Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 53 min czytania

Naznaczona magią

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

To co zamieściłem jest dopiero około 1/5 całego opowiadania, które staram sie skończyć od dłuższego już czasu.Nie lubię jak ludzie dzielą opowiadania i uważam, że każde z opowiadań jest całością dlatego zamieszczam to bez podziału.Nie chcę,abyście to oceniali,bo dopóki nie będzie dokończone nie ma czego oceniać,ale chętnie przeczytam komentarze,bo od prawie roku nie miałem czasu tknąć tego dalej i chcę wiedzieć czy jest sens kończyć tą historię :) Acha dopiero po skończeniu przejdzie przez całkowitą korektę,więc omińcie literówki i wytknijcie poważniejsze błędy :) Mam nadzieję,że miłej lekturki życzę i napiszczie jak się to czyta.

To był dobry dzień. Zostało tylko kilka bułek i bochenek chleba. Yenlett zamknęła je w szafce. Może przyjdzie ktoś jeszcze dziś a jak nie może zejdą jutro. Zabrała się za zamiatanie. Na drewnianej podłodze sporo było mącznych śladów. Chciała jak najszybciej wyjść, ale matka zabiłaby ją gdyby nie posprzątała piekarni. Pewnie jak zawsze zaraz wróci z targu. Yenlettee posprzątała i poszła na górę się przebrać. Nie miała zamiaru wychodzić zanim matka nie wróci na wypadek gdyba miała w czymś pomóc. Spojrzała na klepsydrę, gdy usłyszała drzwi na dole. - Yenn!- krzyknęła po wejściu kobieta. Dziewczyna zbiegła na dół. - Jak dzień?- zapytała kobieta widząc, że dziewczyna jest uśmiechnięta. - Bardzo dobry. Mamy większy utarg niż wczoraj. A tobie? - Jak widzisz- kobieta wskazała na kosze, w których zawsze przenosili pieczywo.- Zostały tylko trzy bochenki, dwa rogale i pięć bułek. Nawet Gamir nie musiał pomagać mi tego nieść, więc zwolniłam go wcześniej. - Sama targałaś te kosze? - No, no, nie masz, co się dziwić. Twoja matka nie jest jeszcze taka stara. - Wiem mamo- dziewczyna przytuliła matkę. - No dobrze, ale to nie znaczy, że nie musi odpoczywać. Idę się umyć i trochę przespać. Do wieczora możesz wyjść, tylko wróć przed zmierzchem. - Dobrze. - Aha.- Jezebel odwróciła się jeszcze do córki.- Dwa bochenki i te bułki możesz zanieść tam gdzie zawsze. Dziewczyna uśmiechnęła się i sięgnęła po sakwę wiszącą przy drzwiach. Schowała do niej pieczywo i wyszła. Słońce grzało pełnią siły. O tej porze roku zachodziło później, więc Yenlette miała do zmierzchu jeszcze sporo czasu. Wystawiła do niego swoją piętnastoletną twarzyczkę. Potrzebowała trochę ciepła. Otrząsnęła się i ruszyła brukowaną uliczką. Po przeciwnej stronie ulicy otworzyły się drzwi karczmy i wyszło z niej dwóch strażników. Ich napierśniki błyszczały w słońcu. Pośrodku widniał ciemnoniebieski znak Garatha. Nie byli pijani. Nie mogli pić na służbie, a gdyby któryś złamał zakaz pewnie żałowałby tego do końca życia. Trzeźwi, to może nawet i gorzej. Yenlette automatycznie opuściła głowę, chowając twarz. Jej uroda mogła być tylko przyczyną kłopotów. Była ładna, bardzo ładna. Z blond włosami i dużymi piwnymi oczami, działała na każdego mężczyznę. Może w normalnych czasach byłby to plus, ale obecnie mogło ściągnąć na nią kłopoty. W dodatku, iż ostatnio