Fantasy · 20 min czytania
Nawiedzony Dwór - Część I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
- Widziałeś jej minę, Vinnredzie? Zachowywała się tak, jakby nigdy w życiu tego nie robiła. - przystojny mężczyzna zdradzający południowe pochodzenie uśmiechnął się szeroko w siodle swej białej klaczy. Jadący obok niego zakapturzony jegomość jedynie pokiwał głową. - A wziąłeś pod uwagę, że naprawdę mogła tego nie robić? I że nie chciała? Twoja propozycja była co najmniej nie na miejscu, Vestelu. - odparł rozbawiony towarzysz, ubrany w ciemne, zdobione szaty, których nie powstydziłby się najlepszy magister magii z Altdorfu. Sposób mówienia i ton jego głosu odkrywały odebrane wyższe wykształcenie. - Pomijając fakt, że jej bracia chcieli powiesić cię za jaja i że cię przed tym uchroniłem, to nie było nic ciekawego w wydarzeniach dzisiejszego poranka. No może prócz wybornej jajecznicy ze skwarkami. - Coraz bardziej zaczynam wątpić w twoje poczucie humoru, Sylvańczyku. - Vestel uśmiechnął się krzywo, posyłając kompanowi bystre spojrzenie, a następnie zmarszczył brwi.
Mężczyzna dziwił się, dlaczego karczemna dziewka z byle jakiej gospody na trakcie nie poszła z nim do łóżka, skoro jego uroda pozwalała mu zdobywać najlepsze panny w samej stolicy. Ubrany niczym bogaty kupiec, wypachniony, ogolony, wabił wszelkie niewiasty nie tylko swoim strojem, ale i wyglądem. Kwadratowa szczęka, zadziorny uśmiech i przenikliwe spojrzenie brązowych oczu zawsze działały na płeć piękną, a przystrzyżone na modłę estalijską wąsiki i bródka jedynie dopieszczały wygląd Tileańczyka. - Z moim poczuciem humoru wszystko w porządku, przyjacielu, czego nie można powiedzieć o twoich manierach. - Vinnred roześmiał się spod szerokiego kaptura, wspominając, jak uratował krnąbrnego Tileańczyka przed kilkoma osiłkami. - Popracujemy nad tym, jak tylko dotrzemy do Middenheim. Nawet mojej siostrze się nie udało, więc szybko się zniechęcisz, czarodzieju. - odparł rozbawiony Vestel. - Nie sądzę, drogi towarzyszu. Akurat ja, w porównaniu z innymi ludźmi, mam dużo czasu. I wierz mi, wiem co mówię. - spojrzał na niego zmrużonymi oczami, a delikatny uśmiech zagościł w kącikach ust. Skoro tak uważasz. - Tileańczyk wzruszył ramionami. - Ja w każdym razie nie zamierzam odmawiać sobie cielesnych uciech, gdziekolwiek bym był... Jak to mówią w Imperium, raz się żyje. - Nie zawsze to, co mówią, jest prawdą młodzieńcze. - odrzekł tajemniczo czarodziej patrząc przed siebie. - W niektórych kręgach Imperium ludzie twierdzą, że wypowiadanie słowa 'elf' na głos, przynosi nieszczęście. Dlatego już dawno przestałem się interesować tym, co mówią inni. Zwłaszcza zabobonne mieszczuchy i chłopi z klapkami na oczach.
Vestel pozostawił to bez komentarza, a czarodziej najwyraźniej trafił w sedno swoją wypowiedzią. Podróżował z młodym Południowcem od kilku dni i gdziekolwiek gościli, zadziorny Tileańczyk zwykle pakował się w różne kłopoty, najczęściej związane z kobietami. Czarodziej nie przypominał już sobie, ile razy pomógł mu wyjść z opresji cało podczas ich wspólnej drogi, a z każdym kolejnym razem zaczynało go to coraz bardziej irytować. Bo ileż można niańczyć dorosłego faceta, który traci rozum gdy widzi kawałek cycka? Vestel Orlandoni wydawał się być psem na baby, wiecznie głodnym nowych cielesnych doznań. Z tego, co zauważył czarodziej, był też niezłym szermierzem o niewyparzonym języku. I nie przejmował się żadnymi konsekwencjami. Typowy wychowany pod kloszem szlachetka, który myślał o sobie 'pan życia'.
