Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 16 min czytania

Negatyw (część druga)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- I co, zdałaś?!– zapytałam się mojej najlepszej przyjaciółki, Marty, kiedy wyszła z budynku uczelni z wyrazem ulgi na twarzy. - Zdałam! – powiedziała z uśmiechem, jednocześnie wyciągając telefon i sprawdzając, czy nikt do niej nie dzwonił. - A konkretniej?... – spytałam się znowu, trochę poirytowanym tonem. - Dostałam tróję. I tak się cieszę, u Wojskiego to duży wyczyn. Cholera, jak zwykle, kupa nieodebranych połączeń... – myślałam, że zdzielę Martę torebką. Ostatnio najważniejsza jest dla niej tylko praca, uczelnia się nie liczy. Stać ją więcej jak na tą tróję. - Wierzę – powiedziałam obłudnie, ciągnąc ją za rękę i prowadząc w stronę najbliższej budki z szybkim żarciem. Rzuciłam okiem na „menu” – Masz na coś ochotę? - Może na kawę. Jezus, nareszcie spokój, sesja zaliczona... - Dwie kawy proszę... – rzuciłam do ekspedientki, która popatrzyła się na mnie, jakbym wybiła jej pół rodziny. Po kilku sekundach dostałam dwa kubki, z czego jeden podałam Marcie. Zapłaciłam, a za brak drobnych ekspedientka znowu mało mnie nie zabiła wzrokiem i razem z moją rudowłosą przyjaciółką ruszyłyśmy w górę ulicy. - A jak twoja sesja? – zapytała mnie niespodziewanie Marta, wypijając łyk napoju. - A jak ma być? Zaliczone, oczywiście. Ostatni rok stomatologii to naprawdę pestka. - Tak, jak dasz sobie radę na pozostałych czterech... – Marta wcale nie ukrywała tego, że lubi wyśmiewać moje teorie, co robiła i teraz - Boże, znowu ktoś wykorkował?! – powiedziała, zerkając na tablicę ogłoszeń. Przez moment stała nieruchomo, a później wzruszyła ramionami i poszła dalej. Ja nie ruszyłam się z miejsca i wpatrywałam się w zdanie „Zginął śmiercią tragiczną” - Co jest? – zapytała Marta, widząc moją skamieniałą twarz. Po tym pytaniu otrzeźwiałam i zwróciłam się do dziewczyny: - Nic, Marek się ucieszy... Będzie miał nowe zdjęcia, a ja znowu nic na tym nie zarobię. - To on ci nie płaci? – Marta była wyraźnie zaskoczona. - A skąd – powiedziałam z przekąsem. – Coś mówiłaś, że znowu ktoś wykorkował. Dlaczego „Znowu”? - To już chyba piętnasta osoba w ciągu dwóch tygodni – powiedziała zdawkowo Marta - Zakłady pogrzebowe zarabiają... - Taak, Pavulon... Ale nie jesteśmy w Łodzi. - No cóż... – Marta wyrzuciła swój papierowy kubek do pobliskiego śmietnika – W sumie to niedaleko... - No, jedyne sto pięćdziesiąt pięć kilometrów... W sumie, dlaczego by nie? – zaśmiałyśmy się szyderczo, ale ja odczuwałam dziwny niepokój, nawet dobrze nie wiem, dlaczego. Bezwiednie wyciągnęłam zapalniczkę i zapaliłam ją. - A ty znowu...? Kiedyś coś podpalisz – powiedziała Marta, a ja zgasiłam zapalniczkę i schowałam ją do kieszeni. - Nie podpalę. Już moja w tym głowa – sama nie wierzyłam we własne słowa. „Chociaż byłoby miło...” pomyślałam i przyspieszyłam kroku. Marek przyszedł po zdjęcia następnego dnia, tak jak obiecał. Tymczasem śnieg zdążył już zasypać całe miasto, zaokrąglając wszystkie ostre kształty. Na neonowych literach układających się w nazwę „CUPRUS” powstały śmieszne, białe czapeczki, a przez szyby tramwajów wyglądali udręczeni ludzie. W takich chwilach lubię swoje mieszkanie, mimo to, że jest ciasne. Kocham swój mały pokoik, w którym wiecznie unosi się zapach drzewa sandałowego i perfum, kocham kuchnię, z której zawsze smakowicie pachnie... Cieszę się, że to nie ja marznę w autobusach i tramwajach. Jednak mniej kocham swojego psa, który właśnie w takie ponure dni usilnie i, ze zdwojoną mocą, domaga się wyjścia na dwór. Wtedy niechętnie biorę smycz i szybko przebiegam się wraz z nim po osiedlowym placyku zabaw, żeby załatwił swoje potrzeby. - Nadal nie wiem, jak możesz to wszystko fotografować – powiedziałam do Marka, który zafascynowany wpatrywał się w swoje zdjęcia. Tym razem był tam jeden wisielec, sfotografowany z każdej możliwej strony i w każdej możliwej pozycji, jedna kobieta, której głowę zmiażdżył