Inne · 59 min czytania
"(nie)codzienność życia"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Tegoroczne lato dobiegało końca. Zmęczone słońce ustępowało chmurom i deszczowi. Coraz rzadziej wychodziło na niebo, by ukazać swój blask. Ostatnie dni sierpnia były dla nas najpiękniejszym rozdziałem życia. Wtedy nie widzieliśmy jeszcze, że najgorsze chwile są jeszcze przed nami i już niedługo się zaczną. Gdy w ostatni tydzień sierpnia opuszczaliśmy nasz domek kempingowy, wszyscy mieli dobre humory. - Po drodze stawiam wszystkim po dużej porcji lodów! – krzyczał pan Marian, nowy mężczyzna naszej mamy. – A wieczorem obejrzymy sobie film na dvd! Co wy na to? Nie miałam zamiaru się odzywać, na szczęście i tak nie musiałam bo mój młodszy brat zagłuszyłby mnie swoim przeciągłym: „Hurrrra!” Moja rodzina wyglądała tak: Mama, pan Marian, mój brat i ja. Tata zostawił nas 3 lata temu. Pewnego dnia po prostu wyszedł do pracy i już więcej się nie pojawił. Zawsze, gdy pytałam o niego mamę denerwowała się na mnie i szybko zmieniała temat. W końcu przestałam w ogóle o nim mówić. Mój brat Janek był ode mnie 9 lat młodszy – miał 8 lat. Jeśli miałabym wybierać pomiędzy nim a panem Marianem, zdecydowanie wybrałabym Janka. Z całej naszej „rodziny” najbardziej kochałam właśnie jego. Mimo tego, że był jeszcze dzieckiem i nie zawsze rozumiał co do niego mówię. Zawsze bardzo przeżywałam, gdy był chory, co zdarzało mu się nad wyraz często. Nieraz wydawało mi się, że Janek mimo swojego wieku miał już wszystkie choroby świata. I właśnie przez jego kolejną chorobę miał odmienić nam się życie. Jednak w ten kończący się sierpień jeszcze tego nie wiedzieliśmy. Jeśli chodzi o naszą mamę, mogłabym o niej dużo pisać. Jej cechą charakterystyczną jest to, że przynajmniej sto razy dziennie kłóci się z panem Marianem, co przekłada się także na nas. Właściwie nie wiem po co ona z nim jest. Pan Marian także za nami nie przepada. Tylko w obecności mamy stara się być dla nas miły. Ale, gdy tylko ona gdzieś wychodzi, zmienia się w całkiem innego człowieka.
* * * * *
Wrzesień szybko się zaczął a wraz z nim coraz brzydsza pogoda. Na polu coraz częściej panował chłód i padał deszcz, co negatywnie wpływało na stan zdrowia Janka. Coraz częściej miewał gorączkę a także zapalenie uszu. Często zamiast iść do szkoły zostawał w domu pod pierzyną. W takiej sytuacji zdarzało się, że i ja zostawałam z nim, by nie musiał cały dzień być sam z panem Marianem. - Amanda – mówił do mnie swoim cieplutkim głosikiem. – Zostań ze mną. Poczytamy bajki. Wiele razy siedzieliśmy przez cały dzień w jego pokoju, ale nieraz było też tak, że pan Marian dorzucał swoje trzy grosze: - Czemu ty jeszcze nie w szkole? - Zostanę dziś z Jankiem, jest chory, ma wysoką temperaturę i … - Wczoraj z nim zostałaś! Chyba umiem zająć się ośmioletnim chłopcem! Marsz do szkoły! Spoglądałam wtedy na skulonego pod pierzyną Janka. Jego szklące się oczy były wystraszone i duże. Całowałam go w czoło i cicho szeptałam, że wszystko będzie dobrze. Ale jak się później okazało, wcale nie było. Wrzesień minął nie przynosząc w naszym życiu żadnych zmian. W szkole było ciężko. Miałam