Psychologia · 14 min czytania
Natura Lucka cz.II
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Natura Lucka cz.II - W sklepie we wiosce
Mańcia Bartosowa stała w sklepie we wiosce. Była kobietą już starą, siedemdziesiąt pięć lat liczyła już sobie, niemniej jednak wciąż pozostawała dziarska, a jak było trzeba potrafiła nawet przyłożyć. Męża straciła dawno temu, zginął pod traktorem. Mańcia nie wstąpiła jednak ponownie w związek małżeński. Jej jedyna córka, Ewelina wyjechała do miasta. Uciekła z rodzinnej wioski i już więcej się nie pokazała. "Ja wam mówię, że ona kiedy wróci, i mnie zabierze ze sobo..." - zwykła powiadać Mańcia. Nic jednak nie wskazywało na to, że jej sytuacja ulegnie choćby najdrobniejszej zmianie na lepsze. - Pochwalony - odezwał się Kazimierz zamykając za sobą drzwi. Umieszczony tuż nad nimi dzwoneczek zadźwięczał metalicznie i sprawił, że na zapleczu zapanował niewielki ruch. Przynajmniej tak się Kazimierzowi na pierwszy rzut oka wydało. Sklep był nieduży, raczej średni. Mieścił się w specjalnie zagospodarowanej oficynie w domu Stefana Bartoszewicza. Dom był stary i miejscami odrapany, jakby nikt nie pokwapił się nigdy do jego remontu, otynkowany żółtym barankiem i ogrodzony zardzewiałą siatką. Jedyne co miał porządnego to ogród. Ogród pięknie kwitnący w lecie i doskonale zadbany przez Mańcię. Wewnątrz pomieszczenia sklepowego panował pewien smutny półmrok. Okno na pół zasłonięte żaluzjami i tekturową reklamą Coca-coli wpuszczało do środka mało światła. Mimo, że było jedyne, to wyglądało, jakby nikt go nie mył przez dobre parę lat. Dzieciaki w wiosce mówiły, że to prawda. Jak się weszło, od razu po prawej miało się lodówkę wystawową, a dalej półki z wyrobami piekarskimi, przyprawami. Dalej w głębi sklepu, stała dość niska lada, a za nią, przy ścianie, półki z alkoholami. - Na wieki wieków Kazimierzu... - odezwała się Mańcia Bartosowa wychodząc z zaplecza. - a co sprowadza? - Na zakupy zem psysedł - Kazimierz uśmiechnął się i stanął przed ladą na szeroko rozstawionych nogach. - A co podać ? - Mańcia odpowiedziała mu uśmiechem. - Chliba dwa bohny, mlieka... - stał i rozglądał się po sklepie. Z półki z alkoholami wzrok przeniósł na skuloną w kącie drobną figurę Mańci. Coś jakby martwe wspomnienie ożywiło się naraz w jego pamięci. Wepchnął ręce głębiej w kieszenie spodni, zakaszlał i gapił się dalej. - jesce cegoś ? - Mańcia zawinęła towar w papier i bazgrała coś ołówkiem na kartce - no co sie tak gapi, ducha zobacył cy co... cos jesce? - To prawda co ludzie gadajo ? - zapytał nagle. - a co gadajo ?- Mańcia oderwała głowę od rachunków. Kazimierz milczał przez chwilę chcąc zebrać myśli. - Ty dobze Mańcia wis co gadajao - jego spojrzenie i ton były stanowcze. - To urok Kazimirz, przeklyństwo, rozumis ty mnie? - Mańcia dobrze wiedziała o co chodzi Kazimierzowi. - Mój dzieciak, a ni zadny psyklyństwo, inny,to inny, ale zawse mój - Jego ton nie stracił na stanowczości. - To nawet nie cłowiek - Mańcia zbliżyła do niego twarz i wyszeptała - to szatańskie nasienie, kara, rozumis? tza to było za dziwcynami latać i psować, O tym tyz gadajo, Kaźmirz, chocia było bardzo dawno. - Z tobo było mi dobze, juz później ... - Kazimierz także ściszył głos. - Bój się Boga, chłopie... mów cygo jesce chces i wynocha - Bartosowa zdenerwowała się na dobre. - Winiora dwie