znikało coraz więcej dziewcząt. Strażnicy przeszli nie spoglądając na drugą stronę ulicy. Dziewczyna wyprostowała się. Odetchnęła z ulgą myśląc, że to byli tylko strażnicy a nie któryś z rycerzy Garatha. Ci byli o stokroć gorsi, a ich przywileje dawały im zbyt dużą władzę. Skręciła w uliczkę prowadzącą do uboższej ulicy. Pomyślała czy kiedyś będzie lepiej, ale nic na to nie wskazywało. Nie znała nigdy lepszych czasów i pewnie tak już zostanie. Słyszała o nich tylko z opowiadań matki i innych mieszkańców. Znajdowali się pod okupacją od trzynastu lat i nie mogła pamiętać jak było wcześniej. Miała dwa latka, kiedy wybuchła wojna, w której zginął jej ojciec. Wojna, której jej kraj nie potrafił się oprzeć. W ich kraju nie uznawano czegoś takiego jak magia. Magię uważano za zło i kontakty z ciemnymi istotami. Kiedy sporadycznie pojawiały się osoby mające związek z czarami zawsze miały ciężkie życie. Uważano, że naznaczeni magią dążyli jedynie do posiąścia władzy i potęgi. Naznaczeni magią pojawiali się jednak nieczęsto i jeżeli któryś sprawował się źle, król nakazywał go usunąć. Było tak do czasu, gdy trzynaście lat temu pojawił się Garath. Najpotężniejszy z potrafiących posługiwać się magią, z jakim miał kontakt jej kraj. Pojawił się nie wiadomo skąd i po krótkiej walce zmiażdżył armię obrońców. Sam zasiadł na tronie władcy i rozpoczął swoje rządy. Nie można powiedzieć, że upodlał naród. Nie. Miał władzę, lecz nie ucieśniał ludności, w zasadzie mało go obchodzili. Chyba, że ktoś zrobił coś przeciw jego woli, wtedy karał okrutnie. Dopóki jednak siedzieli cicho, wykonując nakazane przez niego prawa, nie obchodziło go ich życie. Taka obojętność na życie poddanych miało swoje złe strony. Dawała ona zbyt wielką swobodę gubernatorom poszczególnych miast. Na tych urzędach Garath obsadził swoich zaufanych rycerzy, a ci z z kolei byli dość okrutni. Brali, co chcieli, nic sobie z tego nie robiąc. Wszyscy wiedzieli, że sam Garath lubił uprowadzać młode dziewczęta. Niejedna już znikła z jego rozkazu, czy to do magicznych eksperymentów, jakie prowadził, czy też do celów, o których Yenn nawet nie chciała myśleć. Sam Garath w jej mieście nie zagrażał, gdyż znajdowało się ono w sporej odległości od stolicy. Mieszkała jednak w mieście drugim, co do wielkości. Z tej racji Garath obsadził tu jako dowodzącego, swojego generała Tywalga. Tywalg był gorszy niż jego pan. Wszyscy wiedzieli, że był zboczeńcem i sadystą. Dlatego matka Yenlette zawsze chciała, aby ta wracała przed zmrokiem. W tym czasie ludzie Tywalga zajmowali się wypełnianiem jego zboczonych zachcianek. Póki, co Yenlette miała szczęście i nigdy nie dała się zauważyć nieodpowiednim osobnikom. Nie mogła narzekać, bo nie żyło jej się tak źle. Ojciec pozostawił im piekarnię, a to zawsze jest potrzebne. Po wojnie rycerze Garatha uwierzyli, że małżonek Jezebel umarł już wcześniej i nie czepiali się jej rodziny. Codziennie przychodzili po pieczywo dla ich pana i wychodzili nigdy nie płacąc. Yenlette nigdy im się nie pokazywała, a dopóki Jezebel zaopatrywała ich w pieczywo, nie gnębili ich w żaden sposób. Reszta pieczywa dobrze schodziła, tak, że matka z córką mogły spokojnie żyć, a naddatek jedzenia oddawać głodnym. Dziewczyna znalazła się w zacienionej uliczce. Wiedziała gdzie idzie i tutaj nie musiała się bać. Po paru krokach napotkała pierwszego z nędzarzy. Przykucnęła i wręczyła mu jedną z bułek. - Masz Migarze, miłego jedzenia.