podroze · 7 min czytania
Nic za darmo
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nic za darmo.
Kiedy pytano mnie o motywy wyboru zawodu marynarskiego, odpowiadałem, że do wyboru szkoły morskiej skłoniła mnie, między innymi, chęć poznania świata, ludzi i ich obyczajów. Myślę, że te motywacje, miały i mają zawsze, zasadniczy wpływ na wybór trudnego, morskiego fachu. Ciężkie lata nauki w szkole, w wojskowym drylu i przeładowanym programie nauczania, osładzały mi i moim kolegom, marzenia o dalekich rejsach statkami, na których będziemy już pełnili samodzielne stanowiska oficerskie. Wreszcie pływać! To było pragnienie nas wszystkich. Szczególnych emocji doznawaliśmy, słuchając opowiadań o wrażeniach starszych kolegów z egzotycznych portów Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Kiedy wreszcie, w moim pierwszym rejsie praktykanckim, wiosną 1964 roku, m/s „Phenian”, stanął na beczkach w Port Saidzie, my praktykanci staliśmy przy trapie, nie mogąc się doczekać zezwolenia na zejście na ląd. Gdy formalnościom, związanym z zawinięciem statku, stało się zadość, ruszyliśmy, umundurowani jak jeden mąż, do miasta, łakomi poznania tego egzotycznego miasta. Żaden z nas nie przypuszczał, ile niebezpieczeństw może kryć w sobie nieznajomość ludzi i ich zwyczajów i jakie sytuacje mogą z tego wyniknąć . Ja i kilku moich kolegów, postanowiliśmy zwiedzić Port Said razem. Szliśmy więc z otwartymi szeroko oczami. Staraliśmy się zobaczyć szybko wszystko, co było do zobaczenia, dla posiadaczy prawie pustych kieszeni. Dodatek dewizowy praktykantów wynosił wtedy zaledwie 10 centów USD, za dzień w morzu, i wystarczał zaledwie na zakup pocztówek i znaczków. Szliśmy szybko, bo czasu było mało. Nasz statek miał wyjść za 5 godzin, a my chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej. Prawie biegliśmy po rozpalonych słońcem ulicach, pełnych handlowego zgiełku. Zaczepiani byliśmy co chwilę przez handlarzy oferujących sprzedaż wszystkiego co wyprodukowały ręce ludzi bliskiego Wschodu i nie tylko. Czasem oferta była wręcz zaskakująca. Jeden z egipskich cinkciarzy zaoferował nam kupno autentycznej polskiej stuzłotówki za pół dolara. Nie kupiliśmy - mimo, że byłby to znakomity interes. W pewnej chwili, stanęliśmy przed wielkim, pięknym meczetem. Z zadartymi w górę głowami podziwialiśmy smukły, strzelający w niebo minaret i bogato zdobione gzymsy murów zewnętrznych. Marzyliśmy by móc wejść do środka. Niestety, ciężkie, kute wrota były zamknięte. Nagle podszedł do nas jakiś Arab i gestykulując zapytał, czy może chcielibyśmy zwiedzić wnętrze meczetu. Mówię „gestykulując”, bo nie rozumieliśmy nic z tego co do nas mówił. Za to zrozumieliśmy jego gesty i miny. Ochoczo przytaknęliśmy. Arab tylko czekał na nasz znak i zniknął w małych drzwiach potężnych wrót, które za moment rozwarły się gościnnie. W otwartych wrotach ukazał się, znajomy już Arab w ukłonie zaproszenia. - Ale mamy szczęście! – Skomentował jeden z kolegów. – Nie spodziewałem się, że Arabowie są tacy gościnni i uprzejmi. Ruszyliśmy w kierunku otwartej bramy. Arab ,prawie natychmiast, nas zatrzymał, ze zgorszonym wzrokiem i rozpostartymi szeroko ramionami.…