Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 19 min czytania

Niczym

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Obudził się, z suszą w gardle, w swoim brudnym, dusznym pokoju. Przez chwilę myślał, że to jakiś tani motel. Ocuciło go kłucie w sercu, gdy dostrzegł zwiędłe paprocie zrozumiał, ku własnemu przerażeniu, iż to nie zawał. Wyczołgał się z łóżka, spojrzał na zegarek – 12.59. Nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy położył się spać albo wstał o normalnej porze. Zapalił papierosa, a spoglądając na kalendarz odhaczył w myślach „kolejny dzień bez niej”. Tyle razy myślał o samobójstwie, aż nie był do końca pewien, czy jeszcze żyje. Ciszę w pokoju i w jego głowie przerwał telefon.

- Halo – oczy mu się kleiły. Słuch pracował na zwolnionych obrotach. - Co się z tobą dzieje – szef darł mu się do ucha. – Cały ranek dzwonię. - Przejdź do rzeczy – poszedł do kuchni szukać popielniczki, ostrożnie manewrując papierosem z długim ogonem popiołu. Cały pokój był usłany kiepami, ale teraz czystość i dotarcie do popielniczki na czas stało się sprawą ambicji. – Kurwa – nie zdążył do popielniczki - mówże w czym rzecz muszę się napić kawy. - Jest robota. Pojedziesz do Nevady. Dokumenty wysłałem pocztą. Rusz tyłek i sprawdź skrzynkę, najwyższy czas ją odkurzyć – powietrze przeszył śmiech spoconego grubasa. - W razie czego dzwoń. - Jasne – starał się udawać entuzjazm, ale skupił się na mieszaniu kawy. - I jeszcze jedno, nie schrzań tego!

Zawsze uważał, że co do szefa to miał w życiu szczęście. Zakładając spodnie katował się widokiem słonecznego lata za oknem i obalając swe założenia sprzed kilku miesięcy stwierdził, że jednak jest to najbardziej wkurwiająca pora roku. Ale może już żadna pora nie byłaby na czas, na pewno nie dla niego. Przekopując stertę ulotek dotarł do meritum. Ulotki wylądowały na podłodze. Porozrzucał je trochę, żeby nie wskazywały bezpośrednio na niego. Wtapiając się w starą kanapę otworzył kopertę. Uwielbiał te urzędnicze papierki. Suche, precyzyjne, nie przywołują wspomnień ani nie determinują przyszłości. Miał jechać do Midgetville, w stanie Nevada. Bazgranina szefa wyjaśniała resztę; Liczba mieszkańców; 132 dusze. Problem w tym, że miasteczko nie widnieje na żadnej mapie. Wiadomo, że istnieje, ludzie o nim słyszeli, ale wygląda na to, jakby nikt tam nie był. Miesiąc temu w okolicy zaginęła grupka młodzieży, 7 osób. Ostatni raz widziano ich na stacji benzynowej w Shagstone, 20 mil od domniemanego Midgetville. - „Shagstone”, co to za nazwa do cholery? – miasteczko to właśnie zajęło pierwsze miejsce na jego liście najgorszych dziur na świecie. Poszedł do łazienki ogolić się przed podróżą, by chociaż z tym mieć spokój przez kilka dni. - Gdybym nie był taki przystojny to od razu palnąłbym sobie w łeb – powiedział zobaczywszy swoje odbicie w lustrze, lecz za chwilę poczuł bolesne ukłucie, które nieubłaganie przypominało mu jak bardzo jest żałosny. Jeszcze przed wyjazdem postanowił się trochę pomęczyć. Usiadł i wpatrywał się w słuchawkę. Dzwonić, czy nie? Jeśli zadzwoni to usłyszy jej głos, ale zapewne i słowa, których ma już dość. I choć oboje wiedzą i czują, że ma rację to ona zawsze znajdzie głupią ripostę na jego argumenty, aby nie musieć dorosnąć. Skończyły mu się słowa, czyny, gesty. Najbardziej adekwatne, by pokazać jej jak bardzo ją kocha byłoby wyrwanie sobie żył razem z sercem. Ale to chyba zbyt melodramatyczne. Najpierw myślał, że po prostu boi się jej nie kochać, że boi się pustki, ale teraz już nie wie, jak się tego pozbyć. To znaczy wie. Wie, że to już nie przejdzie. Na dobrą sprawę wiedział od początku. Że prędzej gej zostanie papieżem. Postanowił sobie darować. Chciał tylko przypomnieć sobie chwilę, w której kompletnie stracił zmysły. - Może dostałbym z tego tytułu, jakąś rentę? – zaciągnął się Pall Mall’em i porzucił optymizm. Na razie. Wsiadł w starego Mustanga i ruszył przed siebie.

