Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 16 min czytania

Natura Lucka cz.IV

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Natura Lucka cz.IV - Pierwsza noc w lesie

Wieczór zastał Kazimierza rąbiącego drzewo w stodole. Ściemniło się nagle, wiatr się wzmógł i szarpał gniewnie nagimi gałęziami drzew. Zza pagórka dobiegała łuna różowego, ciepłego światła latarni elektrycznych ze wsi. Mrok, który wdarł się wraz wiatrem do stodoły przeszkodził Kazimierzowi w kontynuowaniu czynności. Mężczyzna pozbierał z klepiska kawałki drzazgi i załadował je do nosidła. Potem zamknął za sobą drzwi i wydeptaną w śniegu ścieżką podążył do domu. W kuchni paliła się świeca. Był w stanie dostrzec ślizgające się po ścianach wewnątrz echo płomienia. Postanowili z Małgorzatą, że jednak dziś wieczór zaprowadzą Lucka do starej leśniczówki na skraju lasu. Kiedy Kazimierz wrócił ze sklepu sporo nawymyślali sobie z żoną. Kazimierz nie był w stanie uwierzyć, że i on, i Małgorzata są w stanie posunąć się tak daleko. Bali się jednak, oboje się bali, że ktoś mógłby zobaczyć ich syna. Dlatego postanowili zaprowadzić go do leśniczówki po zapadnięciu zmroku. Kazimierz na początku nie zgodził się. Powiedział żonie wszystko co słyszał od Mańci i od Jędrka, i dodał, że po jego trupie dojdzie to do skutku. Wtedy Małgorzata się na dobre rozkrzyczała, zaczęła tłuc go na oślep po twarzy, drapać tak, że w końcu usiadł bezradny na krześle i załamał ręce. - Słońce juz zasło, moze pora? - powiedział wchodząc do mieszkania. Małgorzata siedziała odwrócona do niego plecami. Na nagich kuchennych ścianach pływały tajemnicze cienie. Nie odezwała się ani słowem. - Spakowała go? Spostrzegł, że kiwnęła głową, jakby nie mogła mówić. - Powiedz co no... - Co mam gadać - głos jej był rozedrgany. Kazimierz był pewien, że płakała. - Nie ryc - usiadł obok niej - tak tseba, sama mówiłaś. - Kiedy ja nie moge... - łzy błyszczały w jej oczach, co raz wycierała kawałkiem szmaty nos. - A jak oni przyjdą, jak cała wioska się zejdzie, to będzie wstyd dopiero. - Wstyd, kurwa, to twoja wina. - Co moja, co moja ? - Było latać i bałamucić... - Młode bylim... - Idź, weź go i zaprowadź, niech bedzie święty spokój. Kazimierz zamilkł nie próbował jednak nawet wstać. Wiedział, że nogi odmówiłyby mu posłuszeństwa. Siedział dysząc ciężko i pokasłując od czasu do czasu, z wzrokiem wlepionym w ciemność za oknem. Przerażała go ona niezmiernie, zdawała się wkraczać w jego życie i wypełniać je po brzegi. Z odrętwienia ocknął się dopiero po kilku minutach. Przeszedł do sieni, założył kożuch i opatulił głowę szalem. Otworzył drzwi do piwnicy i krzyknął kilka razy imię syna. - Lucek ! Lucek, chodź no pójdziemy do twego nowego domu - starał się nadać tonowi swego głosu wyraz jak najbardziej pewny i zdecydowany. Nie doczekał się jednak odpowiedzi. - Chodź Lucek do ojca, no. Cisza. Może jakiś szmer, ale nic się nie zmieniło. Kazimierz zdecydował się w końcu zejść do piwnicy. - Lucek ,nie jestem w nastroju na zabawę w chowanego, wyłaź. - Kazimierz zszedł po schodach na dół. Czuł wokół zaduch jaki wydzielał grzyb, którym oblepione były drewniane części konstrukcji piwnicznego stropu. - No chodź, bo dostaniesz kijem... - dopiero te słowa sprawiły, że spośród czerni pomieszczenia dobiegł do jego uszu bardzo wyraźny szmer - No Lucek, bądź grzeczny. Chłopak leżał na swoim posłaniu z siana i szmat, cały opatulony w stary kożuch Kazimierza. - YYYYYYY..... - rozległo się nagle w ciemności - yyyyaaaaannnn... Kazimierz aż wzdrygnął się na wspomnienie tych odgłosów. Ostatnim razem, kiedy chłopak wydawał takie dźwięki, następnego ranka Kazimierz znalazł w lesie trupa dziewczyny. - Chodź idziemy - podszedł bliżej i złapał leżącego za kołnierz. Tamten jednak ani drgnął. - yyyyyyyyiiiiiiiiiiii.... - głos jego przeszedł w przenikliwy pisk. - Ruszysz się, czy nie? - Kazimierz starał się nadać swojemu głosowi taki sam stanowczy ton. O dziwo Lucek ruszył się bez większego oporu. Popiskiwał