Duchy · 6 min czytania
Natura Lucka cz.IX
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Przysługa
Zapytacie, co z Kazimierzem - Do rana tułał się po lesie. Dopiero po świtaniu, dotarł do swojej zagrody. - Co tobie? – zapytała Małgorzata, gdy ujrzała go w drzwiach. Ale on nie odrzekł nic. Przez najbliższy czas miał nic już do niej nie mówić. Trząsł się cały, pokasływał, mamrotał jakieś dziwne zdania, a oczy miał szkliste i utkwione w jeden punkt. Zwariował – pomyślała Małgorzata. Dopiero, na kółku różańcowym powiedzieli jej, co się stało. Baby patrzyły na nią tak, jakby to ona była wszystkiemu winna. Złorzeczyły jej jak nigdy, toteż najprędzej od nich uciekła. Lucek nie żyje. Dziwne... przyjęła to z obojętnością. Dopiero po kilku dniach wszystko do niej dotarło i legła w łóżku. Wydawało się, że umrze. Mańcia również dowiedziała się o wszystkim trochę po czasie. Czekała na jakie wieści, zabili odmieńca ili nie... Aż tu budzą ją i mówią – nie żyją, oboje nie żyją... Oboje nie żyją. Ale po niej te śmierci również spłynęły, jak po kaczce. Załatwiła trumnę, podzwoniła po rodzinie, by zjeżdżali się na pogrzeb. Tak się przynajmniej wydawało na początku, że dobrze się trzyma. Dopiero przy pochówku... Dostała ataku serca. Przyjechało pogotowie i zabrało ją. Pewnie leży do tej pory. Lucjana pochowano niedbale. Mało było ludzi na pogrzebie. Właściwie to proboszcz wszystko załatwił – miejsce na cmentarzu, trumnę... dobry był z niego człowiek. Pogrzeb odbył się szybko. Członkinie kółka różańcowego nie pozwoliły na to, by oba ciała pochowano jednocześnie toteż pogrzeb Lucka załatwiono jak najszybciej. Potem policja i te wszystkie nieprzyjemne okoliczności związane z dochodzeniem. Media też nagle zainteresowały się życiem wieśniaków. Na krótko jednak. Minęły święta i koniec. Wróciło życie do normalnego porządku. Tylko Mańcia nie prowadziła już sklepu. Atak serca sparaliżował ją na dobre. Nie ruszała się z łóżka. Sprzedali interes. Młody Sołtysiak, co coś tam z handlem kombinował, zaczął prowadzić budkę wielobranżową. „Trochę czasu trzeba, zanim prawdziwy sklep z prawdziwego zdarzenia otworzym” – mawiał. Małgorzata doszła do siebie też jakoś po świętach. Przestała chodzić już na te kółka różańcowe. A jak po co do wioski trza było lecieć, to wysyłała Kazimierza. Wolała nie pokazywać się nikomu na oczy. Smutne były to święta. Kazimierz nadal milczał, pokasływał, patrzył przed siebie, wydawał się nie obecny. Dopiero z Nowym Rokiem zaczął coś gadać. Normalnie, jak kiedyś. Nabrał jednak w oczach Małgorzaty pewnego autorytetu. Któregoś wieczora, jeszcze przed Trzema Królami, w nocy…