Historia · 10 min czytania
"Nefilim"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Nefilim” - wersja robocza
Zapiski z dziennika:
*Minęło już 30 lat od naszego zejścia ze statku Matki na tą dziewiczą planetę. I 20 od odłączenia się ekipy Mellinheda od ekspedycji Suphyona. Żyjemy sobie spokojnie w piętrowych domkach na przedmieściach miasta Nippur. *Miejscowa ludność nazywa nas dingir lub anuannaki, czyli ci, którzy spadli z niebios. Mieszkańcy tej planety są niscy - mężczyźni o wzroście metr siedemdziesiąt to u nich wielkoludy. Przy naszych dwóch metrach mają nas za gigantów. Mimo tak niewielkich rozmiarów jest to bardzo utalentowany lud. Bardzo zręczne palce i chłonne umysły pozwoliły na szybkie opanowanie prostego rzemiosła i obróbki metali. Rolnictwem zajmowali się już przed naszym przybyciem, niewielkie modyfikacje pozwoliły usprawnić tą umiejętność. Od czasu naszego przybycia znacznie rozwinęli swoje umiejętności. Potrafią wykonywać piękne rzeźby. *Uczymy ich pisma, co zdolniejszych astrologii i astronomii. To, że czczą nas jak bogów jest nawet przyjemne lecz na dłuższą metę męczy. Nie można przejść przez miasto bez wzbudzania sensacji. Mimo tych 30 lat dalej nie oswoili się z naszą bytnością. *Trzydziestoosobowa grupa mężczyzn zbuntowała się odłączyła od ekipy badawczej Suphyona po tym jak otrzymaliśmy rozkaz z bazy, że wszystkie statki mają wyruszyć w dalszą drogę do nowo odkrytej galaktyki w odległym rejonie kosmosu Santropyi. Bezsprzecznie ustaliliśmy, że miejsce na tej planecie jest idealnym do zamieszkania. Dlatego nikt z nas nie żałuje swojej decyzji. Wzięliśmy sobie za żony tutejsze kobiety. Moja śliczna ma na imię Sharin, jest w siódmym miesiącu ciąży i jak wykazało USG będę miał dwóch męskich potomków. Większości z nas już urodziły się dzieci. Co dziwne na dziewiętnaście porodów urodziły się tylko trzy kobiety, reszta to sami chłopcy. Najstarszy z naszych dzieci - Yumma ma już 12 lat i jest urodzonym przywódcą. Wśród swoich ziemskich rówieśników dominuje siłą, inteligencją i sprytem. Niestety jest próżny i samolubny. Miejmy nadzieję, że z wiekiem mu to przejdzie. *Jest jeden mały problem, tutejsi mieszkańcy strasznie szybko się starzeją i umierają. Ledwie niektórym z nich udaje się dożyć pięćdziesiątki. Przy moich 387 latach można przyjąć, że oni umierają w wieku młokosa. *Już załatwiłem aby Nenad pokombinował z DNA mojej Sharin i po porodzie zmodyfikował co nieco tak by pożyła dłużej. O synów się nie martwię, przejmą moje geny i na pewno będą długowieczni. *Co roku wczesną wiosną najeżdżają nas wojownicze ludy barbarzyńskie - nazywają ich akadyjczykami. Nie stanowi to zbyt dużego problemu. Atakują hordą bez ładu i składu oraz niewielką siłą. Zazwyczaj około trzech setek jeźdźców i tysiąc piechoty uzbrojonej w prymitywną broń.
I
- Kochany mój Panie mężu - Sharin uśmiechnęła się do mnie tak jak tylko ona potrafiła ukazując rząd równych białych zębów - Będziemy musieli powiększyć nasz dom kiedy na świat przyjdą twoi potomkowie. - Sharin, nie będziemy powiększać domu tylko wybudujemy nowy, większy - odparłem. - Nie zajmie mi to dużo czasu. Poproszę Mellinheda o pomoc i w jesieni stanie nowy dom. Objąłem ją i ucałowałem w pachnące jaśminem czarne włosy. Nie mogłem się doczekać rozwiązania. Miałem świadomość, że urodzą mi się bliźniaki, do tego jeszcze zodiakalne raki, co na Marduku - mojej ojczystej planecie oznaczało charakter wojowników. Od kilku dni nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Próbowałem zabijać czas oczekiwania pracą z tubylcami i nauczaniem ich podstaw matematyki. Teraz też sposobiłem się do wyjścia. - Zostań z Hebne i nie przemęczaj się kochanie - powiedziałem - Po to ją najęliśmy abyś przed porodem nie musiała nic robić. - Tak mój Panie mężu - Sharin uśmiechnęła się filuternie i puściła do mnie oczko. Wyszedłem na rozgrzane słońcem podwórze. Sephip, nasz służący przygotował już rydwan do drogi. Podał mi lejce. - Uważaj na Sharin - szepnąłem do niego i wskoczyłem na pojazd. Droga na pola uprawne zajęła mi pół godziny. Kiedy tam dotarłem robotnicy kończyli naprawiać kanał nawilżający okolicę. Podczas wczorajszej burzy woda z Eufratu przelała się przez zaporę i zalała część pól uprawnych. Jak zobaczyłem na pierwszy rzut oka zbiory nie ucierpiały za bardzo. Nie miałem dzisiaj ochoty na naukę matematyki to też gestem ręki odgoniłem młodych chłopaków, którzy zbiegli się kiedy tylko przyjechałem. Podszedłem do Elgasha, służącego Melinheda: - Jak to wygląda? - spytałem. - Nieźle Panie. Do południa sobie z tym poradzimy. - Przysłać ci kogoś do pomocy? - Nie trzeba Panie. Jakbyś był tak łaskaw Panie dać - swoich ludzi do Khebana na południu miasta. Tam Eufrat poczynił większe zniszczenia. - Pojadę tam i zobaczę co się da zrobić. W tym momencie błękitne niebo przeszyła jaśniejąca wstęga. Nadlatywał statek kosmiczny. Nowe wieści od „bogów”. Pomyślałem. Wskoczyłem z powrotem na rydwan i chlasnąłem konia batem. Zajrzę jeszcze do Zigguratu przywitać się z przybyszami i przy okazji wywęszyć co się święci. Wjechałem na ubity trakt prowadzący do centrum miasta, którym toczyły