pełno sprawdzianów, między innymi z matematyki, na który nie miałam czasu się przygotować, bo Janek całą noc nie mógł zasnąć i siedział w moim pokoju. Dostałam z niego ocenę niedostateczną. Pod sprawdzianem, który przyniosłam do domu potrzebny był podpis jednego rodzica. - Mamo – powiedziałam podchodząc do niej, gdy czytała gazetę w kuchni. - Tak? – ułożyła okulary na czole. - Podpisz się tu – powiedziałam kładąc przed nią kartę i pokazując palcem kawałek miejsca pod czerwonym napisem „niedostateczny”. - Co to ma znaczyć? – prawie krzyknęła, zrywając się od stołu. – Marian chodź tu! –rzuciła w stronę salonu, gdzie pan Marian oglądał telewizję. – Amanda dostała jedynkę ze sprawdzianu – powiedziała wręczając mu kartkę. - Mamo, Janek miał gorączkę całą noc nie miałam czasu na naukę. - Nie zwalaj na swojego brata! – oburzyła się mama. – Jesteś już dorosła i chyba wiesz co do ciebie należy! – krzyczała wymachując przy tym rękami. - Tak wiem, ale… - Zamknij się! – krzyknął pan Marian, uderzając pięścią w stół. – Nie będziesz krzyczeć na swoją matkę i pójdziesz na korepetycję z matematyki! - Nigdzie nie pójdę! – odkrzyknęłam w stronę obcego faceta. – Nie jesteś moim ojcem, więc nie mów mi co mam robić! – Gdy skończyłam to zdanie poczułam uderzenie dłonią w twarz i usatysfakcjonowany wyraz twarzy konkubina mojej mamy. Poczułam jak łzy napływają mi do oczu. - Mamo – powiedziałam już ciszej spoglądając na kobietę opierającą się rękami o stół. Czekałam aż coś powie i wstawi się za mną. Zamiast tego usłyszałam „marsz do pokoju” i zobaczyłam jej plecy. Odwróciła się do mnie tyłem. - Słyszałaś? – warknął pan Marian. – Marsz do pokoju. Wzięłam kartkę z czerwonym napisem i ruszyłam na górę. „Jak ona mogła” – myślałam siadając na łóżku. Uczucie żalu, bólu i złości mieszały się w mojej głowie. Nie potrafiłam zrozumieć tego, co przed chwilą zrobiła moja mama. Zastanawiałam się, czy to naprawdę jest moja mama. Położyłam się na łóżku a sprawdzian rzuciłam na środek pokoju. Zamknęłam oczy i przypomniałam sobie obraz mojego ojca. Był taki wyraźny, jakbym najdalej wczoraj widziała go na żywo. Mimo tego, że zostawił nas bez słowa nie czułam do niego nienawiści. Czasem chciałam napisać do niego list, albo chociaż wysłać kartkę na święta, jednak mama mówiła, że nie zna jego aktualnego adresu. Moje rozmyślania przerwał Janek. Cichutko wszedł do mojego pokoju, ominął sprawdzian leżący na środku i położył się obok mnie. - Nie płacz – powiedział. – Ja też go nienawidzę. Nie wiem skąd mu się to wzięło. Nigdy nie powiedziałam na głos, że nienawidzę pana Mariana. Ale nie zaprzeczyłam. Pomyślałam, że to chyba jest prawda. - Na szczęście mas mnie – zaseplenił mi nagle do ucha. – A ja mam ciebie – dokończył i objął mnie za szyję. „Boże dziękuję Ci, że dałeś mi takiego brata” – pomyślałam. Wtedy usłyszeliśmy krzyki na dole. Pewnie nadal chodziło o mój sprawdzian. Nagle rozległ się brzęk tłuczonego szkła, kroki po schodach a następnie trzaśnięcie drzwiami. Mama jak zwykle zakończyła kłótnię z panem Marianem płaczem w łazience. Przez krótką chwilę myślałam, żeby do niej pójść, jednak szybko zrezygnowałam z tego pomysłu.
