duchy · 18 min czytania
Nawiedzony pub (odcinek 1)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Nowe miejsce zamieszkania zawsze oznacza zmiany. Oznacza to, że choćby trzeba dostosować się do nowych warunków. Zainteresować się, jakie w nowym miejscu panują zwyczaje i dopasować się do nich. A to często oznacza budowanie wszystkiego od początku.
Właśnie się wprowadziłem do nowego mieszkania w nieznanej mi okolicy. Mieszkanie było niewielkie, raptem dwa pokoje, ale za to własne. Przeprowadzka odbyła się bez fajerwerków, nie wydarzyło się nic godnego odnotowania. Częściowo się już rozpakowałem. Zadowolony z siebie rozsiadłem się na balkonie. Zasłużyłem przecież na odpoczynek.
Dziewiąte piętro, bardzo ładny widok na osiedle. Z pomiędzy zieleni drzew wyłaniały się różnej wielkości kamienice na parterze, których często mieściły się restauracje, sklepy, kawiarnie. Nagle do moich uszu doszła muzyka - ,,Thriller” Michael'a Jackson'a. Zacząłem nasłuchiwać, skąd ona dobiega. Wypatrzyłem grupkę młodych ludzi, kręcących się przed jakimś pubem po prawej stronie mojego balkonu. Nad wejściem były głośniki, z których leciał Jackson, a na zewnątrz kilka stolików, przy których goście popijali piwo. Długo się nie namyślając stwierdziłem, że idę tam. Jestem przecież tu nowy, nikogo nie znam. A jakie miejsce jest lepsze na zawieranie nowych znajomości, niż takie osiedlowe puby?
Włożyłem dzinsy, t-shirt z podobizną mojego idola Micheal'a,l, a na to marynarę oraz ciemne okulary, żeby wyglądać cool. Stroju dopełniały, wypastowane na połysk, czarne buty i jakieś wisiorki. Przydałby się jeszcze złoty Rolex, ale nie można mieć wszystkiego. Tak ,,uzbrojony” poszedłem na podbój klubu. Nad wejściem był czerwony napis ''Speluna”, bardzo chwytliwa nazwa. Pomyślałem, że właściciel musi mieć duże poczucie humory i dystans, żeby tak nazwać lokal.
Wbrew pozorom tego, co działo się na zewnątrz, w środku wcale nie było dużego tłoku. Pod pubem stało dużo osób i prawie wszystkie stoliki były zajęte. W środku kręciło się zaledwie kilka osób, może kilkanaście. Tym lepiej dla mnie, mogłem się swobodnie rozejrzeć.
Wnętrze składało się z trzech sal. Pierwszą, do której się wchodziło z dworu, zajmował długi na cała ścianę bar, a za nim kręciły się dwie barmanki i dwóch barmanów. Przed barem znajdowały się duże drewniane stoły, a przy nich długie ławy oraz kilka mniejszych, bardziej kameralnych stolików. Dodatkowo, w każdym kącie sali mieściła się kanapa. Obok baru znajdowały się toalety, a obok nich przejście do następnej sali, w której mieścił się parkiet do tańczenia. Natomiast, po drugiej stronie parkietu kolejne przejście, przez które można było przejść do sali przystosowanej do striptizu: stoliki, cztery rury do tańca, oraz wybieg.
Tak więc klub miał trzy sale. Pierwszą do wypicia i do pogadania, drugą do potańczenia i trzecia do pogapienia się na roznegliżowane panieńki. Zauważyłem tez, że głośność muzyki w każdej z sal była inna.
Ponieważ występy dziewczyn zaczynały się o dwudziestej drugiej, było jeszcze trochę czasu, a ja nie miałem ochoty na tańczenie, więc usadowiłem się w pierwszej sali przy barze i zamówiłem piwo u barmanki blondyny. Z niewiadomych mi przyczyn, kazała mówić do siebie Kogut. To właśnie od niej dowiedziałem się o specyfice trzeciej sali.
Część 22 / 5
Usiadłem przy stoliku i zacząłem obserwować pub. Schodziło się coraz więcej klientów, w większości ludzie między dwudziestym a czterdziestym rokiem życia, było też gości po czterdziestce.
- Znasz Walenia? – Usłyszałem czyiś głos.
Odwróciłem się. Za mną stał brodaty facet w wieku około pięćdziesięciu pięciu lat. Miał na sobie starą i znoszoną marynarkę w kolorze zdechłej myszy i takie same spodnie. Ogólnie sprawiał wrażenie, jakby od miesiąca nie widział mydła. Przyglądał mi się bardzo uważnie.
- Słucham?
- Głuchy jesteś?! Spytałem, czy znasz Walenia.
- Nie znam żadnego Walenia.
- A powinieneś, bo ja znam – odpowiedział facet z wyrzutem. - A mnie znasz?
Część 33 / 5
- Nie.
- I słusznie, bo ja ciebie też nie.
Nie żebym nie lubił oryginałów, ale to już zaczynało być absurdalne, a co gorsze – meczące. Facet rzucał mi nazwiskiem czy ksywą, a potem miał pretensje, że go nie znam. Czy ja naprawdę muszę znać wszystkich na świecie, którzy przeżyli więcej niż jednego kaca? Jestem tu nowy.
- Waleń to jest gość – ciągnął tamten. - On potrafi wypić. Ostatnim razem wybulił dwa pod rząd.