- starzec podziękował uśmiechem. Wstała i ruszyła dalej. Smród brudu nasilił się i zaczęła oddychać ustami. Stanęła na brukowanym placyku wielkości może trzech metrów kwadratowych. Przy jednej ze ścian stała skrzynia. Podeszła do niej i wyłożyła zawartość sakwy. - Dzisiaj mam trochę mniej, ale mam nadzieję, że jakoś się podzielicie.- powiedziała w powietrze.- Smacznego.- dokończyła i zawróciła. Nie musiała czekać na reakcję, wiedziała, że ją słyszeli. Faktycznie zanim jeszcze wyszła za zakręt z alejek dochodzących do placyku wylegli biedacy. Kiedyś czekała i chciała wydzielać im jedzenie, żeby się nie pobili, lecz teraz od dawna wiedziała, że nie musiała się martwić. Zawsze dzielili się uczciwie. W takich czasach nie byli chciwi ani zaborczy. Dzielili się równo i opiekowali sobą nawzajem. Czasami zostawała i rozmawiała z niektórymi jak na przykład z Migarem, jednak nie dzisiaj. Ostatnio miała dużo kontaktów z niedostatkiem i biedotą, więc musiała odpocząć. Skierowała się w stronę ryneczku, gdzie umówiła się z przyjaciółmi. Taffin i Melea byli już na miejscu. Wszyscy troje skierowli się do bramy miasta. Poza murami, żadne z nich nie musiało obawiać się strażników, ani rycerzy. Spędzali czas na łąkach i w pobliskim lesie. Stało tutaj kilka farm ludzi zajmujących się hodowlą. Dzisiaj skierowali się do farmy Katresa. Zostało mu się jeszcze kilka koni, których nie zarekwirowali ludzie Garatha. Na wybiegu pasły się trzy ogiery i cztery klacze. Grupka Yenlette bez wahania przeskoczyła przez ogrodzenie. Konie od dawna były przyzwyczajone do ich towarzystwa, dlatego pozwalały się nawet dosiadać. Taffin dopadł orzechowego ogiera imieniem Włochacz i wskoczył mu na grzbiet. - Dzisiaj on jest mój – oznajmił usadawiając się na grzbiecie. - A bierz go sobie – odpaliła Melea – Włochacz jest już tak stary, że ledwo się rusza. My bierzemy coś bardziej ruchliwego. Prawda Yenn? - Ba, oczywiście – przyznała rację przyjaciółce i obie skierowały się do klacz. Dni mijały im na zwykłej zabawie. Wszyscy wiedzieli, że są już na tyle dorośli, iż powinni zajmować się czymś innym, ale musieli w jakiś sposób odreagować dzień i życie w mieście. Taffin był synem handlarza i musiał umieć tylko handlować, a to potrafił. Melea z Yenlette jednak powinny już myśleć o ślubie. Szczególnie Yenlette, której samej z matką przydałaby się męska pomoc. Yenn miała jednak wygórowany gust dotyczący płci przeciwnej i nie spotkała jeszcze nikogo godnego jej uwagi. Matka póki, co także nie nalegała, tak, więc Yenn miała jeszcze czas na szukanie sobie męża. Obie żyły sobie same, ciesząc się z każdej nawet najmniejszej radości życia. Cieszyły się codziennością, starając się zapominać o panującej okupacji. Nic nie zmieniało się, aż do pewnego dnia kilka tygodni później na przełomie lata z jesienią.