* * * * *
Minął tydzień a ja nie doczekałam się przeprosin od mamy. W gruncie rzeczy nie byłam zdziwiona. Oboje zachowywali się tak, jakby nic się nie stało. A korepetycje i tak nie doszły do skutku. Jeśli chodzi o szkołę to nadal nie było łatwo. Z rozkazu „rodziców” poszłam ustnie poprawić ocenę z matematyki. Rozwiązywałam zadanie na tablicy a cała klasa siedziała w milczeniu. Pani profesor nie przepadała za mną, dlatego ciągle mnie poganiała, mówiąc, że nie mamy czasu „bo klasa się nudzi”. Na koniec nie dostałam oceny, ale obszerną recenzję na temat moich zaległości z gimnazjum a nawet podstawówki. Potem rozległ się śmiech nauczycielki komentowany klasową ciszą. Przyszła zima, pewnego wieczoru stan Janka był krytyczny. Ku mojemu zdziwieniu pan Marian zadzwonił na pogotowie. Zaskoczyła mnie jego nagła opiekuńczość. Po tym incydencie, gdy siedziałam sama w domu ( mama z panem Marianem byli w szpitalu) doszłam do wniosku, że nic mnie już nie zdziwi. Przynajmniej rzeczy, które robi pan Marian i mama. Nad ranem we dwójkę wrócili ze szpitala. W nienajlepszych nastrojach. Zbiegłam na dół, by dowiedzieć się co z Jankiem. - Jest ciężko chory. Kazali zostawić go w szpitalu – wymusił z siebie pan Marian robiąc sobie kawę. „Tyle to wiem” – pomyślałam i przestraszyłam się, że mogą to usłyszeć. - Dziś do niego pojadę po pracy – powiedziała mama. - Raczej jutro – zaczął nadąsany pan Marian. Gdy zobaczył jej pytający wzrok, dodał – nie pamiętasz, że dziś po pracy całe biuro ma spotkanie z dyrektorem? Mama z panem Marianem pracowała w tym samym biurze. Szczerze mówiąc nie wiem na jakich stanowiskach. - To pójdziesz beze mnie – odpowiedziała wylewając resztki herbaty do zlewu. I wtedy znów się zaczęło. - Jak to bez ciebie? – ryknął. – O czym ty w ogóle mówisz? - Chcę jechać do Janka! – odkrzyknęła. - Nic mnie to nie obchodzi! Zresztą i tak nic tam po tobie! Jak zwykle uderzył pięścią w stół. Wycofałam się i ruszyłam na górę z powrotem do łóżka. Z dołu dobiegały krzyki i uderzenia różnych przedmiotów. Schowałam się pod pierzyną, zakrywając całą głowę. Nie chciałam znowu tego słuchać. Czasem wydaje mi się, że mama jest z panem Marianem pod przymusem. Jak już mówiłam, pracują w tym samym biurze, tyle tylko, że pan Marian jest na wyższym stanowisku. Wydaje mi się, że gdyby mama go zostawiła straciłaby pracę i nie mielibyśmy za co żyć. Ale nigdy nie byłam tego do końca pewna. W szkole mogłam zapomnieć o sprawach domowych. Jednak jeszcze w drodze do niej postanowiłam, że jeśli uda się mamie nie iść z panem Marianem na to spotkanie, pojadę z nią do Janka. Jednak szybko musiałam pożegnać się z tym zamiarem bo na ostatniej lekcji – języku polskim – profesorka kazała w parach zrobić na jutro mapę kierunków filozoficznych. Mimo tego, że nie bardzo wiedziałam o co chodzi, wymknęło mi się, że sama mogę to zrobić i nie potrzebuję do tego drugiej osoby. Wtedy profesorka uznała, że sprzeciwiam się zadaniu wyznaczonemu przez nauczyciela, buntując przy tym innych, dlatego powinnam otrzymać naganę do dziennika. No i otrzymałam. „Pan Marian się ucieszy” – pomyślałam nie mogąc przy tym powstrzymać uśmiechu, za co zarobiłam na jutro dodatkową rozprawkę na temat: „Czy asceci średniowiecza są dla ciebie wzorem, czy też złym przykładem zachowań ludzkich?” Tak więc do domu wróciłam z naganą, rozprawką i Oktawią, dziewczyną z którą miałam narysować tą głupią mapę. I nici z moich wcześniejszych planów. Wchodząc do domu natknęłyśmy się na mamę i pana Mariana, którzy wychodzili ubrani w jakieś dziwne, wieśniackie ubrania. Od razu zorientowałam się, że nie jadą do szpitala, tylko na spotkanie. Gdy zobaczyli mnie z Oktawią zgłupieli i stanęli w połowie schodów. Nic dziwnego, bo nigdy nie zapraszałam do domu koleżanek. Pan Marian rzucił mi gniewne spojrzenie, które zobaczyła także Oktawia. Wykrztusiła z siebie zduszone: „Dzień dobry”, na co pan Marian odpowiedział pytaniem: „Co się stało, że wróciłam do domu z koleżanką”. Miałam wielką chęć, żeby mu odpowiedzieć także pytaniem w stylu: „Co się stało, że jesteś takim idiotą i nie pozwalasz mojej mamie iść do chorego Janka, tylko zabierasz ją na jakąś głupią wizytę do obcego faceta”. Pomyślałam jednak, że wolę nie ryzykować i grzecznie wytłumaczyłam, że mamy zadanie, po czym wprowadziłam dziewczynę do środka. - Twoi rodzice chyba nie lubią jak przyprowadzasz kogoś obcego do domu – zaczęła powoli Oktawia, czekając na moją reakcję. W pewnym sensie miała rację, bo wcale jej nie znałam. Dopiero od trzech miesięcy chodziłam z nią do klasy. - To nie są moi rodzice – odpowiedziałam chowając rzeczy, których używałyśmy do rysowania mapy. – Ten facet jest obcym człowiekiem, którego mama przechowuje w naszym domu. Nie pytała więcej do momentu w którym ja nie rozkleiłam się i nie zaczęłam opowiadać o tym, jaki okrutny potrafi być pan Marian i w ogóle o całej naszej rodzinie. Wydawało mi się, że gadam i gadam nie mogąc przestać Była godzina 21, gdy się obudziłam. Moje wcześniej wilgotne oczy były teraz suche i małe. Przez chwilę nie mogłam przypomnieć sobie, co wydarzyło się w ciągu ostatnich paru godzin. Gdy zrzuciłam z siebie koc, którym ktoś mnie przykrył, zwaliłam na ziemię kartkę na której napisane było: „Wiem coś o tym, bo też kiedyś byłam w podobnej sytuacji. To jest telefon zaufania, który kiedyś bardzo mi pomógł. Pod spodem wielkimi literami wyryte było parę cyfr a na końcu kartki podpis Oktawii. Wtedy przypomniałam sobie, że wcześniej opowiedziałam jej niemalże całe moje życie. Zrobiło mi się głupio i wkurzyłam się na samą siebie. Zmięłam kartkę, wrzucając do kosza, po czym zeszłam na dół do kuchni, zobaczyć czy tych dwoje wróciło już ze spotkania.
