Kryminał · 20 min czytania
Nazwij świat jeszcze raz
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Oto Pan zrzuci cię, człowiecze, z wielkim rozmachem i uchwyci cię jednym chwytem, i tocząc cię zwinie w kłębek jak piłkę, rzucając po ziemi przestronnej. Tam umrzesz i tam pójdą pojazdy, z których się chlubiłeś, o ty, zakało domu twego pana! [Iz 22 17-18]
Wydarzenia rozwijały się jak sznur, na którego końcu znaleźć mógł wybawienie albo pętlę. W miarę jak Wojtek biegł, marznący deszcz, niczym koniec przedstawienia, opadał szarą kurtyną na znikającą w oddali uczelnię, a adidasy, z głuchym i śmiesznym plask-plask-plask w rozmokłym śniegu, niosły go w kierunku przystanku autobusowego. Chłopak, pełen wdzięczności dla przestronnych kieszeni przemoczonej kurtki, w które wciskał ręce aż po łokcie, szukał zajęcia dla rozedrganych dłoni przebierając palcami w stosie skasowanych biletów, monet i kluczy. – Ale pada, ale pada, ale pada! – Mamrotał pod nosem, byle nie dać się zdominować wszechogarniającej wilgoci, kierującej myśli w rejony rozmokłe i gnijące. Domina nikczemna, męczy ciało i ducha – przeklinał zuchwałość przyrody. A przystanek jeszcze hasła wymagał, więc już wcześniej, trochę głośniej, jak do swoich wołał: – Zimno, zimno, zimno! – Sezamie otwórz się, rozstąpienie ciał przemarzniętych i ciepłe przyjęcie go do grona uchodźców deszczowych, symultanicznie współczujących. Rozkład jazdy? Nie ma szans. Dziewczyna? Jest. Łachudra? Przyczaił się w kącie. Zajął upatrzoną pozycję i wypalił pytaniem w kierunku niewysokiej brunetki w ciemnozielonym płaszczu i kozakach brązowych z zamszu, skóry, zresztą nie znał się na butach: – Była już czternastka, już była? – Słucham? – Czternastka. Była? – Nie, jeszcze nie, też czekam. – To dobrze. Fajnie. – Przytaknął afirmacyjnie i wyrzeźbił na swej twarzy wyraz beztroskiej poufałości. Wiedział, że są podsłuchiwani. – Ale pada, co? – Zapytał. – No. – Przytaknęła niedbale. – I zimno-zimno-zimno... – Raczej nie. – Ucięła. Co za dziewczyna! Gdyby jej nie znał, jak ją zna. Tylko ona jego nie. Jeszcze. Wściekłe samochody rozjeżdżały śnieg wymieszany z toksyczną solą, a chłopak uznał, że może wreszcie zaryzykować, że pora to równie dobra, jak każda inna. – Wojtek... Ze sklepu... Z cynamonem? – Co? – Nic, nic, przedstawiam się tylko. – To fajnie. Fatalnie. Masakra! Nie zauważyła? Nie usłyszała? No przecież mogła odprzedstawić się chociaż! Zła, niedobra, kosz. Plan w łeb. Ale nie da mu, łachudrze, satysfakcji. – Z cynamonem. – Spróbował jeszcze raz, bezsilnie. – Ty coś do mnie mówisz, coś mówisz jeszcze? – Prychnęła. – Nic. – Mruknął. – Czternastka, czternastka, hej! – Wykrzyknął bezcelowo i beznadziejnie i nagle kobiecina jakaś znad siatek, jak deus ex machina: – Czternastka już była. Pojechała. Dopiero co! – Och! – Dziewczyna. – Ha! – Wyrwało mu się. Co za ukojenie w porażce. I deszcz nawet przestał padać. – To idę z buta. Tłum wypluł dziewczynę, a potem, zarażony entropią, rozpadł się na pojedyncze osoby, które niczym zaschnięte liście na tafli jeziora, rozpłynęły się we wszystkich kierunkach. Kierunek łachudry był jednak łatwy do przewidzenia. – Pójdę z tobą! – Zawołał Wojtek. – Jak chcesz. – Odparła dziewczyna i wnet Słońce wyszło i blask zalał ulice, samochody, rozmokły śnieg i w ogóle wszystko. Szli, a