to znaczy cinkciarze, wzrokowcy i rozmaici handlarze, i że nie jest to bynajmniej odpowiednie miejsce dla mnie. Zresztą, jak twierdzili rodzice, w moim wieku powinienem zdecydowanie więcej się ruszac i dlatego sporty walki będą lepsze, bo raz, że zapewnią mi sporą dawkę gimnastki, a dwa, przy mojej filigranowej posturze, zyskam poważny atut jakim będzie sztuka walki, to znaczy obrony w razie czego bo nikogo przecież sam nie będę prowokował, przynajmniej w to wierzyli moi rodzice. I rzeczywiście mieli podwójną rację, bo jeśli idzie o siłownię, to sam się przekonałem, że atmosfera tam panująca nie należała do takiej, jaką mógłbym sobie wymarzyć, choć nawet mimo tego, będąc zdesperowanym, pewnie i bym to zniósł ale wyrok moich rodziców był ostateczny. Zanim jednak klamka zapadła pozwoliłem sobie w tajemnicy przed rodzicami razem z Wasylem udać się na osiedlową siłownię o szumnej nazwie „Herakles”. Już sama lokalizacja obiektu napawała jakimś lękiem bo znajdował się on na tyłach osiedla, gdzieś za garażami, zaraz przy torowisku kolejowym i ogródkach działkowych. To nas bynajmniej nie zraziło. Zapukaliśmy do drzwi, za którymi, jak już się dowiedzieliśmy wcześniej, mieściło się biuro. - Dzień dobry. – uchylając je niepewnie przywitaliśmy starszego człowieka za biurkiem. - Proszę pana, my chcieliśmy zobaczyć, jak się ćwiczy na siłowni? – Starszy mężczyzna, spoglądał na nas przez chwile w milczeniu. Przypuszczałem, że to jest właśnie pan prezes siłowni, do którego polecono nam się udać. Miał tak zwane biuro z osobnym wejściem tuz obok sali ćwiczeń. W biurze lub może trafniej kanciapie, jaką zajmował prezes uderzył nas przy wejściu swoisty zaduch połączony z wyziewami tytoniowego dymu, bowiem prezes, jak się później okazało, mimo kłopotów zdrowotnych, odpalał jednego papierosa od drugiego. - No to popatrzcie sobie przez okno. – odparł prezes. - Ale my chcieliśmy poćwiczyć dzisiaj jeden raz. - Jeden raz nie można, albo się zapisujecie na miesiąc albo wcale. Jeden raz wam nic nie da. Możecie tylko popatrzeć i jak się wam podoba to się zapisujecie i ćwiczycie dalej. Sportowiec musi być twardy i wytrzymały. Nie ma tak, że najpierw zobaczy i w razie czego się rozmyśli. Albo coś się podoba albo nie. A tak w ogóle, to ile macie lat, nie za młodzi jesteście na siłownię? - Ja mam 15. - Ja też. - No fakt na byków to wy nie wyglądacie. – powiedział prezes. No pewnie, że nie wyglądamy – pomyślałem - właśnie dlatego chcemy się zapisać, żeby coś z tym zrobić, to chyba oczywiste. - A badania lekarskie macie? - Nie, a trzeba? - Bez badań was nie wpuszczę. Badania, zdjęcie do legitymacji członkowskiej i składka 15 złotych na miesiąc – wyjaśnił prezes, co nie było pocieszające wtedy dla nas, czuliśmy się jakby ktoś podciął nam skrzydła a my marzyliśmy o siłowni, chcieliśmy już ćwiczyć i rozwijać mięśnie a tu ten robi nam takie problemy. - Zresztą – kontynuował prezes – nie ma miejsc. Przyjdźcie w październiku, to może cos się zwolni – po tym stwierdzeniu już całkiem zeszło z nas powietrze. Nadzieja jednak paliła się nadal w naszych sercach mimo tak długiego czasu, jaki miał minąć aż będziemy mogli zacząć na poważnie rozwijać muskulaturę. Przez cały czas trwania rozmowy z prezesem, obserwował nas jakiś facet, który był też w tym pokoju i szukał czegoś wśród sterty papierów. Był niski ale zbudowany jak najprawdziwszy atleta. Kiedy rozczarowani opuszczaliśmy biuro prezesa ten ów wyszedł za nami i powiedział: - Poczekajcie chłopcy, jak chcecie poćwiczyć, to przyjdźcie jutro, nie będzie prezesa, dacie mi po pięć złotych i przez godzinę będziecie mogli poćwiczyć. Weźcie sobie tylko strój