* * * * *
Parę dni później przywieźli Janka do domu. Było mi głupio, że ani razu go nie odwiedziłam. Postanowiłam, że wynagrodzę mu to i codziennie przeczytam mu chociaż jedną bajkę. - Zrobisz mi kakao? – spytał leżąc w salonie i oglądając telewizję. - Jasne – odpowiedziałam i ruszyłam do kuchni. Przy stole siedziała mama, jak zwykle czytając gazetę. Pan Marian nie wrócił jeszcze z pracy. Nastawiłam wodę. - Po feriach jest wywiadówka – powiedziałam nie patrząc w jej stronę. Czułam jej spojrzenie na plecach. - A jak z ocenami? - Tak sobie – odpowiedziałam szybko, czego od razu pożałowałam, bo mama zdążyła się wkurzyć. - Jak to tak sobie? – warknęła. – Powinnaś więcej się uczyć. Załatwimy ci dodatkowe lekcje. Z czego masz najgorzej? - Nie potrzebuję korepetycji. Daję sobie radę. - Tak? Przekonam się na wywiadówce. Ale obyś miała rację – skończyła, po czym z powrotem zanurzyła się w gazecie. – Idź przynieść listy – rozkazała za chwilę. Wyszłam na pole do skrzynki. Zobaczyłam jak po drugiej stronie ulicy nasi mali sąsiedzi lepią przed domem bałwana a ich matka wygląda przez okno i z uśmiechem do nich macha. Listów było pięć. Głownie rachunki. Jednak jeden zaadresowany był do mamy, bez adresu nadawcy. Gdy mama otworzyła go przy stole, jak oparzona od niego odskoczyła, po czym skierowała się do swojej sypialni.
Część 22 / 2
* * * * *
Zima zaczęła się na dobre. W szkole coraz częściej odwoływali nam lekcje i wtedy razem z Jankiem leżeliśmy na podłodze w moim pokoju czytając bajki. - Wiesz co? – zaczął mój młodszy brat. – Jak urosnę to zbuduję dom i zamieszkam w nim z tobą – powiedział z uśmiechem. – I z Kasią – dodał po chwili. - Kto to jest Kasia? - To taka pani, która w szpitalu przekłuwa mi rękę i wlewa tam wodę z takiego woreczka! Przez chwilę musiałam zastanowić się o co mu chodzi. Dopiero później domyśliłam się, że mówi o kroplówce. Wtedy on na dobre się rozkręcił i mówił o tym, jak będziemy mieszkać. - Ja z Kasią na dole, a ty będziesz na górze ok? – pytał błagalnym głosem. - Hmm, a jeśli ja się będę tam nudzić? - To wtedy ja z Kasią będziemy do ciebie przychodzić! – wyrecytował. - No to ok – zaśmiałam się i mocno przytuliłam brata. Pierwszy dzień ferii spędziliśmy oglądając TV. Janek jak zwykle nie czuł się najlepiej, dlatego leżał na kanapie. - Przyniesiesz mi bajki? Są w moim pokoju. Ruszyłam na górę. Wchodząc do pokoju Janka zauważyłam, że drzwi do sypialni mamy są lekko uchylone, co było dziwnym faktem, ponieważ zawsze zamykała je na klucz. Wycofałam się z pokoju brata. W sypialni mamy panował mdły zapach, po zmieszanych perfumach. Zasłony były lekko zaciągnięte, tak, że w pokoju panował półmrok. Zobaczyłam, że wszystko jest starannie poukładane. Usiadłam na starannie zaścielonym łóżku. Wtedy rzuciła mi się w oczy niedosunięta szuflada komody, która stała obok. W środku znajdował się plik kartek. Jak się chwile później okazało, był wśród nich ten sam list bez nadawcy, przez który kiedyś mama wybiegła z kuchni. Po odsunięciu szuflady zauważyłam, że jest ich znacznie więcej. Zaczęłam czytać. - Co tak długo? – żalił się Janek, gdy jakieś pół godziny później przyniosłam mu bajki. Nie odpowiedziałam. Po tym, czego się właśnie dowiedziałam nie byłam w stanie. Te wszystkie listy, które tak starannie były ukrywane pochodziły od taty. Pisał w nich, że bardzo chciałby się z nami zobaczyć i, że za nami tęskni. W jednym z listów podał swój adres, którego kopia spoczywała teraz na dnie mojej kieszeni. Zastanawiałam się, dlaczego mama nie powiedziała nam o ojcu. Dlaczego ukrywała przed nami prawdę? Czy jest coś, czego nie wiemy?
