Podróże · 8 min czytania
Nasze Morze
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nasze Morze
Upragniony, wyczekany urlop.... cały rok zaciskania zębów, wysłuchiwania uwag szefa, odliczanie do „fajrantu” i wreszcie – jest!
Synonimem polskiego urlopu jest tylko i wyłącznie wyjazd nad morze, jakikolwiek bliższy wyjazd nad cuchnące bajoro niedaleko miasta można określić co najwyżej terminem „wypadzik” i jako taki nie jest godny nawet wzmianki w towarzystwie. Wyjazd w góry przystoi tylko ludziom niepoważnym, którzy nie wiedzieć dlaczego przyjemność upatrują w bezcelowym łażeniu po wertepach. Elementem niezbędnym prawdziwego urlopu, jest pokonanie co najmniej 400 kilometrów w kierunku północnym, najlepiej zakupionym specjalnie na ta okazję wehikułem, niekoniecznie nowym. Sama zas podróż jest newralgiczną częścią wakacji, która bodajże najczęściej pojawia się w powakacyjnych relacjach. Najmniej przyjemną jego częścią jest wyjazd z miasta ale już po godzinie jazdy można wreszcie odetchnąć pełna piersią, a na drodze rozpoczyna się „szarża lekkiej brygady”, a w rodakach odzywa się krew zwycięskich przodków spod Somosierry, Kircholmu czy przynajmniej Rokitny. Jazda w szeregu nie przystoi prawdziwemu kawalerzyście – zwykłe wyprzedzanie maruderów tez nie jest wystarczająco ekscytujące – do pełnego szczęścia niezbędne jest rozwinięcie tyraliery i wykonywanie manewru grupowo. Niestety, nie wszyscy rozumieją ułańska fantazję i co rusz napotkać można utrudniających życie dywersantów schowanych na topornych metalowych masztach, robiących zdjęcia przywódcom szarży. Godziny jazdy gościńcami po pewnym czasie wloką się niemiłosiernie. Urozmaiceniem może być przerwa w podróży, jako że wzdłuż słowiańskiego bursztynowego szlaku czyli drogi krajowej nr 1, karczm i barów ilośc wprost niezliczona. Prawdziwy wyjazd nie może uchodzić za udany bez przeżucia zelówy z grilla i połamania kilku plastikowych widelców. Tak wzmocnieni psychicznie i fizycznie możemy kontynuować jazdę do wymarzonego celu, gdzie będzie można spokojnie podzielić się wrażeniami z podróży, typu „ w siedem dojechałem”, czym w zbudzimy niekłamany podziw współurlopowiczów, jakkolwiek szybko dochodzimy do wniosku że dojechanie cało i zdrowo jest już niewątpliwym sukcesem i powodem do dumy. Samo pokonanie trasy oczywiście sprawy nie załatwia. Punktem chyba najważniejszym jest miejsce GDZIE zamieszkamy podczas wakacji, określane często mianem „kwaterki”. Tu w odróżnieniu od sytuacji na szosie, triumfy swięcą ci którzy nie ryzykują i przyjeżdżają w miejsce im znane i sprawdzone, i wiedzą czego się mogą spodziewać. Tracą oni jednakże radość odkrywców którzy otwierając drzwi pokoju mogą ryknąć: „pa, czajnik bezprzewodowy wstawili!!!!” Ci ostatni jednak narażają się na ogromne ryzyko spędzenia 2 koszmarnie długich tygodni bez telewizora, który „podobno miał być”.
Zakwaterowani i rozpakowani wreszcie możemy zacząć rozkoszować się zasłużonym wypoczynkiem. Rozrywek czeka nas bez liku. Pierwszą i stałą jest udział w tzw „bałtyckiej loterii pogodowej” stawka jest dość wysoka – w przypadku niepowodzenia, musimy liczyć się z szyderczym rechotem tych którzy zdradzając tradycję wyjechali na południe Europy i z ogromnym napięciem obserwują prognozy pogody dla Polski aby z triumfem wysyczeć „leje im, leje im!!” Ryzyko narażenia się na drwiny jest niestety dość wysokie, ale przecież owi zdrajcy skazani są na niemiłosierny upał, wiec i im należy się odrobina radości. Główną i największą atrakcją jest oczywiście plaża. I tu pierwsza niemiła niespodzianka. Nie wiedzieć czemu zniknął miły zwyczaj słuchania na plaży programu pierwszego polskiego radia, więc odpada możliwość wysłuchiwania komunikatów o stanie rzeki Wisły w stylu: „w Zawichoście ubyło 4 przybyło 7”, jak też będziemy kompletnie odcięci od informacji które akweny zostały zamknięte dla żeglugi i rybołówstwa, nie mówiąc już o rozkoszowaniu się dźwiękiem sygnału hejnału z wieży mariackiej. Wszelkie pozostałe atrakcje pozostały na szczęście bez zmian. Z uwagi na szczególna popularność plaży w…