nadchodząca wiosna, niczym przewodnik po muzeum sztuki nowoczesnej, odsłaniała przed nimi spękany chodnik, psie kupy na trawnikach oraz dziurawe ulice. Minęli kościół i sklep. Minęli psa. Czerwone światło. Stoją. Stoją, czas leciał, a Wojtek żywił przekonanie, że są obserwowani. – Zupełnie mi nie przeszkadza ta krępująca cisza. – Stwierdził po chwili z wyższością, obserwując płynący leniwie strumień samochodów, byle nie dać się porwać rwącemu strumieniowi świadomości, który niebezpiecznie podmywał brzegi spokoju jego ducha. Spojrzał na dziewczynę. Stała wpatrzona w sygnalizację świetlną, a jej delikatny profil rozrywał mu wnętrzności na strzępy. – Wiesz, czemu mi to nie przeszkadza? Bo mi się nie przedstawiłaś. – Mnie tam nic nie krępuje. – Akurat. Zielone. – Zielone. – Powiedział do jej pleców. – Wiola. – Rzuciła przez ramię. A nie! – Omal nie krzyknął. Kłamczucha! Ewa bezczelna, Wiolą się zasłania. Tylko dlaczego? – Wiola? Fajnie. – Stwierdził obojętnie, chociaż serce mu drgało jak płomień świecy na wietrze. – Akademik? – Spytał. – Tak. – Ja też. Idą. Wojtek cierpiał. Czemu kłamie? Wiedział wszystko. Tylko tego nie. Wiola/Ewa: – A tak w ogóle to słyszałeś o zniknięciu portiera w akademiku? – Co? – O czym ona? – Nie, nie słyszałem. – No, bo nikt nie słyszał... Oprócz mnie. – Czemu zniknął od razu, a nie poszedł do dentysty, na przerwę, na siku? – Zniknął. Mam to na komórce. Nagrałam jak znika. – No co ty, pokaż. – Zostawiłam w pokoju. – Zostawiłaś telefon? A jak ktoś zadzwoni? Zostawiła telefon! – Zostawiłam. No i co? – Nic, dziwne po prostu. – Dziwne jest zniknięcie. Ale mogłam się domyślić! – Nikt nie zniknął. Czego mogłaś się domyślić? – Wszystkiego. – Skąd? – Ze znaków. – Jasne. – Nie wierzysz? Nie wierzył. Wierzył w znaki, ale nie w zniknięcie. Wierzył w znaki, bo sam je zostawił przecież, ale portier? – Jakie znaki? – Zapytał, chociaż znał już odpowiedź. – Ślady. Różne. – Jakie? – Co studiujesz? – Zmieniła temat. Podejrzliwa i kłamie. Wojtek zachodził w głowę, czy został już przejrzany, czy ta żałosna łachudra ciągle ich śledzi oraz jak długo jeszcze zdoła powstrzymywać parcie na pęcherz. – Filozofię. – Odpowiedział zgodnie z prawdą. – Tak? Ja też. Na którym roku? – Na czwartym. – Dziwne. – Co jest dziwne? – Że cię nigdy nie widziałam. Też jestem na czwartym. – To nie jest dziwne, bo nie chodzę na zajęcia. Studiuję drugi kierunek. – I tak musisz chodzić na zajęcia. – Nie muszę. – Wojtek z zawadiackim uśmiechem zaczął tłumaczyć swoją taktykę: – Po prostu na jednej grupie mówię, że chodzę na drugą grupę, a na drugiej, że na pierwszą, a wszystkim, że nie mam czasu, bo studiuję drugi kierunek. Na koniec zanoszę referat i podciągam się ustnie na zaliczeniu. – Ewa/Wiola zrobiła wielkie oczy. – Na dwóch kierunkach jest dwa razy mniej nauki. – Wyjaśnił, po czym dodał: – Dlatego planuję wziąć trzeci. – Leń. – Skomentowała dziewczyna i parsknęła śmiechem. – A znasz profesora Profesora? – Czy znam… – Zaczął Wojtek i oczami wyobraźni ujrzał władcze oblicze profesora Profesora i jego równie władczą rękę, wpisującą mu dwóję do indeksu, nie zważając na to, że studiuje drugi kierunek. Władczą dwóję jak trzy dwóje, na trzy kratki wielką, zamazując czwórkę ponad i cztery z plusem pod spodem. Zadrżał pod naporem nieprzyjemnych wspomnień. – Nie