* * * * *
Parę dni później byłam na zakupach w nowym centrum handlowym. To, co tam zobaczyłam nie dawało mi spokoju przez następnych parę dni. Pan Marian w towarzystwie innej kobiety. Już na pierwszy rzut oka wydawała się młodsza od mamy. Żeby się przed nimi ukryć musiałam schować się za manekinem. Zanim dowlokłam się do domu, ten sam facet siedział już w naszej kuchni i razem z moją mamą przy kawie czytał gazetę. - Mamo, możesz przyjść teraz do mojego pokoju? – „Prawda wyjdzie na jaw” – pomyślałam. Niechętnie, bo niechętnie, ale ruszyła za mną po schodach. - Co się stało? – zapytała, gdy zamknęłam drzwi. - Kochasz go? Postanowiłam, że powiem prosto z mostu. - Co? – usłyszałam w odpowiedzi. - Pytam, czy go kochasz? Pana Mariana. - Skąd ci to pytanie przyszło do głowy? – oburzyła się. - Mamo, odpowiedz! Zapanowała głucha cisza. Wpatrywałam się w je plecy. Wyglądała przez okno. - Czasem – zaczęła – wydaje mi się, że dzień w którym związałam się z tym człowiekiem był najgorszym dniem w moim życiu. Podchodząc do niej zobaczyłam jak jej oczy robią się coraz bardziej szkliste. - Mamo, właśnie widziałam go z jakąś kobietą w centrum handlowym – skończyłam krzyżując ręce na piersi. - Ale co ty wygadujesz! – wykrzyknęła, wracając do swojego pierwotnego stanu: wkurzenia – to, że za nim nie przepadasz nie znaczy, że możesz wymyślać o nim jakieś głupie historie! - Wcale tego nie wymyśliłam! Na własne oczy widziałam, jak… - Przestań! – poczułam uderzenie w twarz. – Do końca ferii nigdzie nie wychodzisz. Skończyła i poszła zostawiając mnie ze łzami, bólem, żalem, gniewem, rozczarowaniem , bezradnością i paroma innymi rzeczami. Miałam ich wszystkich dość. Poza tym nie zdążyłam powiedzieć, że wiem o listach. Ciekawa byłam, czy za nie także dostałabym w twarz. W sumie było to bardzo prawdopodobne. W nocy napisałam dwa listy. Jeden z nich zaadresowany był do taty, zaś na drugi składała się kartka, gdzie wielkimi literami napisałam „pan Marian”. W pierwszym liście pisałam o tym, że moje życie nie jest takie cudowne, jak było kiedyś, gdy był z nami tata. Pisałam też o chorobach Janka, bo nie byłam pewna, czy mama raczyła to zrobić w swoich listach do ojca. Nawet nie miałam pewności, czy w ogóle mu odpisuje. Na końcu listu napisałam: „Kochamy cię mimo wszystko i razem z Jankiem prosimy, byś do nas wrócił”. W liście do pana Mariana, a raczej przesłaniu, bo tej kartki nie musiałam wysyłać, postanowiłam, że podłożę mu ją w jakimś dogodnym miejscu, pisałam, że wiem o istnieniu tamtej kobiety i, że jeśli sam nie powie o tym mamie sprawię, że i tak wszystko wyjdzie na jaw. W duchu modliłam się, bym nie musiała tego robić bo i tak za bardzo nie wiedziałam jak. Miałam nadzieję, że pan Marian sam do wszystkiego się przyzna. Parę dni później zdobyłam się na to, by wysłać tacie list. Błagałam los, by nikt w domu nie zobaczył jego ewentualnej odpowiedzi. List do pana Marian miał trafić właśnie dziś – w ostatni dzień ferii świątecznych. I tak się stało. Wiedziałam jednak, że dawanie go w niedzielę, dzień kiedy i mama jest w domu, nie jest najlepszym rozwiązaniem. Dlatego też zaczekałam, aż wybierze się do centrum. Żeby zeszło jej dłużej napisałam karteczkę z rzeczami, które są mi „bardzo potrzebne”. Nie było jej 2,5 h. Pan Marian siedział w kuchni i jak zwykle czytał gazetę. Podeszłam do stołu i położyłam na nim kartkę, po czym szybko wycofałam się i poszłam do pokoju Janka. Wolałam nie myśleć, co dzieje się teraz w kuchni. - Pobawimy