- Czy wszyscy czarodzieje z Imperium są takimi tajemniczymi sukinsynami jak ty, Vinnredzie? - zapytał Vestel z obojętnością w głosie, przerywając myśli Vinnreda. - Rozumiem, że macie jakieś swoje dekrety, a w tych całych Kolegiach Magii robią wam wodę z mózgu, ale mógłbyś się czasem zabawić. Nie, tylko ja, synu... tylko ja. - odrzekł Sylvańczyk. - Na zabawę, jak to określiłeś, przyjdzie czas, gdy dotrzemy do Miasta Białego Wilka. Mam tam pewną rzecz do załatwienia, więc jeśli uda się wszystko dopiąć na ostatni guzik, poznasz jaśniejszą stronę mojej egzystencji, Vestelu. Masz to obiecane. - czarodziej uśmiechnął się tajemniczo.
Tileańczyk jedynie uniósł prawą brew w górę i westchnął. Ten mag działał mu na nerwy. Ciągle gadał dziwnym językiem i nigdy otwarcie. Szermierz stwierdził nawet, że w tych całych Kolegiach zrobili mu większą krzywdę, niż sam czarodziej przypuszczał. Gdyby nie to, że mógł się przydać przy ewentualnych kłopotach na trakcie, Vestel już dawno wybrałby samotną podróż w kierunku Middenheim. Jakoś nigdy nie przepadał za tymi tajemniczymi mędrkami.
* * *
Jechali już dobre kilka godzin. Odkąd opuścili zajazd „Pod Czarcim Zielem” na szlaku Delberz – Malstedt droga ciągnęła się zygzakiem, pośród gołych kikutów drzew po obu stronach wąskiej dróżki. Pogoda nie dopisywała, ale czegóż innego mogli się spodziewać po późnej jesieni, jeśli nie przenikliwego północnego wiatru i obfitych opadów deszczu? Vinnred bynajmniej pozostawał niewzruszony wobec panującej aury – Vestel zerkając na niego odnosił wrażenie, że mężczyzna myślami przemierza czeluści własnych wspomnień, a „Wdowa”, klacz czarodzieja, sama wybiera kierunek. Konie wlokły się niemiłosiernie po błotnistym trakcie - młody Orlandoni miał nadzieję, że uda im się dotrzeć do jakiejś wioski przed zapadnięciem zmroku. Ojciec wielokrotnie opowiadał mu, że gdy nad Imperium nadchodzi noc, do życia budzą się plugawe moce Chaosu. Zwłaszcza w lasach. Tileańczyk wolał nie sprawdzać póki co ile w opowieściach starego Papy jest prawdy.
Część 22 / 2
Vinnred von Shotten, czarodziej Cienia, wydawał się być dużo pewniejszy siebie. Trzymał się w siodle prosto, a jego ukryta pod grubym kapturem twarz od czasu do czasu okazywała nieznaczny uśmiech, gdy zwracał się do Vestela. Mówił spokojnie, a pewność w jego głosie sprawiała, że momentami Orlandoni czuł się nieswojo. Von Shotten wyglądał na takiego, co już niejeden dzień i noc spędził na szlakach Imperium. I zapewne nie tylko Imperium.
- Zastanawiam się, dlaczego ty nie używasz życia. Słyszałem, że czarodzieje też lubią się zabawić z młodymi kelnerkami w gospodach. Podobno jesteście bardziej perwersyjni niż szlachta. - Vestel przerwał niezręczną ciszę.
- Gdybyś rok temu pochował żonę, odechciało by ci się zabawy na długi czas. - mruknął zimno Vinnred. Wyraz jego twarzy skrywał kaptur, a Tileańczyk nie potrafił jej dojrzeć. - Przykro mi. - odrzekł. Nie wiedział zbytnio, co się mówi w takich sytuacjach, a jego słowa nie zabrzmiały chyba zbyt przekonująco. - Nie masz powodu, by miało być ci przykro, Tileańczyku. - chłód i jednocześnie spokój w głosie czarodzieja sprawiły, że szermierz poczuł się nieswojo. - Nie znałeś jej, nie wiesz jaka była. - Nie, ale to nie oznacza, że nie mogę zachować się w tej sytuacji tak, jak trzeba. - odparł mężczyzna. - Możesz mi opowiedzieć o niej... Jeśli chcesz, oczywiście. - Nie sądzę, by błotnisty szlak był dobry na takie opowieści. - skwitował czarodziej. - I nie sądzę, byś był człowiekiem, z którym chciałbym o tym rozmawiać.
