akcja · 24 min czytania
nic osobistego
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
NIC OSOBISTEGO
- No i co mamy tym razem? - zapytał Nile wchodząc do pokoju. - Wygląda na to, że nasz przyjaciel komuś się naraził. - odparł Ricken. - I to chyba bardzo. Wystarczy spojrzeć na ciało. Nile podszedł w kierunku wskazanym przez porucznika. Na ziemi w kałuży krwi leżało mocno okaleczone ciało. Z twarzy nieszczęśnika nie pozostało wiele, a powykręcane we wszystkie strony kończyny świadczyły, że oprawca starał się zadać ofierze możliwie wiele cierpień. - Wiecie kto to jest? - na kapitanie ten widok nie zrobił większego wrażenia. - Nie mam bladego pojęcia, poza tym nie wiem czy uda nam się dokonać identyfikacji. - Chyba można wykluczyć samobójstwo - pozwolił sobie na żart Nile. - Chyba że to był bardzo ambitny samobójca, a do tego niezwykle odporny na ból. Nikt z obecnych strażników się nie odezwał, kilku spojrzało tylko z wyrzutem na oficera, ale nikt nie odważył się zwrócić mu uwagi. - Wiadomo już, co było bezpośrednim powodem śmierci? - zapytał po chwili kapitan. - Wydaje się, że uszkodzenie narządów wewnętrznych - odpowiedział lekarz, który oglądał ciało już od dłuższego czasu. - Ale biedak musiał się nacierpieć, zanim pozowolono mu umrzeć. Proszę spojrzeć. Powybijane wszystkie zęby, połamane palce i ślady przypalania na całym ciele. Na pierwszy rzut oka to wygląda na porachunki. - Porachunki powiadasz - zamyślił się Nile. - Czyżby nasi chłopcy znów zaczęli bawić się w wojnę? - Nic mi o tym nie wiadomo - odparł Ricken. - Już od dłuższego czasu sytaucja wydawała się w miarę spokojna. Owszem, zdarzały się jakieś podpalenia albo pobicia, ale chyba nikomu nie zależało na wywoływaniu nowych walk. Po tym jak Lethem usunął Starego Gecko, wszystko się uspokoiło. - Fakt - pomyślał Nile. - Wszyscy wiedzieli, że teraz miasto w ręku trzyma Lethem. Nikt nigdy nie udowodnił mu zabójstwa Gecko. Ba, nikt się nawet nie starał! Bo i po co? Każde miasto ma takiego Lethema, na jakiego sobie zasłużyło. A ten, nie dość, że miał dość jasną koncepcję, to kierował się również swoistym kodeksem moralnym. Jak na przestępcę to i tak było bardzo dużo. Umowa choć nieformalna była jasna: Lethem zabronił swoim chłopcom wypadów w bogate dzielnice, w zamian Namiestnik nie wynikał za bardzo w to co się dzieje w dzielnicach biedy i w dokach. Za bardzo. To ważne sfomułowanie, gdyż to zabójstwo było jednak jawnym przekroczeniem tej cienkiej linii. Wszyscy tu obecni doskonale zdawali sobie z tego sprawę. - Chyba będziemy musieli poważnie potraktować to zabójstwo - Ricken niemalże czytał w myślach przełożonego. - A czy kiedykolwiek zdażyło ci się niepoważnie potraktować jakieś przestępstwo? - rzucił od niechcenia Nile. - Oczywiście, że nie - skłamał Ricken. - No może poza włamaniem do winiarni, gdy znaleźliśmy pijanego sprawcę w piwniczce. - Pamiętam - uśmiechnął się kapitan. - Żadko spotyka się takich głupców - A pamiętasz jego żonę? - O, taką to trudno zapomnieć! Ładną mu urządziła awanturę na posterunku. Swoją drogą, wcale mu się nie dziwię, że tyle pił... - A jaki wypływa z tego morał? - Żeby się nie żenić? Obaj głośno się roześmieli. - No, starczy tego dobrego - pierwszy spoważniał Nile.- My tu gadu gadu, a trup stygnie. - Racja, kapitanie. Trzeba będzie złożyć wizytę kilku osobom. Myślę, że zaczniemy od naszych starych znajomych z Południowej Dzielnicy. - Myślisz, że uda wam się tam czegoś dowiedzieć? - skrzywił się Nile. - Oni za punkt honoru stawiają unikanie współpracy ze Strażą Miejską. - Wezmę Jedynaka i się rozejrzymy. W końcu nie mamy nic do stracenia, prawda? - Poza życiem. Ale lepiej nie idźcie tam po zmroku, zrozumiano? - Tak jest.