- Yenn, Yenn! Wrzask Taffina wyrwał ją ze snu. Jęknęła, usłyszawszy kolejny krzyk. Była Niedziela a ten idiota wrzeszczał pod domem. Wstała i otworzyła okno. - Czego chcesz? W tym samym momencie z okna obok wyjrzała Jezebel. - Zaczęło się!- poinformował Taffin. - Powoli, co się zaczęło?- Zapytała Jezebel. - Walka przed miastem. Melea już tam na nas czeka. - Zacznij gadać z po ludzku. Kto się bije i o co chodzi? Taffin wziął oddech. - Tywalg wystawił przed miastem całe wojsko, jakie zgromadził. Nie wiem jak to się zaczęło, bo wszystko wybuchło nagle, ale ktoś kto atakuje Tywalga rozgramia właśnie jego armię w pył. - Atakują Tywalga? - Tak!!!! I ja lecę to obejrzeć.- odwrócił się, lecz zanim pobiegł wrzasnął – Będziemy z Meleą nad bramą. Yenlette z matką ubrały się w pośpiechu. Zbiegły na dół prawie zabijając się wzajemnie na schodach. Słońce było już nad horyzontem, więc było dość jasno. Ludzie wokoło wybiegali z domów i kierowali się do bram miasta. Matka z córką także pośpieszyły w tym kierunku. Dotarły na miejsce w niespełna dziesięć minut. W bramie tłoczyło się pełno ludzi. Na murach nie było lepiej. - Dlaczego tu tak cicho?- spytała Jezebel. Dopiero teraz Yenlette to zauważyła. Cokolwiek działo się na polu przed miastem, wmurowało całą widownię. - Yenn! Dziewczyna spojrzała w kierunku skąd ją wołano. Tuż nad bramą stała Melea i Taffin, razem z rodzicami trzymali im trochę miejsca. Niespełna dwa, trzy metry dalej stał Tywalg razem z dwoma rycerzami. Tylko koło niego było trochę miejsca. Yenlette nigdy nie znajdowała się tak blisko niego, ale teraz ją to nie obchodziło. Zresztą chyba jak każdego na murze. Pokonały schody w kilka sekund. Przecisnęły się do przyjaciół. Zanim Yenlette zdążyła skierować wzrok na pole bitwy rozległ się huk i w sekundowym następstwie drugi. Yenn zaczęła skanować to, co działo się przed miastem. Na środku pola kłębiło się około setki ludzi Tywalga, drugie tyle, najwyraźniej martwych leżało bliżej lasu. Jeszcze z pięćdziesiąt stało gotowych do walki bliżej bramy, a za nimi dwa rzędy kuszników. Rozległy się dwa kolejne huki. Yenlette zaczęła szukać przeciwnej armii, ale nie mogła zauważyć nikogo oprócz żołnierzy Tywalga. Skupiła wzrok na punkcie kłębowiska i w końcu zauważyła. Jednego, jedynego człowieka ubranego chyba w skórę,który z mieczm w ręku walczył z kilkunastoma żołnierzami. Uderzenia przeciwników praktycznie do niego nie dochodziły. A nawet z tej odległości było widać siłę jego ciosów. Każde uderzenie odcinało głowę, rękę, a w pewnym momencie przecięło nawet całego człowieka na pół. Zupełnie jakby nie mieli na sobie zbroi. Jeden człowiek? Rozległ się kolejny huk. Jednak z innej strony niż walczył nieznajomy. Yenn powiodła tam wzrokiem i zauważyła drugą postać. Kobieta z rudymi włosami, i odzieniem podobnym do nieznajomego. Walczyła sama z mniejszą grupką napastników niż jej towarzysz. Nie miała jednak żadnej broni, w pewnym momencie wyciągnęła przed siebie lewą dłoń. Trzymała w niej mały czarny przedmiot, wycelowała go w jednego z napastników, rozległ się huk i mężczyzna padł martwy na ziemię. - To jest niemożliwe.- szepnął jeden z żołnierzy przy generale. - Nigdy nie widziałem czegoś takiego.