się? – zaproponowałam bratu. - Nie mam siły. Tu mnie boli – wskazał klatkę piersiową. Usiadłam obok leżącego Janka. Po dotknięciu jego czoła zorientowałam się, że ma temperaturę. Powinnam była przynieść mu któreś z jego lekarstw, ale fakt, że znajdowały się w kuchni przekreślał to, że coś powinnam. Rozległy się kroki po schodach. Drzwi do pokoju Janka otworzyły się i stanął w nich pan Marian. Od razu się do nas uśmiechnął, co bardzo mnie zdziwiło. - Amanda, zejdź na dół – powiedział spokojnie mrugając do Janka. „O rany” – pomyślałam. Gdy staliśmy już w kuchni, zaczął: - Przeczytałem tę kartkę i zastanawiam się o czym w ogóle ona jest? – w tym momencie nastąpił jego uśmiech. – Kochanie, chyba nie sądzisz, że ja.. - Widziałam pana! – prawie krzyknęłam a on zaczął się śmiać. - Daj spokój! O czym ty w ogóle mówisz? – jego żółte zęby ujrzały światło dzienne. - Niech pan przestanie udawać! Po co w ogóle jest pan z moją mamą? Najlepiej niech pan nas zostawi w spokoju! Ruszyłam do wyjścia. - Stój! – krzyknął i złapał mnie za ramiona. – Jeśli myślisz, że twoja mama uwierzy ci w te twoje bajeczki to się mylisz! Grubo się mylisz! Nikt ci w to nie uwierzy, więc gęba na kłódkę! Biegnąc na górę słyszałam coraz ciszej śmiech faceta, którego nienawidzę. Zamknęłam się w swoim pokoju, postanawiając, że nigdy już z niego nie wyjdę.
* * * * *
No dobra. Musiałam wyjść, bo mam jeszcze obowiązek chodzenia do szkoły. Ale gdyby nie to, zabiłabym drzwi do pokoju deskami i siedziała w nim tak długo, aż zjadłyby mnie mole, albo coś równie obrzydliwego. W szkole przypomnieli mi, że jest dziś wywiadówka. Zupełnie o tym zapomniałam. Ciekawe jak mama zareaguje na naganę z zachowania. Przynajmniej będę mogła się pochwalić czwórką, którą dostałam za tą dodatkową rozprawkę. W domu sytuacja była całkiem do zniesienia. Pan Marian w obecności mamy był dla mnie bardzo miły. Nawet względem niej zrobił się jakiś inny. Teraz to na pewno nikt mi nie uwierzy, że ma inną kobietę. Nic na to nie wskazywało. Tak się zmienił, że mama zaczęła częściej się uśmiechać. Jednak czas i tak wszystkim pokazał, że była to tylko mistyfikacja. Sposób dzięki któremu pan Marian wydawał się być świętym i kochającym mężczyzną. Jednak już po wywiadówce znów pokazał swą prawdziwą twarz. Boże, a czy to moja wina, że jestem taka zdolna (przynajmniej z polskiego), że sama potrafię wykonać mapę kierunków filozoficznych? Nie powinnam była dostać tej nagany. I też nie powinnam była wymówić tego zdania, bo po nim zrobiło się jeszcze gorzej. Mama z panem Marianem zadecydowali, że będą mnie bardziej pilnować, jeśli chodzi o naukę a oprócz tego już na pewno wyślą na korki z matematyki. Gdy o tym myślałam przed snem, wydawało mi się, że już na zawsze mam go z głowy. Za 50 lat przez nich będę pozmarszczaną, roztrzęsioną staruszką. Do tego samotną. Mieszkać będę pewnie gdzieś w dziczy i gadać z dzikimi zwierzynami. Pocieszałam się jedynie faktem, że przynajmniej będę świetnie umiała matematykę. Dni mijały a sytuacja w domu jaka była, taka pozostawała nadal. Wybuchające o byle co kłótnie stawały się nie do zniesienia. Czasem miała, ochotę wyjść z tego domu i już nigdy do niego nie wrócić. Często zastanawiałam się jak wyglądałoby nasze życie z tatą. Czy też traktowałby nas podobnie jak pan Marian, i dlaczego w ogóle od nas odszedł. Czy dlatego, że nas już nie kochał? Te myśli kotłowały się we mnie każdego dnia. Liczyłam także, że niedługo przyjdzie list od niego na który czekałam z wielką