Romans · 4 min czytania
"Nie chcę cię stracić..."
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mogłam zareagować. Mogłam wcześniej się domyślić. Naprawdę mogłam… Byliśmy w sobie szaleńczo zakochani. Z dnia na dzień żywiliśmy do siebie coraz to mocniejsze uczucia. Dzień spędzony osobno był dniem straconym. Wiedziałam, że coś na pewno jest nie tak. Gdy spytałam, dlaczego nigdy nie ćwiczy a w-fie, zbył mnie jakimiś niezrozumiałymi wyjaśnieniami. Stwierdził, że ma zwolnienie, bo coś nie tak ma w środku… dokładnie nie chciał mi tłumaczyć. Powiedział, że to nic poważnego. Uwierzyłam, a już wtedy mogłam coś zrobić, jakoś zareagować… ale nie… po prostu cieszyłam się, że jestem razem z nim. Pierwszy sygnał przyszedł jakiś miesiąc później. Siedzieliśmy na „naszym” miejscu w parku. Pośród drzew, gdzie rzadko kto nas widział. Był maj. Wyjątkowo ciepły. Złapałam go za ręce. Były okropnie zimne. -Słonko… czemu masz takie zimne ręce? – zapytałam. -Umieram – powiedział. Patrzył mi w oczy, ale powiedział to tak niefrasobliwie, że nie wzięłam tego do siebie. Poza tym… później od razu dodał „żartuję”. Kazałam mu więcej tak nie mówić. I nie mówił… Następne, niewyraźne próby dania mi do zrozumienia, co się dzieje, odbyły się w bardzo deszczowy dzień. Schowaliśmy się w moim pokoju. Obejmował mnie od tyłu i patrzyliśmy w okno. Trwaliśmy w ciszy. Było nam tak dobrze… -Nie chcę cię stracić… - odezwał się nagle. Odwróciłam głowę zaniepokojona jego smutnym głosem. On jednak zamknął oczy i wtulił się w moją szyję. Wtedy zaczęłam się poważnie martwić. Ale nie dopytywałam. Miałam nadzieję, że to tylko moje chore wymysły. Że nic złego się nie dzieje, a on po prostu miał gorszy dzień. Wszystko wyjaśniło się w lecie. Była końcówka sierpnia. Słońce świeciło mocno już od kilku dni. Było bardzo duszno. Niewątpliwie zbierało się na burzę. My jednak zaabsorbowani sobą nie zauważyliśmy ciemnych chmur…