Uwielbiał zapach drogi, czy to w nocy, czy w dzień, czy w upał, czy w deszcz. Przejeżdżając przez każde kolejne miasto, widząc jego światła, ulice, wypełnione życiem, niczym arterie czuł się, jakby odkrywał nowy świat. Parkował, gdzieś na chwilę, a w myślach zaczynał nowe życie. Potem wymierzał sobie porządny policzek i ruszał dalej. Puszczał kasetę Stones’ów albo Sinatry, podkręcał do oporu i znikał w nocy. Po trzech dniach podróży jedzenie w kiepskich restauracjach i spanie w jeszcze gorszych motelach dało się we znaki. Gdy rano spojrzał we wsteczne lusterko obiecał sobie, że dzisiaj będzie unikał luster. Zajechał do Shagstone prawie nad ranem i stwierdził, że palcem nie kiwnie dopóki nie odeśpi. Motel w Shagstone nie był lepszy, czy gorszy od pozostałych mu podobnych, ale teraz zasnąłby na stercie siana. Spędziwszy trzy godziny na solidnym śnie i pięć na bezustannym paleniu połączonym z maniakalnym, błagalnym gapieniem się w sufit stwierdził, że pora na śniadanie. Jako, że lubił porównywać się do gwiazd, był przekonany, że Johnny Depp musiał cierpieć na ostrą bezsenność grając w „Las Vegas Parano”. Przeświadczony o byciu częścią marnego przedsięwzięcia artystycznego wszedł do lokalnego dinera na śniadanie. Zajadał się kęsami przypalonej jajecznicy kombinując, kto mógłby być reżyserem. - Terry Gilliam – zbyt oczywiste. Bóg – ograne. Stanęło na Van Sancie. Tą optymistyczną myślą zakończył posiłek. Dał sowity napiwek Betsy, kelnerce, której uroda przeminęła dobre dziesięć lat temu, ale nikt nie miał odwagi jej tego powiedzieć. Niewyspany, ale za to najedzony ruszył na poszukiwanie Midgetville. Niestety Betsy nie dała mu żadnych wskazówek oraz wyraźnie zaznaczyła, by nie niepokoił takimi pytaniami klientów, więc był zdany na siebie. Sprawdzał każdy goły fragment ziemi, gdzie wyrwa w roślinności albo skałach sugerowałaby ukrytą drogę. Po godzinnych poszukiwaniach na chybił trafił szczęście się do niego uśmiechnęło. Droga zaczynała się za wielką skałą, jakieś 500 stóp od autostrady. Skała wyglądała jakby postawiono ją w celu zamaskowania tejże tajemniczej trasy, prowadzącej do mitycznego, legendarnego miasteczka. Biegła ona prosto, systematycznie w dół, tak że po kwadransie autostrada i krajobraz znikły za horyzontem. Poczuł się niepewnie, ale nie miał wyjścia, musiał jechać przed siebie. Za chwilę miało się okazać, czy Midgetville to faktycznie zamieszkała jest przez karłów. - A może „małych ludzi”, jak oni chcą żeby ich nazywać? – uwielbiał zadawać sobie tego typu dylematy bez rozwiązania. – Do diabła z tym, może nie słyszeli o poprawności politycznej. Gdy jego cierpliwość miała się ku końcowi z drogi wyrósł znak;

Midgetville, 128 dusz. Nie jesteś tu mile widziany. Zawróć.

