Fantasy · 17 min czytania
Nekromanta
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Noc była dziś wyjątkowo mroźna. Śnieg się nie pojawił, ale wiatr dął z całą swoją siłą, znacznie chyląc pobliskie drzewa ku ziemi. Księżyc świecił w pełni, rozjaśniając nizinne pustkowia i sprawiając, że niemożnością było ukryć się pośród nich. Na szczęście Sathos rozbił swój mały obóz już kilka godzin wcześniej i, wykazawszy się bystrością umysłu, postawił go nieopodal lasu tak, aby drzewa stłumiły ewentualną wichurę. Jak widać, intuicja go nie zawiodła. Cały otulony kożuchem leżał wśród porozrzucanych wszędzie skrawków prześcieradeł, które pozostały mu po nieszczęsnym ataku wilków kilka dni temu. Już dawno zamierzał wstąpić do jakiejś wioski i okraść co mniej uważnych jej mieszkańców, a ten wypadek jeszcze bardziej ponaglał potrzebę. Dodatkowo powoli kończyły mu się żywność i pieniądze – kolejne cenne przedmioty, bez których dalej nie pójdzie. Niewątpliwie musi w najbliższym czasie uzupełnić swoje zapasy. Sathos, znużony rozmyśleniami, szykował się właśnie do snu, gdy nagle zauważył sylwetkę zdecydowanie wyróżniającą się z raczej schematycznych kształtów lasu. Nieznajomy szedł wolno, co było dziwne, ponieważ wiatr dął w stronę, która powinna wręcz przyspieszyć jego chód. Nie zamierzał jednak ryzykować – co prawda nie miał przy sobie nic wartego dla pospolitego złodzieja grabieży, ale był przeciwny narażaniu swojego życia wyłącznie przez lenistwo. Wstał ostrożnie, nie chcąc, aby kożuch zsunął mu się z ramion i odfrunął w dal, po czym pogrzebał chwilę między ubraniami i wyciągnął swój krótki, choć ostry jak brzytwa miecz.
- Nie zbliżaj się! – krzyknął, mimo że wiatr dął z taką siłą, że praktycznie niemożliwym było go przekrzyczeć.
Nieznajomy podniósł ręce do góry, sygnalizując, że nie ma broni bądź nie zamierza walczyć. Sathos po krótkiej chwili myślenia skinął głową przyzwalająco i opuścił miecz. Usiadł powoli z powrotem na miejscu, jednak nie tracił czujności, zakładając na szyję swój ukochany medalion, uprzednio leżący obok śpiwora. Gotowy był przekląć tajemniczą postać od wszystkiego, co tylko udało mu się wyczytać z Księgi. Sathos nie lubił się patyczkować, wolał zrobić coś raz, a dobrze. I najlepiej, żeby jego przeciwnik ucierpiał przy tym jak najbardziej. W końcu nieznajomy doszedł wreszcie do małego obozowiska, skinął głową gospodarzowi, po czym usadowił się naprzeciwko niego. W czasie, kiedy siadał, spod koca, którym się okrył, wychyliła się jego głowa – ostre rysy twarzy, średnia czarna broda i długie włosy tego samego koloru. Zero blizn, zero skaz, aczkolwiek zdążyło się już pojawić kilka zmarszczek. Dni młodości mijały mu bezpowrotnie. Zdawał się być jasnej karnacji, choć blask księżyca dodawał mu groteskowego połysku.
- Tak bez ogniska? – zagadnął gość. - Żeby wiatr je zdmuchnął? – odpowiedział drwiąco Sathos. - Ognisko da się rozpalić tak, że wiatr nawet go nie tknie – stwierdził z tonem znawcy. – Wystarczą pewne umiejętności. - Nie lubię ognia – skwitował krótko obozowicz. Mimo wszystko nieznajomy nie wydawał się speszony i po chwili wyskoczył z jeszcze bardziej śmiałym pytaniem: - Masz pan wino?
Sathos początkowo dał wyprowadzić się z równowagi i przez chwilę patrzył tępo na rozmówcę, ale szybko otrząsnął się ze zdziwienia, sięgając do jednej z toreb leżących obok namiotu. Wyciągnięte z niej dwie butelki pełne bordowej substancji zdawały się satysfakcjonować gościa, bowiem na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Sathos rzucił mu jedną, sam sprawnym ruchem otwierając drugą i wypijając sporą jej zawartość. Ostry napój zapiekł go w gardle wyjątkowo mocno, jak na tego typu alkohol – nie było w tym jednak nic dziwnego, każdy znajomy obozowicza wiedział, że nie gustuje on w łagodnych trunkach. Nieznajomy ostrożnie wypił trochę i niemal natychmiastowo jego wargi wykrzywiły się w grymasie.
Część 22 / 2
- Mocne – mruknął, biorąc kolejny łyk. – No to jak cię zwą? - Sathos – odpowiedział. - Adriel wita – uśmiechnął się gość. – Włóczę się po tym świecie, od kiedy pamiętam. Z rodziców dumny nie jestem, ale ich się nie wybiera, więc po prostu za często o nich nie myślę, nie wspominam. Chcieli, żebym został zwykłym, mężnym rycerzem, jednak to nie było dla mnie. Dlatego uciekłem. Ech, widziałem w życiu już wiele rzeczy, kolego, ale jak obaj dobrze wiemy to, co dzieje się ostatnio przechodzi ludzkie pojęci. Czuję się czasami trochę jak bohater jakiejś tandetnej książki przygodowej pisanej przez tych maminsynków z bibliotek.