Vestel po raz kolejny w czasie tej podróży wzruszył jedynie ramionami, skupiając wzrok gdzieś w oddali. Pogoda pogarszała się z każdą chwilą, a wiszące nad nimi niskie, grafitowe chmury zwiastowały nadchodzącą ulewę. Wyjeżdżając zza kolejnego zakrętu, zauważyli pod jednym z drzew dziwny kształt. Vestel dobył miecza, Vinnred pozostał spokojny. Gdy podjechali bliżej dostrzegli, że to ciężko raniony mężczyzna, który poruszył się nieznacznie. Głębokie cięcia jakie widniały na jego gardle i brzuchu sprawiły, że Tileańczykowi zrobiło się niedobrze i odwrócił głowę. Mężczyzna niemal pływał we własnej krwi, aż dziw, że jeszcze dychał. Vinnred, niczym posąg na rumaku, przyglądał się ciału z ponurym spokojem, jakby zahipnotyzowany tym widokiem.
Vestel, widząc dziwne zachowanie swego towarzysza, zeskoczył z konia i podbiegł do mężczyzny. Nieopodal dostrzegł leżący w błocie złamany miecz i ślady kozich racic oddalających się w stronę lasu. Pewnym było, że mężczyzna dał się zaskoczyć. - Co się tutaj stało, człowieku?! - zapytał klęknąwszy przy nim. - Zwierzoludzie... napadli... mnie. - wycharczał mężczyzna, plując krwią. - Uciekli... w las... Ja... umieram. Na Sigmara, umieram.
Nieznajomy z wytrzeszczonymi oczami próbował chwytać dłonią powietrze, jakby było tam lekarstwo na jego rany. Z kącików jego oczu spłynęły łzy. - Pomóż mu, jesteś czarodziejem! Macie przecież jakieś czary lecznicze, nie? - Vestel odwrócił się w stronę von Shottena. Mag nadal nie poruszył się nawet o jotę na swym wierzchowcu. Nawet stojąc przed nim, Tileańczyk nie widział dobrze jego twarzy, jakby mężczyzna zawsze znajdował się w cieniu. - Nie dam rady, to koniec. - Sylvańczyk odparł spokojnie, jakby chodziło o złamany paznokieć. - Jak to nie dasz rady? A ponoć jesteście tacy potężni! - wypalił z wyrzutem Orlandoni. - Jestem czarodziejem, nie Sigmarem, młodzieńcze. - mruknął Vinnred. - Masz rację, panie... już po mnie... czuję, jak życie ze mnie uchodzi. - jęknął nieznajomy. - Pogo...dziłem się z tym... Ale moja rodzina... Proszę, okazaliście umierającemu nieznajomemu współczucie, teraz zróbcie dla mnie coś... jeszcze... - łapał nieudolnie powietrze do płuc. - Nazywam się... Gustav Vorhaven, kilka godzin na wschód... jest Dwór Vorhaven... jedźcie tam i powiadomcie... rodzinę... Weźcie to... - mężczyzna z trudem sięgnął do kieszeni spodni i wyjął z niej niewielki, żelazny dysk z wygrawerowanym toporem, którego stylisko oplatał wąż. Wręczył go Vestelowi, plamiąc go przy okazji własną krwią. - To... nasza pieczęć rodowa... Powiedzcie rodzicom, jaki los spotkał ich... syna...
Gustav osunął się na ziemię, a z jego ust wypłynęła stróżka spienionej krwi. Chwilę później oddał ostatni oddech a jego głowa opadła w bok. Orlandoni przez chwilę patrzył na blade oblicze mężczyzny, potem podniósł się, spojrzał na pieczęć, a następnie przeniósł wzrok na Vinnreda, który wciąż przyglądał mu się z grzbietu swego rumaka niczym demon z czeluści. Vestel…