- doszła do obecnych odpowiedź Tywalga. - Nalegam, żeby się pan ewakuował. - Nie, jeszcze nigdy nie uciekałem z pola bitwy i nie mam zamiaru. Po tych słowach rozmowa ucichła i wszyscy dalej obserwowali. Yenlette musiała przyznać, że choć świnia, Tywalg nie był tchórzem. Zerknęła w jego stronę. Był cały blady, co świadczyło o tym jak bardzo naprawdę się bał. Wróciła do obserwacji pola. Liczebność żołnierzy malała z każdą chwilą. Wydawało się, że ich ciosy dochodzą naweet celu, ale mimo tego nie wywołują na obcym wrażenia. Po chwili można było zauważyć, że oboje z przybyszów wykonywali podobny gest. Wyciągali przed siebie dłoń i człowiek lub grupka, w którą było to skierowane zostawało niewidzialną siłą odpychane do tyłu. Telekineza. Więc przybysze posługiwali się magią, można się było tego domyślić, jednak żaden z naznaczonych magią sam nie stanie przeciw armii. Kimkolwiek oni byli stanowili większą potęgę od samego Garatha. Walka trwała żołnierze rzucali się na nieznajomego po trzech lub pięciu, aż w końcu poszli po rozum do głowy, otoczyli go i rzucili całą watahą. Obcy przy pomocy telekinezy rzucił trójką z nich, ale nie zdążył nic więcej. Zniknął pod nawałem przeciwników. Minęła sekunda, Yenn zaczęła myśleć, że to już koniec, kolejne dwie sekundy, na polu została się tylko kobieta. Gdy nagle powietrze rozcięło głośne szzszsuuuuu. Z miejsca w którym zniknął nieznajomy dokoła rozeszła się kopuła ognia. Płomienie wyrwały żołnierzy Garatha z ziemi i rzuciły nimi na kilka metrów. Mężczyźni krzyczeli z bólu palącego się ciała. Pośrodku miejsca skąd pojawił się ogień, wewnątrz wypalonego kręgu o średnicy przynajmniej pięciu metrów stał nieznajomy. Otrzepał ramiona, po czym przyjął postawę gotowości do walki. Na polu zaległa cisza, jęczeli tylko poranieni. Żolnierze odstąpili od nieznajomych o krok. Kobieta krzyknęła coś do swojego towarzysza, odpowiedział jej i ryknął śmiechem. Yenn nie wiedziała co mówią, bo było to w jakimś obcym języku. Przybysz przestał się śmiać i z pochyloną głową postąpił dwa kroki naprzód. To przepełniło czarę, żołnierze Tywalga wykonali taktyczny w tył zwrot i rzucili się do ucieczki. Grupka atakująca kobietę nie była gorsza i także zaczęła się wycofywać. Żołnierz będący prawą ręką Tywalga zaczął po nich wrzeszczeć, ale nic to nie dawało. - Odpuść sobie.- poradził Tywalg. Na polu pozostali jedynie kusznicy. Wyglądało jakby także chcieli zacząć się wycofywać, ale powstrzymał ich ryk generała. - Kusznicy! Przygotować się do strzału! Dwa rzędy posłusznie wykonały rozkaz. Pierwszy rząd w przyklęku, drugi stojąc tuż za nim. Wycelowali kusze przed siebie. W tym czasie nieznajoma powolnym krokiem kierowała się ku towarzyszowi, który grzecznie stał i czekał na rozwój wypadków. - Celować tylko w mężczyznę!- wrzasnął Tywalg. Kusznicy dokonali wymaganej korekty. Po słowach Tywalga, zareagował także nieznajomy. Krzyknął coś do kobiety, zareagowała i podbiegła stając tuż za nim. Sam stanął z lekko rozszerzonymi nogami. Uniósł przed siebie obie ręce, połączył dłonie i z mieczem skierowanym w górę, i pochylona głową czekał. - Na moją komendę!- wszyscy wstrzymali oddech- Strzał! Świsnęły cięciwy kusz, a nieznajomy równocześnie z nimi rozpostarł ramiona szerokim łukiem do tyłu. Bełty, które powinny dosięgnąć celu, na kilka centymetrów przed nim zmieniły kierunki i przeleciały po obu stronach przybyszów. - Niemożliwe- jęknął Tywalg. W tym czasie nieznajomy, nie czekając aż strzelcy przeładują ruszył do ataku. Pełnym pędem wbił się w rzędy kuszników. Co niektórzy próbowali się bronić, większość jednak rozpierzchła się gdziekolwiek. - Zamknąć bramę!