Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 27 min czytania

Neuroschizma

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Włączyłem neuroprzekaźnik i wyjąłem pistolet. Ciężka, gruba kolba dawała przyjemne poczucie pewności. Melina handlarzy położona była w Kernu, najgorszej dzielnicy Molocha. Ludzie żyli tu w rozpadających się kamienicach, lub barakach posklecanych z falistej blachy, kartonów i czegokolwiek. Większość mieszkańców nie miała stałej pracy, więc żeby przeżyć musiała kraść. Część opłacana była przez lokalne syndykaty, gangsterzy rekrutowali spośród nich informatorów, lub organizowali meliny w zapadłych labiryntach Kernu. Dlatego śledztwo które prowadziłem było tak delikatne. Gdyby ktoś zaczął węszyć wśród miejscowych, lub dopytywać się o handlarzy formuł, ci dawno już by się zwinęli. Musiałem włożyć dużo pracy, by zdobyć informacje z pierwszej ręki od ostatniego klienta handlarzy. -Josh, oddział szturmowy jest gotowy, wagony medyczne również. – usłyszałem głos Biglery’a dochodzący z wewnętrznego implantu. -Miejmy nadzieję, że obejdzie się bez czarnych. – mruknąłem. -Powodzenia, nie daj się zabić. -Nie zamierzam. Odbezpieczyłem pistolet i przekroczyłem nad ciałem nieprzytomnego młokosa, który stał na czujce. Ruszyłem w stronę drzwi. W momencie gdy miałem je uchylić, usłyszałem zgrzyt dochodzący z zawalonej śmieciami alei. Natychmiast kucnąłem i wymierzyłem w tym kierunku. Nerwy miałem na postronku, gdy zza wielkich worków wypełzła mała, brudna dziewczynka o pyzatej twarzy. Spojrzała na mnie wielkimi, przerażonymi oczami i uciekła. Dobrze, małe dzieci nie powinny słuchać przekleństw, nawet tych szeptanych zduszonym głosem. Gdyby wpadli tu czarni, mogło by dojść do prawdziwej jatki. Odwróciłem się do drzwi i otworzyłem je nieco. Przez szparę ujrzałem stojący w kącie Inductor, olbrzymi neurokomputer mruczał basowo. Ktoś siedział przed komputerem. Bujał się na obrotowym fotelu tyłem do wejścia. Przeszedłem przez próg, rzuciłem szybkie spojrzenie za drzwi i z powrotem wycelowałem w informatyka. Zmusiłem fotel by obrócił się w moją stronę. Poczułem jak neuroprzekaźnik nabiera temperatury. Zaskoczony młodzieniec podniósł ręce. Rzuciłem w jego stronę elastyczne kajdanki. -Załóż je. – szepnąłem. Zwlekał przez chwilę, ale po tym jak wycelowałem w jego stronę zmiękł i pomagając sobie zębami posłusznie zacisnął taśmę na przegubach. Podszedłem do niego i szybkim ruchem zaciągnąłem mu taśmę również na ustach. Dodatkowym paskiem przykułem go do Inductora. Wszedłem do następnego pomieszczenia. Wyglądało na jadalnię, stosy kartonów po chińskim żarciu zalegały na podłodze, brudne szklanki na drewnianym stole i obdrapanej kanapie stojącej na środku pokoju. Neuroprzekaźnik leżał na niskiej szafce koło kanapy. Właśnie chciałem zabezpieczyć przedmiot, gdy z drugiego wejścia do pokoju wszedł zaskoczony mężczyzna. Nici z cichej akcji pomyślałem i krzyknąłem mierząc w jego stronę broń: -Na ziemię! Na ziemię gnojku! – Nie spodziewałem się, że tak szybko się odnajdzie. W jednym płynnym ruchu skoczył za wersalkę, w locie sięgając po neuroprzekaźnik. Strzeliłem dwa razy za umykającą sylwetką, pierwszy pocisk rozłupał fragment ściany, wzbijając w powietrze tumany tynku, drugi rozbebeszył wersalkę. Rzuciłem się do poprzedniego pokoju czując ucisk neuroprzekaźnika. W tej samej chwili stolik wystrzelił z ziemi i poleciał w moją stronę rozbijając się o ścianę koło drzwi. W powietrzu zawirowały drzazgi i potrzaskane drewno. -Derek, kłopoty! – wrzasnął mężczyzna skulony za kanapą. Wychyliłem się i oddałem parę chaotycznych strzałów w kierunku kanapy. Poza