tylko cicho od czasu do czasu. Stanął na nogach. Chyba wyczuwał, że za chwilę stanie się coś, co raz na zawsze gruntownie zmieni jego życie. Niektórzy wierzą, że ludzie upośledzeni mają właśnie jakiś dodatkowy szósty zmysł, który rekompensuje w pewien sposób niedostatecznie poprawne funkcjonowanie innych. Kazimierz też w głębi duszy w to wierzył. Przeszli kilka kroków znaleźli się na schodach. Tu Kazimierz musiał pomóc synowi wydostać się na górę. Po chwili znaleźli się w mrocznym korytarzu. Z kuchni dobiegał migotliwy blask płomienia. Kazimierz był dzięki niemu w stanie zobaczyć groteskową twarz Lucka. Wzdrygnął się jednak kiedy ujrzał ją kątem oka. Poczuł ogromny lęk płynący właściwie nie wiadomo skąd. Bał się syna, bał się tej strasznej, rozszczepionej wargi, tego spłaszczonego nosa, tych oczu błyskających w półmroku korytarza jak wilcze ślepia. Bał się nawet tego zapachu, którym przesiąkł jego stary kożuch, okrywający obecnie barki Lucjana. Kazimierz nic nie mówił. Nie miał siły wypowiedzieć ani słowa. Zatrzymał się na chwilę w kuchennych drzwiach. Małgorzata nadal siedziała tyłem do wejścia z twarzą ukrytą w dłoniach. Od czasu do czasu jej ciałem targały konwulsje łkania. Nie wydawała jednak z siebie żadnych dźwięków. Kazimierz podniósł stojący w rogu obszerny tobołek i zarzucił go sobie na plecy. Zawiniątko było niezwykle ciężkie. Kazimierzowi wydawało się, że przygniata go do ziemi. Bez słowa minął stojącego w przedpokoju Lucka i wyszedł na zewnątrz nie zamykając za sobą drzwi. Po kilku krokach przystanął i głęboko westchnął. Czekał. Noc rozpostarła się przeraźliwie czarna już na dobre. Bardzo wyraźna łuna bijąca zza pagórków zbladła, osiadła leniwie na stojących wysoko nad ziemią ciemnych chmurach. W powietrzu czuć było powiew muskający twarz i włosy. Spośród zlewającego się w mroku świata, Kazimierz odróżniał jaśniejszą połać śniegu pod nogami i na wprost swoich oczu. Postąpił jeszcze kilka kroków. - Chodź Lucek... - rzucił cicho w przestrzeń. Głos jego zadrżał, zadzwonił jak szklane naczynie. Stłumiła go cisza nocy. Po chwili jednak ciężkie kroki Lucka zniszczyły tę ciszę złowrogą. Trzaśnięcie drzwi i Kazimierz ruszył przed siebie. Nie patrzył wstecz. Dopóki słyszał za sobą skrzypienie śniegu pod podeszwami butów syna. Przypomniał sobie, jak chodzili kiedyś razem nad rzeczkę na ryby. W najszerszym i najgłębszym miejscu brały najlepiej. Któregoś dnia mały Lucek wpadł do tej rzeki. Kazimierzowi wydawało się wtedy, że cały świat się kończy. Bez namysłu skoczył mu na ratunek. Wszystko skończyło dobrze. Tylko później Magorzata. W młodości nie była taka. Bardziej była milcząca. Kiedy urodziła Lucka płakała. Tyle płakała; i Kazimierz z nią. Nie wiedział, że można tyle płakać. Dzień w dzień i noc w noc. Tygodniami, miesiącami... Potem nagle zamilkła. I nic nie mówiła. Była z nim milcząca, krucha i twarda jednocześnie. Kazimierz starał się o nią i o syna jak mógł. Potem się to wszystko zaczęło. Te nieszczęścia, to natrętne, gorsze od jakiegokolwiek zła ludzkie gadanie. Na początku Kazimierz jakby tego nie zauważał. Potem nagle wszystkie drobne detale nabrały monstrualnego znaczenia. Bolały jak źle zgojone rany. Kierowali się na wschód, w stronę lasu. Od zagrody Kazimierza dzieliło go jakieś trzy kilometry przez pola. Żeby dość do starej leśniczówki, musieli przejść jeszcze ze dwa kilometry lasem. Leśniczówka znajdowała się głęboko w puszczy i była stara jak świat. Starsza od Kazimierza. Przed wojną urzędował tam leśniczy. Jak przyszli Niemcy to budynek podpalili. Dopiero po wojnie przyjechali jacyś ludzie i coś tam zaczęli odbudowywać. Mieszkali też trochę, ale któregoś lata przyszła wichura, zwiała im dach i zniszczyła większość posiadłości. Nie mieli pieniędzy, żeby odbudować, czy jakieś antypaństwowe interesy tam knuli, nie wiadomo. Grunt, że wyjechali i słuch o nich zaginął. Budynek natomiast stał i…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Natura Lucka cz.IV — czytnik · opowiadania