- wrzasnął Tywalg. Mimo wszystko nadal myślał jak dowódca. Brama, a raczej sama krata, bo bramy w mieście nie było, opadła z łoskotwm w kilka sekund później. Opóźnienie musiało wynikać z obecności stojącego w niej tłumu. - Sam kilkunastotonowej kraty nie pokona.-stwierdził Tywalg z przekonaniem. Wszyscy obserwowali jak agresor wykańczał ostatki żołnierzy będących w jego zasięgu. Kobieta nieśpiesznie zbliżała się do niego i bramy. Półobrót i ostrze miecza gładko ścięło głowę kusznika. To był ostatni. Nieznajomy rozjerzał się dokoła. Nie widząc nikogo więcej kucnął i wytarł ostrze swego miecza o skórzaną zbroję ostatniej ofiary. Popatrzył w górę. Postąpił kilka kroków patrząc wprost na Tywalga. Teraz wyraźnie było widać to co wcześniej tylko się wydawało. Oczy nieznajomego nie były zwykłe. W zasadzie w ogóle nie miały źrenic, były całe białe, a z kącików uchodziła jasna mgiełka. Stanął pod murem. Tywalg nabrawszy pewności dzięki oddzielającemu ich dystansowi, chrząknął i wychynął. - Kim jesteś!?- wrzasnął do przybysza oparłszy dłonie o krawędź muru i w chwile później prawie przewrócił się cofając w panice. Nieznajomy zawisł w powietrzu tuż przed Tywalgiem. Wszyscy obok niego także cofnęli się z przerażenia. - Twoją śmiercią – odpowiedział obcy na pytanie, po czym wyciągnął lewą rękę i poleciał na przeciwnika. Wypchnął Tywalga poza obręb muru i wciąż napierając skierował go w dół. Dosłownie zarył generałem brukowaną ulicę. Kamienie wgięły się i potrzaskały. Gdyby nie ochronne zaklęcia naszyjnika generał nie miałby szans tego przeżyć. Przeorali tak dobre kilka metrów. Zatrzymawszy się, nadal będąc na przeciwniku nieznajomy uniósł w prawej ręce miecz z zamiarem zadania ostatecznego ciosu. Przytrzymał go sobie drugą dłonią i wycelował w głowę przeciwnika. Ostrze wbiło się tuż obok ucha generała, który nadal nie stracił ducha walki i zdążył się odsunąć. Następnie złapał obcego za ramiona, oparł kolano na jego brzuchu i przerzucił za siebie. Obaj wstali w tym samym czasie. Mieli do siebie niespełna trzy metry. Wykorzystując ten moment Yenn zeskoczyła z wałów na wóz stojący pod nimi, żeby być bliżej. W ślad za nią poszli przyjaciele. Nieznajomy stał spokojnie ze spuszczonym mieczem, podczas, gdy Tywalg przyjął waleczną pozę. Walczył teraz o życie i najwyraźniej nie miał zamiaru się poddawać. - Powtarzam pytanie kim jesteś!- wrzasnął. - Myślę, że udzieliłem ci już odpowiedzi, a teraz tylko ją spełnię i jesteśmy kwita.- obcy skwitował wypowiedź szerokim uśmiechem. Tywalg parsknął i wbrew temu, czego spodziewał się tłum, rzucił się do ataku. Nieznajomy odparowywał ciosy z widoczną łatwością. Tywalg obchodził przeciwnika starając się atakować z boku, więc nieznajomy za każdym razem także trochę się odwracał. W wyniku zamienili się miejscami i teraz Nieznajomy stał tyłem do bram miasta. Generał odskoczył o parę kroków. Przez sekundę wydawało się Yenn, że zerknął gdzies w bok. - To chyba dobry moment - powiedział, po czym znowu zerknął, na coś za plecami nieznajomego. Yenn powiodła tam wzrokiem i zauważyła o co tutaj chodziło. W cieniu pomiędzy dwoma budynkami stał, jeden z żołnierzy, którzy byli z generałem. Trzymał w ręce kuszę, którą spokojnie wycelował. Yenn chciała coś krzyknął, lecz nie zdążyła. Bełt świsnął i... zatrzymał się tuż przed celem, po czym opadł na ziemię. W tym momencie Yenn poczuła obok siebie dziwną obecność. Tuż obok stała towarzyszka nieznajomego. To ona zatrzymała bełt. Pokiwała palcem do