tramwaj - to akurat widziałam na własne oczy, bo wypadek zdarzył się niedaleko mojego domu - oraz jeden chłopak, który podciął sobie żyły i leżał w kałuży krwi. Patrząc na te zdjęcia chciało mi się wymiotować, więc ograniczyłam się do obejrzenia ich tylko i wyłącznie po wywołaniu, chociaż Marek bardzo mnie zachęcał. - Przecież śmierć jest piękna... Taka...Hmmm... Majestatyczna, można by rzec... Przynosi ukojenie, wyzwala z mąk naszego świata... - Więc sam się zabij – sarknęłam, przerywając brunetowi i wyrzucając kolejny płonący papierek przez okno. Nastała długa i męcząca chwila ciszy, którą przerywały tylko piski dzieci na podwórku. Marzłam, ale dalej dzielnie stałam w otwartym oknie, które pozbywało się malowideł Dziadka Mroza, owiane ciepłym powietrzem dobywającym się z mojego pokoju. - Nie sądzisz, że ogień jest piękny? – powiedziałam nagle, decydując się przerwać tę ciążącą mi ciszę. Marek podniósł lekko nieprzytomny wzrok znad fotografii i popatrzył się na mnie porozumiewawczo. - Piękny! Taki... Wysłannik śmierci, czyż nie? – nie odezwałam się ani słowem, a chłopak ciągnął dalej – Widzisz, Pola, mamy ze sobą jednak wiele wspólnego... Obydwoje kochamy śmierć, tylko w innych odmianach. Ja wolę patrzeć jej prosto w oczy, w jej piękne, czarne, puste oczy... Takie, których odbicie widać w oczach każdego umarlaka... Natomiast ty, moja droga, wolisz rozkoszować się dalekim obrazem śmierci.. Takim jak ogień, prawda? – spojrzałam na niego jak na wariata i zamknęłam okno. - Myślę, że ty facet nie patrzysz śmierci w oczy, tylko jesteś psychiczny – powiedziałam szorstko, zapalając kadzidełko. Marek wstał, przeszedł przez pokój i stanął naprzeciwko mnie. - Masz piękne włosy... Lubię blondynki – spojrzałam na niego, unosząc brew - Jeśli chcesz, mogę kiedyś pokazać ci prawdziwą śmierć – powiedział cichutko wprost do mojego ucha i dysząc mi w kark. Nie znosiłam tego. Odsunęłam się od niego i wskazałam mu drzwi. - Myślę, że powinieneś już iść, Marku – patrzył się na mnie przez chwilę bez słowa, i nagle jakby obudził się z letargu. - Jeśli tak uważasz... Dobranoc, strasznych snów... – młody mężczyzna zabrał kurtkę z oparcia krzesła, spojrzał na mnie jeszcze raz i wyszedł. - Świrnięty skurczybyk... – powiedziałam do siebie, kiedy drzwi mieszkania trzasnęły, zamykając się za Markiem. * Jak każdego, normalnego dnia rano z błogiego snu wyrwał mnie budzik. Swoim uporczywym pikaniem po pierwszych pięciu minutach podniósł poziom adrenaliny w mojej krwi i jak każdego, normalnego dnia rano z tego powodu uderzył w najbliższą ścianę. Ale pikał dalej. Wymacałam lewą ręką okulary, leżące na szafce przy łóżku i naprędce włożyłam je na nos. Bardzo powoli otworzyłam oczy, starając się jak najbardziej odwlec chwilę, w której zostaną boleśnie porażone ostrym, zimowym słońcem. Z największą niechęcią zwlekłam się z łóżka, leniwie przeciągnęłam i... Wrzasnęłam. Ten głupi, czerwony pikacz wskazywał godzinę siódmą dwanaście, więc lekką ręką licząc, miałam dokładnie osiemnaście minut, żeby wyjść z domu i popędzić na Akademię Medyczną. W popłochu wrzuciłam książki do plecaka, zabrałam pierwsze lepsze ubrania z krzesła i wypychając moją młodszą siostrę, wleciałam do łazienki. Ta zaprotestowała donośnym wrzaskiem („Przez ciebie się spóźnię!”), ale po jakiejś minucie słyszałam dobiegający z kuchni dźwięk metalu uderzającego o porcelanę. Spojrzałam w lustro. Na mojej twarzy dokładnie było widać w połowie zarwaną noc, spędzoną na pisaniu zimowych smętów. Czasami się zastanawiam, dlaczego wena musi dopadać mnie akurat w tak późnych godzinach wieczornych. Zawsze jednak traktuję to jako pytanie retoryczne. Obiecałam sobie, że już nigdy, przenigdy nie zarwę nocy na jakąś głupią pisaninę i przestanę chodzić spać w weekendy nad ranem. Jak powtarza ojciec, wtedy trzeba się wyspać. Odkręciłam wodę, a po wykonaniu zwykłych czynności porannych wypadłam z…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Negatyw (część druga) — czytnik · opowiadania