fruwającymi trocinami nie przyniosły efektu. Efekt natomiast przyniosło wołanie o pomoc, gdyż chwilę później w drugich drzwiach pojawił się blondyn, ściskający w rękach karabin szturmowy. Byłem tak zaskoczony, że zdołałem jedynie podnieść lewą rękę i uruchomić pole ochronne. Seria rozpłaszczyła się na niewidzialnej barierze, część jednak zdołała się przebić, a ich energia odrzuciła mnie parę metrów do tyłu. Kamizelka wytrzymała uderzenie, lecz z pewnością pozostaną po tym brzydkie siniaki. Derek obstrzeliwał drzwi, by nie dopuścić mnie do pokoju. Młody informatyk siedział skulony za Inductorem, z głową schowaną miedzy kolanami. Drzazgi, strzępy framugi oraz tynk latały w powietrzu. Naraz usłyszałem charakterystyczne kliknięcie. Iglica nie uderzyła w spłonkę naboju, czas na zmianę magazynka. Teraz albo nigdy -pomyślałem, i kucnąłem w progu podnosząc broń do strzału. Miałem jedną szansę, by wyeliminować ich obu. Neuroprzekaźnik zapiekł mnie boleśnie, gdy z całej mocy pchnąłem kanapę w stronę stojącego w drzwiach Derek’a. W tej samej chwili dwukrotnie strzeliłem w odsłoniętą postać na środku pokoju. Mężczyzna padając rozrzucił bezwładnie ręce. Z dwóch dziur w jego klatce piersiowej toczyła się krew. W drzwiach, wśród rozbitej kanapy, leżał nieprzytomny Derek. Z sposobu ułożenia kończyn można było domyślić się, że zarobił parę nieprzyjemnych złamań. Podniosłem karabin i skoncentrowałem się na zamku broni. Po chwili iglica trzasnęła i odłożyłem bezużyteczny kawałek metalu. Ściągnąłem obręcz ze skroni jego martwego przyjaciela i zameldowałem: -Czysto, przyda się wagon, jeden sztywny, jeden ranny, jeden zabezpieczony. -Przyjąłem Josh. Wagon ma zielone światło, czarni wracają do domu.

Biglery poklepał mnie po ramieniu. -Dobrze ci poszło, Josh. – sięgnął po butelkę whisky z biurka i zaproponował: -Masz ochotę na kapkę? Podaj lód, powinno zostać jeszcze parę kostek w zamrażarce.- Alkohol w czasie służby? Do diabła, częstował mnie sam nadinspektor. Sięgnąłem po szklanki i wrzuciłem po parę kostek lodu. -Dobrze? O mały włos nie zostałem zmiażdżony przez stół. -Wyobrażam sobie, że w papierach nie wyglądało by to zbyt interesująco. Po czternastu aktywnych latach wzorowej służby, zabity przez stół podczas wykonywania czynności operacyjnych. -Zabawne. – mruknąłem – Stan, kiedyś było inaczej. Pamiętam jak przekaźniki były rzadkością. Teraz na prawie każdej akcji spotykam kogoś, kto rzuca kulami ognia na prawo i lewo. Te szumowiny miały u siebie Inductor. Bóg wie, jakich formuł mogli użyć. Inductor w melinie... – westchnąłem. -Josh, starzejesz się, a świat idzie do przodu. A bandyci razem z nim. To normalne... -To n i e jest normalne. Neuroprzekaźniki nie są normalne. To, że ktoś może ugotować ci mózg nawet cię nie widząc też nie jest normalne. -Gdybym cię nie znał, pomyślał bym, że się wypalasz. – Biglery zmierzył mnie taksującym spojrzeniem. Wzruszyłem ramionami. -Może to prawda. Stan... Czuję się jakbym walczył z jakąś nieugiętą hydrą. Na miejsce jednego aresztowanego handlarza przychodzi dwóch kolejnych, bardziej bezwzględnych. Z groźniejszymi formułami. -Nienawidzisz neuroprzekaźników, prawda? – raczej stwierdził, niż zapytał – Nienawidzisz, ale sam korzystasz z obręczy. -Chcesz mnie umoralniać, Biglery? Tak, jeśli o mnie chodzi, wolałbym, żeby przekaźniki nigdy nie zostały wymyślone, ale korzystam z nich, bo w innym wypadku dawno bym zginął. Dziś również neuroprzekaźnik uratował mi życie. Ale mam już dość. Czternaście lat, to i tak o cztery lata za dużo. Powinienem już dawno przejść na emeryturę, lub za biurko. -I co byś robił? Znam cię... Nie usiedział