gimnastyczny na przebranie. - Aha, dobrze. A pan jest trenerem? – zapytałem. - A co nie widać? Ale prezesowi nie mówcie w razie czego, rozumiemy się? - Tak. - To do jutra – powiedział i sprężystym krokiem poszedł na siłownię. - Równy gość – powiedziałem do Wasyla. - Wszystko się da załatwić, jak się gada z odpowiednią osobą – tłumaczył mi Wasyl. - Tylko nie zapytaliśmy, czy te pięć złotych to na miesiąc czy za tę jedną godzinę – zauważyłem. - Eeee chyba na miesiąc. Zresztą zapytamy go jutro w razie czego – uspokajał Wasyl. De facto, jak się później okazało, była to oplata miesięczna a „trener” miał zawsze kilku takich łebków jak my, których w razie nalotu prezesa, podczas sprawdzania legitymacji, chował choćby do ubikacji. Nasza kariera kulturystyczna w tym czasie nie trwała długo. Byliśmy z Wasylem jeszcze kilka razy na wspomnianej siłowni. Nie wszyscy byli tam jednak typkami spod ciemnej gwiazdy, jak to ukazywali mi moi rodzice ale powiedzmy, że tylko połowa z nich choć jak się to mówi, łyżeczka dziegciu całą beczkę miodu psuje. Dodam również, że była to męska siłownia i nigdy nie widzieliśmy tam żadnej dziewczyny. Zresztą nie mógłbym sobie wyobrazić takiego widoku w tamtych czasach. Chodziłem oczywiście w tajemnicy przed rodzicami aż do momentu, kiedy rozpocząłem treningi karate. Tak więc siłą rzeczy moja przygoda z siłownią musiała się zakończyć a Wasyl nie chcąc chodzić sam i on ją niebawem zakończył. Jednakże po wielu latach, kiedy siłownia stała się bardziej dostępna i powszechna dla przeciętnego człowieka, już w innym miejscu korzystałem z jej usług ale to była już zupełnie inna bajka. Na karate chodziłem codziennie. Poznałem tam dużo nowych ludzi, co prawda z 30 osób, jakie były na pierwszym treningu, po roku, zostałem tylko ja i mój kolega Jędrzej, przeszliśmy wówczas do starszej grupy a klub zrobił następny nabór do grupy początkującej i tak co roku w podobnych proporcjach następowały ruchy personalne wśród zawodników. Na szczycie tej hierarchii była grupa seniorów, dużych, silnych i doświadczonych na zawodach byczków z czarnymi pasami. Mieli od jakieś 20 do 25 lat. Pamiętam, że nasz trener też miał wtedy niewiele ponad 25 lat. Po tym krótkim wstępie chciałbym wspomnieć w końcu o paczce, którą tworzyłem wraz z kolegami z sąsiedztwa. Osiedle, na którym mieszkałem od czasu do czasu toczyło wojny z sąsiednim. Oczywiście chodzi mi o młodzież, która w ten sposób manifestowała przynależność do swojej grupy. Było to tak naturalne, że nie zastanawiałem się wtedy, dlaczego tak było. Po prostu chłopaki z naszego osiedla trzymali ze sobą a nie z chłopakami z sąsiedniego, i samo to już powodowało pewien podział. Chłopaki z naszego osiedla chodzili do jednej szkoły a ci drudzy do drugiej. My mieliśmy swoje boisko, oni swoje. Graliśmy zawsze ze sobą, mieliśmy swoje drużyny, to samo tyczyło się ich. Do tego fizycznie przedzielała nas szeroka, dwu jezdniowa droga, której bez potrzeby nie było sensu przekraczać – wszystko, co potrzebowaliśmy było u nas na miejscu. Wiec siłą rzeczy nie było za wiele punktów wspólnych, które by nas potrafiły zjednać. Nawet mieliśmy własne kino, oni zresztą też. Nasze nazywało się Iwanowo a ich Moskwa. To że kino było pod ręką nikogo nie dziwiło bo jak by nie było, mieszkaliśmy w końcu w centrum miasta. Zdarzało się jednak, że ta umowna granica zostawała przerwana z jakichś względów i szliśmy wtedy na wojnę. Zbieraliśmy się w takich sytuacjach w duże grupy, tak około 20-30 osób i wyruszaliśmy w stronę przeciwnego osiedla, oni robili zresztą to samo i albo spotykaliśmy się na naszym terenie albo u nich. Był to swego rodzaju sprawdzian