- Imponujące – oceniłem, zastanawiając się, czy dobrze usłyszałem. Dwa piwa to przecież nie jest tak dużo.
- Normalnie bierze kufel i pije. Wyobrażasz to sobie?! - Entuzjazmował się brodacz. - On dużo może. Pije nawet szampana. Jak wypije kieliszka, to prosi o następnego. Facet jest po prostu niesamowity!
Tam, gdzie mieszkałem wcześniej, wielu było takich pijanych filozofów, gotowych za kufel piwa gadać przez całą noc. Jeśli ich ignorowałeś, mówili głośniej. Jeśli wchodziłeś z nimi w dysputy, przegadywali cię. Jeśli postawiłeś im piwo, paplali jeszcze więcej w nadziei na kolejne. Jeśli kazałeś im spierdalać, grali pokrzywdzonych, wywołując w tobie poczucie winy. Najlepszą taktyką było nie dopuścić, żeby się w ogóle odezwali. Niestety, było już za późno. Brodacz zaczął już nawijać, ale ten typ był inny. Z reguły tacy goście użalali się nad swoim losem, opowiadali historie swojego życia, albo dawali dobre rady w rodzaju: ,, trzeba ruchać”, ,, dobra zagrycha to podstawa”, albo ,,picie jest złe, ale niepicie gorsze”. Ich życie toczyło się wokół alkoholu. Oni nie mieli codziennych problemów przeciętnych Kowalskich. Dla nich ,, przeżyć” oznaczało mięć za co się napić, albo jeszcze lepiej napić się za darmo. Oni nie chodzili do lekarzy, nie martwili się, w jakim stanie jest ich wątroba albo trzustka. Normalni ludzie, spożywając takie ilości alkoholu, usłyszeliby od lekarza, że wątroba jest do wymiany, trzustka zniszczona i muszą kategorycznie przestać pić, palić i przejść na dietę. Wielu by to zrobiło, martwiąc się przez resztę życia o swoje zdrowie. Osiedlowym filozofom takie troski były obce. Oni martwili się co najwyżej utraconą karierą, albo rodziną. I to tylko wtedy kiedy byli trzeźwi, czyli rzadko.
Część 44 / 5
Ten facet wyglądał jak zwykły pijak, pachniał jak zwykły pijak, ale nie gadał jak zwykły pijak. On podniecał się tym, że ktoś wypił dwa piwa i to nie z zazdrości, że ktoś tyle ma, tylko z podziwu, że ktoś tyle może. Imponowało mu to. Zachowywał się jak kibic sportowy, który opowiada o bramkach Ronaldo, o tym, że Koby Bryant zdobył osiemdziesiąt jeden punktów, albo jak dziecko, które opowiada o nowej zabawce. Przypominał trochę angielskiego lorda, który stara się o członkostwo w elitarnym klubie, żeby podnieść jeszcze bardziej swój status społeczny, gdzie członkowie odznaczają się jakimiś wyjątkowymi cechami lub umiejętnościami. W tym przypadku było to wypicie więcej niż jednego kieliszka. Ten facet mnie irytował, ale byłem bardzo ciekawy, co będzie dalej.
- Znasz Sikorkę? - zapytał, i nie czekając na odpowiedz, ciągnął:- Sikorka to jest chłop, on to dopiero potrafi wypić...
-A więc to będzie dalej, będę wysłuchiwał o niesamowitych dokonaniach jego kolegów...
- Wczoraj wypił trzy kufle piwa w trzy godziny, ale to jeszcze nic, Piwożłopiks potrafi wypić trzy browary i nawet tego nie poczuć.
Miałem dość. Nie chciałem już słuchać o kolejnych żałosnych osiągnięciach tutejszych amatorów piwa. Uciekłem do toalety. W środku był jakiś facet.
- Znasz Wielbłąda? - zapytał.
O nie! Następny.
Część 55 / 5
- Widziałem, jak z nim rozmawiasz Trudno z nim wytrzymać, ale jest nieszkodliwy. Ma jedną wadę, nie potrafi pić. Co innego Sikorka, on to...
- Zauważyłem – burknąłem, przerywając mu.
Kolejny oszołom, z którym nie miałem ochoty wdawać się w pogawędkę, ale zaraz, przecież przyszedłem poznawać tu nowych ludzi i otoczenie. Może tu wszyscy są tacy i nie spotka już nikogo normalnego. Czy to oznacza, ze jestem skazany na wieczne milczenie? Może, jak wdam się w niezobowiązujące ględzenie o niczym, dowiem się czegoś ciekawego.
- Często tu bywasz? - zagadnąłem.
- Ja tu żyje, śpię i wstaje, a nawet – tu konspiracyjnie się do mnie nachylił i ściszył głos – robię kupkę.
Wziąłem głębszy oddech. Miałem ochotę roztrzaskać mu na głowie kufel, albo krzesło. Zamiast tego zbyłem się pod byle pretekstem i wyszedłem z WC. Nie chciałem przecież kłopotów. Widocznie wypiłem za mało, jeśli miałem tu dłużej wytrzymać, koniecznie musiałem nadrobić zaległości.
Poszedłem do baru po kolejnego browara, czekał mnie długi i być może ciężki wieczór. Na szczęście Wielbłąd się gdzieś ulotnił. Stałem tam tak przez dłuższą chwilę. Nikt do mnie nie podszedł, ja do nikogo się nie odezwałem. Oaza spokoju. Mijała…