lubię go. – Podsumował krótko. – Oblał mnie. Ale to nie dlatego go nie lubię… – A ja go lubię. Jest przystojny. – Przystojny? – Zdziwił się Wojtek. – Łysy. I stary. – Zazdrościsz. – Tak? Niby czego? – Wszystkiego. Westchnął zrezygnowany. Obejrzał się za siebie i zobaczył wystającą zza drzewa, błyszczącą w Słońcu, szpiegowską łysinę. Niech cierpi, pomyślał Wojtek. Zasłużył sobie. – No, to co to były za ślady? Te, które miałyby świadczyć o zniknięciu portiera? – Chłopak wrócił do tematu, byle jakoś podtrzymać rozmowę i podręczyć łachudrę. Wiedział, że jeśli dziewczyna tym razem mu powie, to usłyszy o sznurku, piórku, kartce, piłeczce do ping ponga i tym kwiatku, który zerwał z czyjegoś balkonu. Wiola/Ewa przyglądała mu się przez dłuższą chwilę i kiwnęła głową. – No dobra, posłuchaj – zaczęła. – Wiem, że zabrzmi to dosyć wariacko, ale wszystko układa mi się w jedną, logiczną całość… – Tam gdzie kończy się logika, zaczyna się babeczka… – Mruknął. – Co? – Nic, nic. Mów dalej. – No więc najpierw był ten sznurek przewiązany przez pręty w balustradzie... Na klatce schodowej zaraz przy wyjściu z mojego pokoju. Zauważyła! Chłopak skąpał się w satysfakcji własnego sprytu. Łyknęła haczyk! – Sznurek był żółty. – No i co z tego, że był żółty? – Zdziwił się Wojtek. Akurat kolor nie miał dla niego znaczenia. – Żółty oznacza podstęp – wyjaśniła. – Żartujesz chyba. Podstęp? – Tak. I sznurek wskazywał na portiernię. – Co? – Sznurek wskazywał na portiernię. Z podstępną, żółtą intencją, rozumiesz? – Średnio. – Ale jeden sznurek to mógł być jeszcze przypadek, prawda? – No ba. – Skwitował Wojtek. Sherlock Holmes, pomyślał. Ale ubaw. – Natomiast dwa żółte sznurki… – Kontynuowała dziewczyna. – Dwa żółte sznurki wskazujące na portiernię, to chyba już o czymś świadczą, no nie? – Dwa sznurki? – Tak, dwa sznurki. I klucz. Klucz, uwierzysz? Klucz nanizany na drugi sznurek. – Jaki klucz? Jaki drugi sznurek? – Wojtek miał wrażenie, że rzeczywistość postanowiła stawić stanowczy opór jego percepcji. Wszystko, co słyszał, wymykało się zdolności jego pojmowania, zupełnie jakby próbował zaczerpnąć wody łyżką durszlakową. Co się dzieje? – Zastanawiał się gorączkowo. – Czy ona stroi sobie z niego żarty? – I czerwona pelargonia na mojej wycieraczce. – Kwiatek zwykły przecież. – Bąknął. – Pelargonia. – Poprawiła go. – Czerwona. Czerwona pelargonia oznacza głupotę. Ktoś próbuje mnie sprowokować, rzucić mi wyzwanie. To gra. – No nie. Przesadzasz. – To, co usłyszał Wojtek, nie mieściło mu się w głowie, wypadało na ziemię i blokowało mu przejście na drodze do oczywistości. Co za zwariowane wnioski wyciągnęła ta kobieta! I teraz one ciągną ją. Tylko dokąd? – Nie przesadzam. – Upierała się dziewczyna. – Myślę, że ktoś chciał żebym powstrzymała go przed porwaniem portiera, ponieważ sam nie potrafił. – A co portier zawinił? Przecież to się nie trzyma kupy! Może chodziło o coś zupełnie innego? – Wiesz, długo nad tym myślałam, ale z czasem śladów było coraz więcej. Na przykład ta piłeczka pingpongowa w progu. Gdy otworzyłam drzwi, zgadnij gdzie się potoczyła? – Po linii najmniejszego oporu, po najmniejszej linii oporu? – Zleciała ze schodów prosto do portierni. – No i co niby z tego miałoby wynikać? Ewę/Wiolę ogarnęła pasja. Gestykulowała gwałtownie w rytm wyrzucanych z…