butelki, herbaty packe i wyndliny jakiejś - Kazimierz oparł się rękoma o ladę i nie spuszczał wzroku z Mańci. Czas sprawił, że częściowo pogodził się z losem. Tak miało być, wola Boska. Mimo to jednak, nie chciał. Lucek to jego pierworodny, jedyny. Dlaczego akurat jemu nie wolno było cieszyć się ojcostwem, dlaczego? Dlaczego występował w biernej roli pana, jak to bywa z psami. Popatrzył w okno i głęboko westchnął. Mańcia tymczasem postawiła przed nim jego zakupy i podliczyła cenę. Na zapleczu rozległ się dźwięk telefonu. - Razem dwadzieścia jeden i piędziesiąt, a powiem zonce, ze winioro kupuje, powiem... - rzekła. Kazimierz nie odezwał się. Położył pieniądze na ladzie, zakupy zgarnął w siatkę i odwrócił się ku wyjściu. Dopiero teraz ogarnął wzrokiem całe pomieszczenie i dostrzegł Jędrka Drucisa siedzącego na krześle w rogu i sączącego piwo z puszki. Jędrek był krępym mężczyzną o siwych, przylizanych włosach i ogorzałej twarzy maszynisty. Na kolei jednak nie pracował, zajmował się gospodarką. Miał chyba najbardziej dochodowe gospodarstwo mleczne we wsi. Po tym, jak latem krowy Piotrowych rozdęło, bez wątpienia najlepsze. A i zdrowiem cieszył się dobrym. Starszy syn uczył się na mechanika w mieście, młodszy, jeszcze w podstawowej szkole, ale już się na wszystkim znał w gospodarstwie. - Pochwalony Andzeju, nie zauważył ja ciebie - Kazimierz wyciągnął w kierunku znajomego rękę. - Witajcie Kazimierzu - odrzekł Jędrek - jak zdrowie? - Człek juz stary, i pogoda nie słuzy, jak jakuś katar i kaszel złapałem w jesieni tak o i dotąd tsyma. - A u doktora nie byliśta? Warto by sie przejść jak nie. - Jędrek podniósł się z krzesła i wyprostował na nogach. - Nie był, nie był, Małgosia godojo ze samo psejdzie, poi mnie miodom i lipowy kwiatom, jak zawse, za stary ja na doktorow... - Już tam Kazimierz za stary, pójdziemy? - Jędrek wskazał wyjście - z Bogiem Bartosowo! - Z Bogiem, z Bogiem ... - odrzekła Mańcia zza lady - A Kazimierzu! - dodała po chwili. - A powiedz zonie, zeby psysła na kółko różańcowe, tyle juz jej nie ma... - Powiem, powiem - odrzekł Kazimierz zamykając dzrzwi. - Z Bogiem... - wyszeptał do siebie, kiedy byli już na zewnątrz z Jędrkiem. - Sie szykuje sroga zima - zagadnął Jędrek. - Jaka by nie była... - Kazimierz nie patrzył na niego - już powoli umierać przyjdzie, niedługo... - Niech Kazimierz tak nie gada, nie tą, ale i pięć następnych, jeszcze Kazimierz przeżyje. - Gadaj zdrów... - przerwał mu gwałtowny atak kaszlu. - Koniecznie do doktora, koniecznie, ja mówię, że też do tej pory, Kazimierz nie poszedł, przecież to może być nawet gdzie jakie zapalenie płuc, albo inne cholerstwo, niech Kazimierz wsiędzie kiedy w autobus, albo się z kim zabierze i skoczy do miasta. - Tyle jus lat w mieście nie był, ze scyze powiem, ze sie bojam jechać, to nie dla mnie... - Dla Kazimierza, dla Kazimierza, dla Kazimierzowego zdrowia przede wszystkim... a jak tam się miewa szanowna małżonka ? - Jędrek zmienił temat. - Jak to baba, sie zondzi w chałpie,ksycy, jak więcej wypije, ale zreć da, gaci wypierze, a i tez stara juz... - A zdrowa ? - Jędrek roześmiał się ukazując rząd zębów, w którym wyróżniały się centralnie z przodu dwa złote. - Zdrowa... - Kazimierz przysiadł na ławce przed sklepem - moze winiora wypijem, jak do domu doniosę to gotowa schować. - No dobra - Jędrek nie zdradzał zniechęcenia. -