* * *
Niespełna godzinę później, gdy nad miastem rozpętała się burza, a w karczmach zaczynało już brakować miejsca, Szrama zamknął drzwi gabinetu Lethema i stanął przed przywódcami miejsckiego półświatka Było ich tylko trzech, a mimo tego w powietrzu wyczuwało się napięcie. Niewiele brakowało, by pojawiły się wyładowania. - Ktoś zdjął Rolanda - oświadczył Lethem. - W dość bolesny dla niego sposób. - Bolesny? - zapytał Najstarszy Skrytobójca. - Nawet bardzo. Co prawda zawsze uważałem, że ten mały gnojek jest cholernie irytujący, i na pewno nie umrze spokojną śmierci, ale tego doprawdy się nie spodziwałem - wstrącił się niski pryszczaty grubas, zajmujący się zbieraniem haraczy. - Rolanda i tak ktoś by zabił. Prędzej czy później - zaczął Lethem. - To akurat żadna strata. Ale, panowie - zawiesił głos - tu chodzi o coś poważniejszego. Nikt, ale to nikt, nie będzie zabijał moich ludzi w tym mieście. Bez powodu. - Ważnego - dorzucił osobisty asystent Szrama. - Mimo wszystko, nie jestem do końca przekonany, czy faktycznie mamy tutaj do czynienia z problemem - Mistrz Złodziei nie wydawał się przekonany. - Na pewno zostało dokonane nieautoryzowane zabójstwo - wtrącił się zbieracz haraczy, prawda Najstarszy Skrytobójco? Ten w skupieniu pokiwał głową. - To mi wygląda na wyzwanie - wycedził Lethem. - Trzeba będzie szybko się tym zająć. - Znowu mamy z kimś walczyć? - złodziej wydawał się nie do końca przekonany. - Od czego mamy Straż? - Racja! To oni powinni się zajmować przestępstwami! - wykrzyknął zbieracz haraczy. Lethem wzniósł wzrok ku niebu. - Przecież po to im płacimy, żeby się nie zajmowali - zauważył. - O tym nie pomyślałem - wyraźnie zmartwił się grubas. - Może ten, hm,- skrytobójca zamilkł na chwilę. - Nazwijmy go "pan x", okaże się obiecującym młodym człowiekiem. Zaproponujmy mu staż. Jeśli się sprawdzi, jestem gotów załatwić mu dobrze płatną posadę. - Czy ja wiem - wtrącił się Mistrz Złodziei. - Teraz na rynku panuje duża konkurencja. Nie wiem czy to by go skusiło. - Jak byś zaoferował jeszcze opieke dentystyczną i służbowego służącego - na pewno by się zgodził - dodał zbieracz haraczy. - Potrzebujemy wykwalifowanej kadry zarządzającej... - Spokój! - Lethem uderzył pięścią w stół. - Czy wyście do reszty zwariowali? Na wszystkich bogów jakich wymyślili ludzie! Ktoś zjawia się nie wiadomo skąd, morduje jednego z waszych podwładnych, a wy się zastanawiacie, czy przyjąć go na staż? Chyba oszaleliście. Najlepiej od razu oddajcie mu co macie i proście o łaskę! Tchórze! W tym momencie rozległo się pukanie. - Czego? - podniesionym głosem zapytał Szrama. - Odpowiadaj szybko jeśli ci życie miłe! - To ja, Toby z piekarni "Ziarenko". Przyniosłem bułki... Tak jak było zamówione... - Ech, przepraszam.. - Szrama spłonął rumieńcem.- Pójdę odebrać. Po chwili wrócił z koszykiem pełnym pieczywa. Lethem odkaszlnął. Szrama wyglądał jak by chciał zapaść się pod ziemię. - Skoro już załatwiliśmy kwestię bułeczek, może zajmiemy się ważniejszymi sprawami? - Moja mama zawsze mówiła, że najważniejszy jest pierwszy posiłek - zauważył Mistrz Złodziei. - Oczywiście - przytaknął Najstarszy Skrytobójca z miną znawcy. - Jak chcesz być zdrowy, z rana pij sok porowy. - Nie ma soku z pora. - Jak nie ma, jak jest! - Kłamiesz, wyzywam cię na pojedynek! - Spokój, panowie - zbieracz haraczy starał się zapanować nad sytuacją. - Dżentelmeni nie będą się bili o sok z jakiegoś zielska, prawda. Podajcie sobie rękę na zgodę. Mężczyźni z wyraźnym ociąganiem wyciągnęli ku sobie prawicę. - Właśnie - grubas się rozpromienił. - To nie było takie trudne, prawda? - Myślę, że problem może poczekać do rana, mam wrażenie, że nie uda nam się wymyślić dziś nic sensownego - rzekł zniechęconym głosem Lethem. Spoglądał też z ukosa na koszyk od Toby`ego. - No więc, tego... Ja już sobie chyba pójdę - zakłopotany odezwał się Mistrz Złodziei. - I ja. - I ja też. - Uważajcie zatem na siebie panowie. Miasto jest niebezpieczne nocą - nadspodziwanie miłym głosem zakończył Lethem. Przestępcy gęsiego opuścili pomieszcenie. W pokoju pozostali tylko Lethem i Szrama. I bułeczki. Zapowiadał się ciekawy wieczór...
