Religia · 4 min czytania
Natura Lucka - Zakończenie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ślady na śniegu
- Wies co je najgorse? - Kazimierz spoglądał w okno, pokasłując od czasu do czasu. - Ja nic juz nie wim, głupia baba ze mni... - Małgorzata nie odwracała głowy od ściany oblanej smugą światła. - Najgorse je to, ze kazdy cłowiek mysli, ze jego pseklynstwo, jest tylko jego... - zamilkł na chwilę w oczekiwaniu na reakcję, ta jednak w zauważalny sposób nie nastąpiła - Ze kazdy myśli ze jego pseklyństwo jest tylko jego, a ono wcale nie jest jego, kazdy ma jednakowe, kazdemu dane... a jesce gorse je to, ze jak juz ktoś zrozumi, ze to jego psyklyństwo to je nic, to traktuje je jak koniecność... - wydawało mu się, że to co powiedział pozbawione jest jakiegokolwiek sensu, że jego podświadomość kazała mu majaczyć - nie wim... - dodał po chwili w geście mimowolnego usprawiedliwienia. Ranek olśnił go swoim blaskiem, swoją euforią. Mimo wszelkich ostatnich wydarzeń, Kazimierz nie czuł jednak nic. Tylko pustkę. Dziwiło go to, że jego ciało wciąż się jeszcze trzęsie, że nie może zmrużyć oka, że skończyło się tak wiele. Dusza jego unosiła się jednak w błogim spokoju. - Ja tez nic nie wim, Kaziuk, taka je moze nasa lucka natura... - Małgorzata nie odwróciła twarzy od ściany. - Nie wim, dobrze, że chocia oni mają tera spokój... - Coś ty z nimi zrobił? - Uratowałem ich... - Od cego? - Od wiecnosci niebieskiej. - Wis co? Leć ty lepiej do sklepu po jakie likarstwo od głowy i od bólu, i nie pierdol, nie bluźnij! - Dostali wiecność ziemskom, i ich własną miłość i świat, i spokój... - Spokój... - Powtórzyła półgłosem Małgorzata. - Ano spokój, Spkój jakiego my wsie szukamy... - Weź ty juz stary nie pierdol tylko leć do tego sklepu, a i jedzynia jakiego kup! - Ide juz jde. - Kazimierz podniósł się z krzesła i wyprostował. Przeszedł do sionki, nałożył kożuch i dobrze otulił szalikiem. Spojrzał ukradkiem na drzwi do piwnicy. I tym razem nie poczuł jednak nic. Chwilę czekał, jakby chcąc przywołać choć trochę…