niecierpliwością, ale i strachem. Mama załatwiła mi korepetytora z matematyki. Był nim jeden nauczyciel z mojej szkoły. Tak więc dwa razy w tygodniu musiałam zostać po zajęciach na dodatkowe lekcje. Był środek zimy. Janek nadal bardzo chorował. Dzwonili nawet z jego szkoły proponując, by parę razy w tygodniu przyjeżdżali do niego nauczyciele. Mama oczywiście się na to nie zgodziła mówiąc, że „starsza córka pomaga mu w lekcjach”. W pewnym sensie było w tym trochę prawdy. Pan Marian nadal mścił się na mnie za to, że twierdziłam, że ma inną kobietę. Cokolwiek nie robił, robił tak, by mnie zdenerwować. Oczywiście nikt poza mną tego nie zauważał. Mama była zbyt zajęta swoimi sprawami, by zobaczyć jak on ją okłamuje. Zresztą nas wszystkich. Przyszły święta. W domu przypominała nam o nich jedynie mała choinka postawiona w salonie. W wigilię wydarzyła się historia, która jeszcze nigdy nie miała miejsca. Wraz z mamą w kuchni układałyśmy na talerzyki kupiony placek. W naszym domu nie było nic w stylu dwunastu potraw, ani łamania się opłatkiem. W pewnym momencie do domu wszedł pan Marian. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że był on kompletnie pijany. Ledwo trzymał się na nogach. Chwiejnym krokiem podszedł do stołu, by wziąć kawałek sernika. Jego trzęsąca się ręka upuściła go w połowie drogi do ust. Kawałek wypieku runął na podłogę rozpadając się na setki części. Mama wpadła w szał. Domyśliłam się, że nie tylko z powodu bałaganu. Zaczęła krzyczeć na swojego faceta, wymachując przy tym rękami. Wtedy pan Marian także wpadł w szał i po raz pierwszy uderzył moją matkę. Zrobił to z całej siły, po czym z trudem odwrócił się i przeklinając pod nosem skierował się do łazienki. Postanowiłam pozbierać rozsypane ciasto, po czym nie spoglądając na matkę ruszyłam do pokoju Janka. Na tym zakończyła się nasza wigilia. Parę dni później, gdy jeszcze mieliśmy wolne od szkoły sytuacja trochę się poprawiła. Oglądając z Jankiem bajki w salonie słyszałam jak dorośli stłumionym głosem rozmawiali w kuchni przy stole. Obraz jaki widziałam wskazywał na to, że się pogodzili. Pan Marian swoim wielki ramieniem objął moją matkę. Znów zaczęła się szkoła. Janek był na tyle zdrowy, że wreszcie mógł do niej pójść. - Ciekawe co nowego tam słychać – mówił z wielki przejęciem, gdy zakładałam mu kurtkę. – Nie mogę się już doczekać jak spotkam Maćka. - A kto to jest Maciek? – zapytałam udając strasznie zainteresowaną. - To mój kolega, kiedyś dał mi pół bułki z czekoladą – wyrecytował z uśmiechem. Pomyślałam wtedy, że chciałabym tak jak on cieszyć się z takich błahych rzeczy. Szkoda, że raczej nie potrafiłam. Odprowadziłam brata pod drzwi szkoły i sama ruszyłam na lekcje. Przychodząc na miejsce zdziwiłam się, ponieważ zagadała do mnie Oktawia. Dawno z nią nie rozmawiałam. Pytała o sytuację w domu. Szczerze mówiąc nie miałam ochoty opowiadać komuś o tym co się u mnie dzieje i tak też jej powiedziałam, ale dziewczyna nie odpuszczała. Na pierwszej lekcji po świętach usiadła wraz ze mną w ostatniej ławce. Mówiła także o sobie. Do tej pory nie wiedziałam, że także nie ma ojca. Zmarł, gdy miała 14 lat. Pewnego dnia po prostu za dużo wypił i już nie zdążył wytrzeźwieć. Opowiadała o sobie nie czekając aż ja powiem coś o swojej sytuacji. A przecież miałabym dużo do opowiadania, jednakże nie miałam zamiaru. Nie zależało mi za bardzo co sobie o mnie pomyśli, gdy tyle razy dawałam je do zrozumienia, że nie mam ochoty rozmawiać. Po szkole nawet odprowadziła