Część 22 / 2
* * *
Karczma "Pod wściekłym druidem" jak zwykle była tego wieczora zatłoczona. Z prostego powodu. Nikt tu nie pytał nikogo o pochodzenie, ani cenę jaką wyznaczono za jego głowę. Zasady były tylkie dwie - nie wolno bić obsługi ani tłuc czegoś, za co się nie zapłaciło. Kto ich nie przestrzegał, ten miał do czynienia z parą krasnoludzkich berserkerów. Na trzonkach ich toporów zaczynało już brakować miejsca na kreski oznaczjące kolejne ofiary. Do siedzącego samotnie pod ścianą Stirnera zbliżyła się odziana w czerń postać. Ale to nie była zwyczajna czerń - kiedy ktoś ją widział, od razu wiedział, że lepiej nie zadzierać z jej właścicielem. Nie należeli oni do miłych osób. Zazwyczaj byli to mordercy, najemnicy i pracownicy Urzędów Skarbowych, a ich słowniki pozbawione były wyrazów jak litość czy miłosierdzie. - Żyrafy wchodzą do szafy - odezwała się postać, wyraźnie artykułując każdą sylabę. Jej głos brzmiał donośnie, lecz nie był pozbawiony subtelności. Stirner podniósł wzrok i gdy już dokładnie zlustrował postać, odpowiedział: - Pawiany wchodzą na ściany. [to oczywiście cytat z "Dymu z papierosa" M. Czubaszek. - przyp.] Zamaskowany człowiek usiadł bez słowa przy stole. - Sprawa załatwiona tak jak to było ustalone - odezwała się po chwili. - Doskonale - rozpromienił się Stirner. - Nie było żadnych kłopotów? - Nie. Co prawda wymagało to nieco więcej wysiłku niż zakładałem na początku, ale nie było żadnych problemów. - Rozumiem, że stawka nie wzrosła? Postać pokiwała przecząco głową. - Znakomicie. Oto twoja zapłata.
* * *
Wstawał kolejny dzień. Wstawał wolno, starając się nie nadążać za wschodzącym słońcem. Wszechobecna mgła oplatała wszystkie ulice niczym pajęcza sieć. Lecz gdzieś tam, czuwał ktoś, żeby ktoś inny mógł spokojnie spać. No, może słowo "czuwał" nie było najodpowiedniejsze... Ricken spojrzał w karty. Odłożył damę na bok, wyrzucił piątkę i po chwili rozłożył karty na stole. Siedzący po jego lewej stronie Jedynak mruknął coś z niechęcią. Pryszczaty kapral spojrzał na niego z udawanym zainteresowaniem. - Co tam mamroczesz? - Pas - poirytowany odrzucił karty na bok. - Po grze. Zawsze gdy masz mocne karty udajesz kompletne znudzenie grą. Jedynak dobrał kartę, skrzywił się i z przekleństwem na ustach odrzucił ją. - Święte słowa. Darujmy sobie lepiej tą farsę. Lars a ty? Lars spojrzał na twarze pozostałych graczy i wolnym ruchem dobrał kartę. - Kurwa - wyłożył wszystkie karty. Nie miał nic. Ricken odsłonił damę i z szelmowskim uśmiechem zgarnął wszystkie pieniądze ze stołu. Gdy Jedynak zaczął tasować karty, kapral kopnął Rickena pod stołem i nieznacznym ruchem głowy wskazał na schody. Te zaczynały niebezpiecznie trzeszczeć a z parteru dobiegły stłumione przekleństwa. Ricken pierwszy rzucił się, by sprzątać ze stołu żetony, Jedynak zaczął upychać po kieszeniach karty, a pryszczaty kapral w zasadzie nie robił nic. Gdy zdyszany Nile wszedł na piętro, wszyscy funkcjonariusze siedzieli za biurkami i przykładnie pracowali. - Kto jest na patrolu? - rzucił przechodząc przez próg. - Ślepak z Czarnym. - Czuje alkohol! - Panie kapitanie, alkohol na posterunku?! Przecież to pogwałcenie wszystkich zasad - gorąco zaoponował pryszczaty kapral. - Zgadza się. Oddawać. Wszystko. - Ale... ale o co chodzi? - Rekwiruję wszystko co macie. Radzę oddać po dobroci, to może Perez się nie dowie. - Tak jest.... - A ty Jedynak, chodź do mojego pokoju. Musimy porozmawiać. Chwilę później obaj oficerowie w osobnym pomiszczeniu siedząc przy biurku popijali zarekwirowany przed chwilą spirytus. Przez przesadnie grube zasłony przesączało się trochę słońca, ale mimo tego w pokoju panował półmrok. Całe wyposażenie gabinetu składało się z dwóch foteli, biurka i szafki. Wszystkie sprzęty pochodziły sprzed wieków i Jedynak zawsze zastanawiał się jaka moc sprawia, że do tej pory jeszcze się nie…