kusznika po czym szybko wskazała nim na mur przy bramie. Siła telekinetyczna uniosła żołnierza i rzuciła nim „za palcem”. Prędkość i siła były tak duże, że wybił w ścianie sporą wyrwę. Po chwili opadł martwy na bruk. Nieznajomy powiedział coś w obcym języku, na co jego partnerka odpowiedziała i założyła rękę na rękę w oczekiwaniu. Obcy odwrócił się do generała. - Ty naprawdę prosisz się o śmierć. Generał zaklął siarczyście i złapał medalion na szyi. - Mahtar fehtani - wymamrotał i wyciągnął jedną dłoń przed siebie. Kula ognista wystrzeliła mu z dłoni. Nieznajomy także wystawił dłoń i kula rozbryzła się w powietrzu. - Mahtar k’al hag – tym razem z dłoni buchnął cały potok ognia, który owionął nieznajomego. Stojący najbliżej odkoczyli, aby uniknąć poparzeń. Nieznajomy zniknął w płomieniach na dobre kilka sekund. Tywalg upuścił dłoń, zmęczony zaklęciem. Ogień zniknął i okazało się, że nieznajomy jak gdyby nigdy nic stoi z głową skierowaną ku wschodzącemu słońcu. - Ach ciepełko.- westchnął. Yenn mimowolnie uśmiechnęła się, towarzyszka obcego także cicho się zaśmiała. Nieznajomy skierował swoje białe oczy na przeciwnika. - Czas umierać – powiedział i ruszył do ataku. Zrobił to tak szybko, że generał w ostatniej chwili odparował cios. Uderzenia padały jeden za drugim. Tywalg nawet z amuletem z ledwością potrafił je blokować. W końcu obcy złapał miecz oburącz i uderzył z góry pionowo w dół. Jedno uderzenie, odbiło się od miecza przeciwnika, drugie uderzenie, tak samo, ale ręce Tywalga pozwoliły już na lekkie opadnięcie miecza. Obcy wziął kolejny zamach, generał szybko przełożył dłoń i lewą złapał za ostrze nadal się osłaniając. Trzecie uderzenie, odbite, lecz własne ostrze odcięło prawie generałowi palce. Nie puścił jednak i nadal je ściskał, kiedy obcy wziął kolejny zamach. Nieznany miecz opadł po raz ostatni. Pękło zaklęcie ochronne a bez niego miecz Tywalga rozleciał się pod siłą ciosu. Ostrze obcego odcięło przeciwnikowi ramię. Generał wrzasnął z bólu. Nieznajomy nie czekając wbił miecz w brzuch przeciwnika i podciągnął trochę do góry rozcinając bebechy. Po czym wyszarpnął broń i z obrotu ściął Tywalgowi głowę zanim ten upadł. Zaległa głęboka cisza, do tej pory gdzieniegdzie odzywały się głosy dopingu, czy inne komentarze, teraz nikt się nie odezwał. - No, to by było na tyle.- powiedziała towarzyszka obcego i do niego podeszła. Ten wycierał właśnie ostrze o nogawkę trupa Tywalga. Yenlette miała okazję przyjrzeć się dokładniej. Nigdy nie widziała takiego miecza, było leciutko wygięte i najwyraźniej miało ostrze tylko po jednej stronie. Zawsze miała do czynienia z dwustronnymi. Obcy skończył je wycierać i schował do pochwy na plecach. Towarzyszka podeszła i objęła go w pasie spojrzała w jego białe emanujące mocą oczy i zauważyła ranę na policzku. Faktycznie miał ją już gdy zaatakował Tywalga, pewnie ciął go ktoś w czasie walki na polu. Od kości policzkowej aż do dołu. Powiedziała do niego kilka słów i przyłożyła do rany swoją dłoń. Zalśniło delikatne błękitne światełko i rana znikła bez śladu. Obcy stali i rozmawiali ze sobą w obcym języku. - Czyli teraz już będzie dobrze?- zapytał stojący obok Yenn Taffin. - Cicho dziecko, nigdy nie wiadomo czy nie wyzwolił nas większy diabeł.- wyszeptała jakaś kobieta. Wszędzie zalegała cisza, wszyscy czekali na to co dalej będzie. Rzeczywiście uwolnieni spod ręki Tywalga mogli trafić w gorsze ręce. Obcy byli potężni i jak przeważnie bywa mogli przyjąć taką samą postawę co Garath. Nadal rozmawiali między sobą. W końcu kobieta stanęła pośrodku utworzonego przez gapiów placyku i uniosła ręce w górę. - Ludzie!