Sathos zamyślił się, markując to sporym łykiem wina. Nie był pewien czy powinien opowiadać o swoim życiu dopiero co poznanemu mężczyźnie, ale alkohol nieco rozluźnił jego język, więc gdy tylko butelka odsunęła się od ust, rzekł:
- Pochodzę z Incipiens. Moja rodzina mieszka tam od pokoleń i szanuję tę tradycję, ale ostatnimi czasy pewne… okoliczności zmusiły mnie do opuszczenia tamtejszych stron. Adriel zaśmiał się gromko. - Pewne okoliczności, powiadasz? Incipiens, ucieczka, do tego starym bym cię nie nazwał. A obiło mi się o uszy wiele historii na temat uczelni magicznych w okolicach owych ziem. Czyżby Czystka w końcu was dopadła, hę?
Sathos milczał, nie chcąc zdradzić swojemu rozmówcy nic więcej. Mężczyzna przyglądał mu się z zaciekawieniem, lekko głupawo się przy tym szczerząc i przemówił dopiero, kiedy jego wzrok padł na amulet wiszący na szyi gospodarza.
- No proszę, proszę, nigdy bym się nie spodziewał, że starając się przeżyć dzisiejszą wichurę, zawędruję do małego obozu rozbitego przez zbiegłego maga… No to jak, kolego, za karę zamienisz mnie w żabę? – uśmiechnął się pogardliwie Adriel. – Dobra, koniec żartów, bo jeszcze się okaże, że naprawdę tak zrobisz. Przyznam jednak szczerze, iż kiedyś tego typu zdanie o was nie schodziło z moich ust. Po prostu uznawałem magów za gości, którzy potrafią robić fajne sztuczki i wyczarowywać śliczne świecidełka, ale jak przyjdzie co do czego, to pożytku nie ma z nich żadnego. Wszyscy trzęśli przed nimi portkami, a ja śmiałem im się w twarz i pokazywałem tyłek za każdym razem, gdy któryś z nich mnie przeklinał – tu brodacz wziął potężny łyk wina ze swojej butelki. – Ale to, co ostatnio zobaczyłem w Niteris… Straszne. Wcześniej byłem sceptyczny wobec tej całej Czystki. Myślałem, że to może Zakon chce was mieć wszystkich w jednym miejscu i swoją armię utworzyć. Jednak, kiedy moje oczy padły na te wypatroszone do kości ciała, skóry spuchnięte niczym purchawki z powodu braku krwi i wszechobecną pożogę ściekającą ze spalonych, zniszczonych budynków zrozumiałem, że was trzeba pilnować. Dopiero teraz wiem, jak bardzo potężni i groźni dla świata możecie być. Was trzeba uważnie pilnować… No ale ty uciekłeś, prawda? Czyli niedługo znowu się spotkamy, a wtedy eksploduję pod ciśnieniem własnej krwi czy raczej wypluję ją całą, kropla po kropli? - Nie param się magią krwi – stwierdził beznamiętnie Sathos. – Jestem nekromantą, nie hemomagiem. - Nekromanci! Hemomagowie! Jak dla mnie jeden czort! No bo czym wy się od siebie niby różnicie? - Może tym, że jedni mają władzę nad śmiercią, a drudzy nad krwią? – zadrwił z niego nekromanta. - Nie sil się na ironię, mój kolego – mruknął niespeszony. – Dobrze wiesz, o co mi chodzi. Byliście dla nas kiedyś podobnym cierniem w dupie, jak tamci spaczeńcy teraz. Odpuściliście dopiero, kiedy Zakon ogłosił waszą sztukę magiczną legalną i mogliście wreszcie zacząć studiować ją w spokoju. Inaczej nadal krylibyście się po kątach i straszyli nas po nocach krzykami nieumartych. - Nie sądzę. Gdyby nie nekromanci, ludzie nigdy nie przetrwaliby powstania kongów. To takie śmieszne, gdy wieloletni niewolnicy nagle buntują się i prawie wygrywają wojnę, prawda? Jeżeli wtedy nie uznalibyśmy za stosowne tymczasowo wskrzesić kilkuset zmarłych żołnierzy i wspomóc waszą armię, padlibyście pod naporem małpich królów niczym robaki. - Nie ujmuję wam zasług – stwierdził Adriel, popijając wino. – Jednak to nie znaczy, że jesteście nieskazitelnie czyści. Przez lata nad dręczyliście, więc nie liczcie teraz na zbytni szacunek. - Nie pragnę szacunku, lecz świętego spokoju – powiedział Sathos, odsuwając się lekko w stronę namiotu, aby się o niego oprzeć. – Wiatr wieje coraz ciszej. - Na pewno go nie dostaniesz, skoro uciekasz przed Zakonem – Adriel zignorował ostatnią uwagę nekromanty. – A jeśli nawet uda ci się przeżyć, to w końcu napatoczysz się na hemomagów i wtedy… bęc! Nikt nie oprze się ich mocy.…