- Zawrócić? Jeszcze czego! – wcisnął gaz do dechy.

Miasto utknięte było w kanionie, jakby ktoś wcisnął je w skałę dzieląc ją na dwa. Domki przypominały te ze „Smurfów”, oczywiście nie były w kształcie grzybów. Normalne domki, tylko mniejsze, jak na placu zabaw. Wszystkie białe. Na przeciwległym końcu nad wszystkim górował kościół. Poza tym jakiś zapuszczony motel, a w centrum ratusz i biuro szeryfa w jednym. Czuł na sobie spojrzenia mieszkańców. Tej garstki w mieście i dziesiątek ukrytych za firankami w oknach. Zatrzymał się przed ratuszem/biurem szeryfa. Wyszedł z niego mężczyzna, około metra sześćdziesięciu wzrostu, broda a’la ZZ Top, fajka, kowbojskie buty, jeansy i flanelowa koszula. - Mała parodia Johna Wayne’a – pomyślał. – Przedstawienie czas zacząć. Powoli wysiadł z samochodu.

- Witam szeryfie – wyciągnął rękę oraz jakiś uśmiech, który znalazł na dnie kieszeni. - Czego tu szukasz? Cokolwiek to jest nie znajdziesz tego tu – zgasił go szeryf. - Nazywam się Mike Calvino. Detektyw Mike Calvino. Szukam grupki nastolatków – miasto ucichło. - Mogli tędy przejeżdżać...jakiś czas temu. Niebieski Voyager? - Nikt tędy nie przejeżdża. A już na pewno nie bandy wścibskich bachorów. - Rozumiem – Mike rzucił niedopałek na ziemię, starał się to zrobić najspokojniej, jak tylko był w stanie. – Pozwoli pan, że zostanę tu na dzień, dwa, zanim ruszę dalej. - Motel jest nieczynny – uciął szeryf. - Mogę spać w samochodzie – nagle facet z odznaką zmienił ton. - W porządku – westchnął spoglądając na zebranych wokół nich mieszkańców. – Zapraszam pana na piwo, naprzeciwko – detektyw odwrócił się i dostrzegł bar. - Ok. Powiedzmy za pół godzinki . Skoczę do fryzjera. Szeryf pożegnał go kowbojskim gestem, czyli, jak to mawiał znajomy Mike’a: „z kapelusza”. Salon fryzjerski mieścił się w ogólno przyjętych wyobrażeniach. Pachniał pomadą i starymi pornosami. Sędziwy karzełek w fartuchu drzemał w jednym z trzech foteli. - Świadczy pan usługą przycinania włosów łonowych? – detektyw zaintonował to pytanie, jakby przesłuchiwał fryzjera w charakterze świadka. Uwielbiał to robić zwykłym ludziom. - Słucham? – staruszek upuścił grube, jak ściana okulary. - Tak też sądziłem. Pan wybaczy, ale musiałem spytać – fryzjer nadal nie wiedział, gdzie dzwonią. Widząc to Mike postanowił darować sobie sarkazm. – W takim razie na jeża. I golimy. - Tak jest. Fryzjer był na tyle ślepy, iż nie zawracał sobie głowy różnicą wzrostu między Mike’em, a pozostałymi klientami. Mike’owi na szczęście także było wszystko jedno.

Odszykowany, żwawym krokiem ruszył na spotkanie z szeryfem. Stróż prawa siedział przy barze otoczony tłumem. Wyglądało to na naradę wojenną. Mike zakaszlał doniośle.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%