umiejętności, niektórzy to nawet lubili. Ja nie przepadałem za tym bo zawsze się bałem prawdziwych bójek, zresztą nie lubiłem się bić, choć to nie dotyczyło zawodów karate, gdzie czułem się w swoim żywiole. Wiedziałem przede wszystkim, że nic mi nie grozi, nie bałem się o siebie, ani o swoje zdrowie, tu nie było niebezpieczeństwa, kontuzje zdarzały się rzadko, poza tym walki na zawodach miały określone zasady sportowe, a walki na ulicach tylko takie, że ich nie było wcale, choć może nie tak do końca, bo nigdy nie brało się np. noży czy broni, która była po prostu śmiertelna. Owszem były czasem sztachety, kastety, kije, nawet kamienie, po prostu wszystko to, co nawinęło się w danym momencie pod rękę ale jak pamiętam nigdy nikt nie ucierpiał aż tak, żeby sprawą zainteresowała się policja. Obrażenia były ale co najwyżej siniaki, podbite oczy, złamania czy wybite zęby. Biorąc pod uwagę możliwości okaleczenia trzeba przyznać, że nie było najgorzej. Moją bronią stały się świeżo nabywane umiejętności walki karate. Posiadałem wtedy niebieski pas, który zdobyłem dzięki wygranym walkom na zawodach sportowych i zdanemu egzaminowi praktycznemu. Nie byłem typem zabijaki, który umiejętności z klubu sportowego koniecznie chce weryfikować również na ulicy. Ja ograniczałem się do treningów i zawodów i nie szukałem kłopotów ale jak się było w grupie, to kłopoty czasem potrafiły człowieka znaleźć same, zgodnie z zasadą odpowiedzialności zbiorowej. A było to tak: Szliśmy pewnego dnia w szóstkę chodnikiem, właściwie bez celu, nie pierwszy zresztą raz, i zauważyliśmy, że w którymś momencie przed nami pojawił się jakiś nieznany chłopak. Szedł prosto na nas wiec my zwolniliśmy i obserwowaliśmy, co zrobi skoro zagrodziliśmy mu drogę. On szedł nadal środkiem chodnika a kiedy nas spostrzegł, chciał nas minąć schodząc na ulice. My dla zabawy zrobiliśmy mu niby miejsce ale w ostatniej chwili się zbliżyliśmy do siebie i chłopak wpadł na nas niczym na mur. - E, masz fajki? – pyta Benek, najbardziej zadziorny z nas. - Nie mam. Nie palę. – odpowiada nieznajomy. - No to co się pchasz? - Chciałem przejść tylko. - To teraz skoczysz mi po fajki i potem pójdziesz swoją drogą – tonem rozkazującym rzucił Benek. - Nie mam kasy. - To twój problem, nie trzeba się było pchać na nas. Chłopak nie chciał dyskutować dalej tylko przejść wiec próbuje nas ominąć ale Misiek zagradza mu drogę swoimi osiemdziesięcioma kilogramami masy i mówi: - Dokąd? Nie słyszałeś? Chcesz przejść, to kup fajki. - No już dobrze, pójdę. – odpowiada nieznajomy. - No to na biegu, tam masz kiosk. – wskazuje ręką Benek i wypłaca chłopakowi kokosa w sam czubek głowy. Kiosk istotnie był niedaleko jakieś 30 metrów. Nieznajomy chłopak przechodzi wiec przez jezdnię i idzie w kierunku, z którego notabene przyszedł, jednak, kiedy jest już po drugiej stronie ulicy, zrywa się z miejsca ile sił w nogach i biegnie w przeciwną stronę. - Za nim! – krzyczy Benek i wszyscy, jak na rozkaz rzucamy się do pościgu. Chłopak jest piekielnie szybki ale na jego nieszczęście nas jest więcej a tym samym szansa że wśród nas jest godny dla niego przeciwnik jest większa. Wszyscy jednak wiedzieli, ze Wasyl choć nie wyglądał na olbrzyma, podobnie jak ja zresztą był z nas najszybszy. - Andrzej, Gienek i Kisiel na drugą stronę ulicy! – pada kolejny rozkaz z ust Benka i przelatujemy domyślając się, że chodzi mu o odcięcie ucieczki z drugiej strony. Biegniemy, to chodnikiem, to skrajem ulicy, wymijamy przechodniów, samochody czasem na nas trąbią, wszystko miga nam przed oczami, które utkwione są w jeden szybko oddalający się punkt. Nagle z bramy wyjeżdża samochód i zagradza…