- nie krzyczała, ale mówiła podniesionym głosem, tak aby wszyscy obecni mogli ją usłyszeć.- Wiem, że możecie nie być pewni co do naszego pojawienia. I naprawdę nie ważne kim jesteśmy i skąd przybywamy, najważniejsze jest to, że od teraz jesteście wolni tak jak dawniej. Nie ma już Garatha i jego najsilniejszych ludzi. Możecie stworzyć państwo jakim byliście kiedyś. Od teraz wszystko zależy od was. Nasza misja kończy się w tym mieście, gdyż Tywalg był naszym ostatnim celem. Resztą namiestników Tywalga musicie zająć się sami, ale wiemy, powtarzam ja i mój towarzysz wiemy, że możecie pokonać resztę ludzi Tywalga o ile tylko zbierzecie się i będziecie działać razem. My odejdziemy, lecz wy możecie zadbać o swoją przyszłość. Zbierzcie zbrojną siłę i wypleńcie ostatnie pluskwy jakie najechały wasz piękny kraj. Sami także pozostawimy kilka osób mogących was wesprzeć jeżeli tego zechcą. Zostawimy was teraz, lecz wierzymy, że dacie sobie radę. Aha i pamiętajcie, że nie wszyscy z potrafiących korzystać z magii są złymi ludźmi.

Rozmawiali o czymś we własnym języku. Jednoczesnie nieznajomy zerwał naszyjnik Tywalga i zamocował go przy pasie. Słuchał posłusznie swojej towarzyszki. Kiedy skończyła, popatrzył na nią i wzruszył ramionami. Wypowiedział jedno zdanie i założył na siebie ręce czekając na coś. Kobieta zamknęła oczy i lekko uniosła głowę. Trwała tak przez kilka sekund, wszyscy czekali na to coś, chociaż sami nie wiedzieli co. Yenn, aż podskoczyła, kiedy kobieta nagle otworzyła oczy i popatrzyła prosto na nią. Co więcej zaczęła iśc w jej kierunku. Yenn chciała zrobić natychmiastwy w tył zwrot i uciec, lecz kobieta najwyraźniej wyczuła jej zamiar. Dziewczyna nie mogła się ruszyć. Niewidzialna siła przytrzymała ją i uniosła na centymetr nad ziemię. Nieznajoma podeszła i opuściła ją na ziemię. Były tego samego wzrostu. - Nie bój się, nic ci nie zrobię.- oznajmiła nieznajoma patrząc jej w oczy. - Nnnna pewno?- wyjąkała Yenlette. - To chyba oczywiste.-Nieznajoma uśmiechnęła się i kontynuowała - Chcemy ci coś dać - zaczęła wpatrywać się w oczy Yenn.- Powiedziałam, że pozostawimy strażników umiejących władać magią. Masz w sobie coś, że możesz być jednym z nich jeżeli zechcesz. Damy ci taką możliwość a czy z niej skorzystasz zależy tylko od ciebie. Pamiętaj,że jeżeli skorzystasz z tej oferty nabędziesz umiejętność władanią magią,a wiesz co to oznacza.W waszym świecie ludzi takich uważa się za niebezpieczeństwo,co może mieć niemiłe skutki.Będąc samemu można być poniżanym i poniewieranym.Jeżeli jednak naucysz się dobrze korzystać ze swojego daru,możesz stać się kimś kogo ludzie zaczną cenić.- skończyła i odwróciła się do partnera,wyciągnęła do niego rękę jakby miał jej coś dać i powiedziała kilka słów we własnym języku. Stał z założonymi rękoma.Odpowiedział jej kilkoma słowami,po których opuściła dłoń i stwierdziła coś z przekąsem w głosie.Odsunęła się trochę w bok,robiąc miejsce przed Yenlette. Stanął tuż przed nią. Wyższy o głowę pochylił i się i spojrzał swoimi oczami.Białe źrenice z których uchodziła mglista smuga. Yenn wzdrygnęła się. Towarzyszka obcego wypowiedziała jedno zdanie. Ten westchnął i zamknął

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Naznaczona magią — czytnik · opowiadania