mnie pod same drzwi domu, bo jak się okazało mieszka całkiem niedaleko. W mieszkaniu nikogo nie było. Idąc do swojego pokoju pomyślałam, że chętnie sprawdziłabym czy mama nie ma żadnego nowego listu. Niestety drzwi do ich sypialni były szczelnie zamknięte i nawet nie próbowałam ich otwierać. Usiadłam na swoim łóżku przykrywając się pierzyną. Wreszcie mogłam pobyć sama i odpocząć od tego całego zgiełku. Myślałam niemalże o wszystkim. O rodzinie, ludziach, których znam, a także o marzeniach, które mam, ale o których nikt nigdy nie słyszał. Rzadko sama sobie o nich przypominałam, jednak gdzieś tam we mnie tkwiły. W końcu zasnęłam. Sama nie wiem kiedy i jak to się stało. Obudziłam się dopiero, gdy mama z panem Marianem wrócili z pracy, czyli późnym wieczorem. Następne dni nie przynosiły nic nowego. Może tylko tyle, że Oktawia coraz częściej ze mną siadała. Po lekcjach miałam dodatkową godzinę matematyki na którą ona także postanowiła zostać. Nauczyciel nie miał nic przeciwko. Któregoś razu wracając razem ze szkoły wstąpiłyśmy do supermarketu, gdzie jako kasjerka pracowała jej mama, ponieważ Oktawia zapomniała kluczy do domu. Stojąc w gigantycznym sklepie oglądałam niewielką choinkę stojącą w samym środku, wokół której biegały małe dzieci. W pewnym momencie zobaczyłam szybko idącego pana Mariana. Najwyraźniej gdzieś się spieszył. Zanim zdążyłam zastanowić się, gdzie on może tak się śpieszyć odpowiedź sama się pojawiła. Pojawiła w postaci tej samej kobiety z którą kiedyś już go widziałam. Machała do niego wysoko uniesioną ręką. Szli w swoich kierunkach bardzo szybko a ja tak na nich patrząc ciekawa byłam jak ciepło się przywitają. Niestety nie zobaczyłam tego momentu, bo nagle wyrosła przede mną Oktawia machając mi przed oczyma plikiem kluczy. Wychodząc ze sklepu nie mogłam przeżałować, że tego nie zobaczyłam. Jednak nie powiedziałam jej, że w ogóle widziałam tam pana Mariana. Z wielkim żalem ruszyłam w stronę domu a ona z wielką radością opowiadała mi historię, która dziś przydarzyła się jej mamie. - A może pójdziesz teraz do mnie? – zaproponowała, gdy skończyła się ta historia i droga do mojego domu. - No nie wiem, chyba nie powinnam – zaczęłam niepewnie. - Dlaczego? Przecież nigdy jeszcze u mnie nie byłaś. - No właśnie, więc myślę, że… - Oj, przestań! – ożywiła się i pociągnęła mnie z rękę. Jej dom był całkiem inny niż mój. Panował w nim porządek i unosił się ładny zapach. Widać było, że prowadzi go odpowiedzialna kobieta. W końcu mieszkały w nim tylko ona i jej mama. Zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Był dużo większy od mojego. Po lewej stronie stało olbrzymie łóżko w którym zmieściłyby się co najmniej trzy osoby, i szafa ze sporym lustrem. Po drugiej stronie było biurko z komputerem i parę szafek. Przez okno wpadały promienie mdłego słońca tworząc na miękkim dywanie niedbałe kształty. - Rozgość się – powiedziała rzucając się na łóżko. - Ale tu pięknie – odpowiedziałam naprawdę z głębi serca także siadając na łóżku. Oktawia tylko się zaśmiała i wyciągnęła z szuflady obok, paczkę chipsów. Leżąc wieczorem w swoim łóżku marzyłam o takim życiu jakie ma Oktawia. Dlaczego ja na przykład nie jestem jej siostrą? Pytałam sama siebie. Tylko, że w tedy nie byłabym siostrą Janka. Odpowiedziałam zaraz. A tego bym nie chciała. Panu Marianowi nie powiedziałam, że znów widziałam go z inną kobietą. Postanowiłam, że nie będę znów sprowadzać kłótni, która zresztą niedługo później sama wybuchła, po tym jak mama…