byś z dupą w biurze. -Stan, jak tak dalej pójdzie, to odstrzelą mi dupę, i w ogóle nie będę miał na czym siedzieć. – warknąłem. -Powiedz mi jedno, Josh. – napierał Stanley – Do kogo chcesz wrócić. Dla kogo chcesz żyć? Nikogo nie masz, praca to wszystko, co posiadasz. To twoje życie. -Ja decyduję, co jest moim życiem. – syknąłem zza zaciśniętej szczęki – A moje życie prywatne, to moja osobista sprawa, nie powinna nikogo obchodzić. Biglery oparł się o fotel. Pociągnął whisky. W końcu powiedział: -Ty naprawdę chcesz odejść. Rozumiem, masz do tego prawo. Nikt inny nie zasługuje na odpoczynek bardziej niż ty. I było by strasznym skurwysyństwem prosić cię o jeszcze jedną przysługę. – Biglery spojrzał mi w oczy i dokończył – Ale taką właśnie mam pracę. Po czym rzucił czarną teczkę na biurko. -Przejrzyj to, Josh. Przez chwilę odruchowo chciałem sięgnąć po papiery. Złapałem się na tym, że czuję niezdrowe podniecenie, jak zawsze przed nową pracą. Ale w tej samej chwili przypomniały mi się wirujące z ogromną prędkością fragmenty stołu. Wzdrygnąłem się. Wstałem od biurka. -Nie mogę ci pomóc Stan. Przykro mi. Gdy wychodziłem, bałem się, że usłyszę „ Stój Josh! Jeszcze tu pracujesz! Jesteś gliną do jasnej cholery!”. Bałem się, lecz jednocześnie miałem chęć usłyszeć wyraźny rozkaz, który zadecyduje za mnie. Ale nic nie usłyszałem.

Wracając zjechałem z drogi szybkiego ruchu wcześniej niż zwykle. Zatrzymałem się w chińskiej knajpce i zakupiłem zakąski. W oddali, za nadziemną linią szybkiego ruchu, widać było drapacze chmur z centrum. Słońce powoli zachodziło, budząc do życia krzykliwe reklamy i niezliczone neony. Moloch, jak zwykliśmy nazywać Molobay City, nigdy nie zasypiał. W zasadzie w nocy był aktywniejszy niż w dzień. Wyplątałem się z labiryntu ciasnych uliczek, zatrzymując się jeszcze tylko po wino, wróciłem na linię pośpieszną i ruszyłem do domu. Usiadłem przed holo, zakąski położyłem na stoliku, w ręku trzymałem mrożoną kawę. Chciałem zadzwonić do paru osób, lecz w gruncie rzeczy dobrze znałem tylko Biglery’ego, reszta przyjaciół albo rozjechała się po świecie, lub nie utrzymywała ze mną tak zażyłych kontaktów jak dawniej. W efekcie postawiłem butelkę wina przed sobą z zamiarem samotnej konsumpcji i zacząłem zastanawiać się co przez ostatnie czternaście lat porabiało moje życie prywatne. Mam ładne mieszkanie. Czasem nawet przychodzą do mnie kobiety i o dziwo nie muszę i im płacić. Kiedyś była jeszcze Rose, ale nie wytrzymałą z facetem, który nigdy nie był pewien czy wróci z pracy w jednym kawałku. -...Sześć przypadkowych ofiar. – z zadumy wyrwała mnie spikierka – Sprawca najprawdopodobniej używający neuroprzekaźnika, jest bardzo niebezpieczny. Automatycznie podgłosniłem holo, nieopatrznie przewracając butelkę. Przez chwilę walczyłem z spływającym na podłogę winem, lecz ostatecznie skoncentrowałem się na holo. -...następnie udając się na North Center Avenue, gdzie podejrzany Jeremiah Levy spowodował eksplozję w wyniku której ... – relacja wizualna przedstawiała dymiący wrak samochody na skrzyżowaniu ruchliwej ulicy, oraz palące się szczątki na chodniku - ... Zginęły kolejne dwie osoby. Wyłączyłem holo. Sięgnąłem po komunikator, czując nieprzyjemny ucisk w żołądku. -Stan? -Słucham Josh. -Oglądałem wiadomości. -Spence Heatfield i Roma Blank. Mieli dopaść Levy’a w obławie na North Center Ave. -Przykro mi, Stan... -Mi też Josh, znam ich rodziny. -Biglery, ja... – głos ugrzązł mi w gardle – zaraz będę w komendzie, dobrze? Na szczęście Stan nie należał do ludzi, którzy obrażają się z powodu urażonej dumy. -Przyjedź Josh, przyjedź. – powiedział spokojnie.

Biglery pił kawę, dochodziła jedenasta w nocy. Teczka nadal leżała na biurku, Stan wyjął z niej tylko najważniejsze papiery i ułożył je obok. Sięgnąłem po nie. Profesor Jeremiah Levy, wykłada fizykę neuromolekularną w MPI. Wiek trzydzieści dwa lata, bardzo zdolny i pracowity. Właśnie miał zostać habilitowany, gdy nagle postanowił zmiażdżyć kilku przechodniów. Dalej była lista kontaktów, adresy, znajomości. -Może ktoś uniemożliwił mu habilitację. Wiesz, chęć odwetu, frustracja, takie rzeczy się zdarzają. -Nie, habilitacja to już tylko formalność, wystarczyło parę podpisów. On o tym wiedział. Zachowuję się tak, jakby nie obchodziły go już stopnie naukowe. Jakby nic już go nie obchodziło. -Musi mieć jakiś motyw. Może uświadomił sobie, że w jego pracach tkwi jakiś ukryty błąd. Zaprzepaszczenie lat pracy może wyprowadzić z równowagi. -Być może, sprawdzisz to. Jest jeszcze coś. Część świadków twierdzi, że Levy nie nosił neuroprzekaźnika. -Żartujesz? Pewnie są jeszcze w szoku. Oglądałem relację z holo. Musiał by targać ze sobą cały arsenał, żeby narobić takich szkód. -To są zdjęcia. – Biglery pokazał mi wydruki z kamer umieszczonych na North Center Ave. Zdjęcia nie były wysokiej jakości, ale można było z pewnością stwierdzić, że Jeremiah nie nosił obręczy. -Będę musiał porozmawiać z paroma osobami. – rzuciłem zakładając płaszcz.

Z papierów wynikało, że Jeremiah Levy wiódł żywot eremity, kursując pomiędzy uczelnią a laboratorium, zdecydowanie więcej czasu spędzając czasu w tym drugim. Jedyną rozrywką były partie brydża z stałą grupą znajomych hazardzistów. W tym wypadku hipotetyczne niepowodzenie w pracy, która byłą całym jego życiem, musiało by mieć bardzo silny wpływ na psychikę Levy’ego. W każdym razie od karcianych sparring partnerów niczego się raczej nie dowiem, pozostaje profesura na MPI oraz być może studenci, ale na nich również zbytnio nie liczyłem. Podjechałem pod gmaszysko instytutu. Prorektor Alan Travis po krótkiej rozmowie telefonicznej zgodził się przyjąć mnie w swoim gabinecie. -Z reguły to ja przychodzę do was, jeśli chcecie porozmawiać. Wie pan, to jednak również szkoła, a widok policjantów spacerujących po jej korytarzach nie wpływa korzystnie na wizerunek niezawisłej uczelni. Ale rozumiem okoliczności. – ten przydługawy wstęp wyrecytował ganiącym głosem, wyćwiczonym przez lata wykładania przed rzeszą studentów. Ja postanowiłem przejść od razu do sedna, nie wdając się po drodze w zbędną sofisterię. Gdzieś tam Jeremiah być może planował kolejne morderstwo. -Levy ubiegał się o habilitację, czy były jakieś…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Neuroschizma — czytnik · opowiadania