Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Pisarstwo · 16 min czytania

nie daj się zabić

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Strach na całe życie

Znacie ten wierszyk? Pewnie tak. Ile w nim prawdy, wiedzą te kobiety, które zachorowały na raka. Ale rak, to nie koniec świata. Można z nim wygrać. Dowodem na to są bohaterki tego tekstu. Wystarczy tylko chcieć żyć. Wandę, przywieźli pewnego popołudnia. A może to był wieczór. Dzisiaj to już mało istotne. Przywieźli ją i położyli na jednym z ośmiu łóżek. Teraz już wszystkie były zajęte. Oddział onkologiczny nie różni się niczym od innych oddziałów szpitala w Rzeszowie, czy w Mielcu. Wszędzie szaro, smutno, sterylnie. Chociaż nie. Onkologia czymś jednak się różni. Pacjentami. Wielu z nich ma wyroki śmierci. Więc Wanda przyjechała i wszystkim było wiadomo, że nie zostało jej już dużo życia. To była kwestia kilku dni. Po czym to poznać? Po zapachu. Razem z Wandą na oddział przyszedł zapach śmierci. Słodki, gorzki, męczący. Albo inaczej… jak fiołki, lilie, takie przekwitłe, gnijące. Tak pachnie śmierć.

Śmierci nie przechytrzysz I Wanda leżała, i umierała. Jak na wielkiej scenie z publicznością. Bo sala cały czas była pełna. Ktoś kogoś odwiedzał, ktoś wychodził, przychodził. Ludzie kręcili się po korytarzach. Pytali co tak śmierdzi. Wanda wiedziała, co się dzieje. Krępowało ją najbardziej to, że nie ma spokoju, że słyszy te wszystkie głosy, śmiech, pytania. Przeczytała kiedyś, że podobno słuch umiera ostatni. A ona by chciała, żeby umarł pierwszy. Miałaby ciszę i spokój, żeby przyjąć śmierć godnie. Najbardziej była zła na swoje ciało, nad którym od dawna już nie panowała. Zjadał ją rak i ciało wypluwało z siebie wszystko to, co nie było mu potrzebne. Czasami miała wrażenie, że ciało chce się pozbyć samego siebie. Zostawić samą dusze, żeby śmierci nie robić kłopotu. A może, żeby duszę szybciej uwolnić, żeby nie miała się już gdzie chować? No, ale jej dusza wcale się nie chowała. To rodzina nie chciała, żeby Wanda odeszła. Jak tylko Wanda chciała się przywitać ze śmiercią, rodzina wzywała na ratunek lekarzy, a oni odsuwali śmierć od łóżka. I pewnego dnia, Wanda poprosiła Jadźkę, żeby nie pozwoliła rodzinie zatrzymywać jej na tym łóżku, bo Wanda chce już odejść. I Jadźka powiedziała o tym rodzinie Wandy. Ale to nic nie dało. Rodzina chciała, żeby Wanda walczyła. Kiedyś do Wandy przyszedł ksiądz z ostatnim namaszczeniem, pomodlił się i… poszukał sobie portfela, i wyciągnął z niego 50 zł na mszę. Za duszę Wandy – tłumaczył ksiądz. Gdyby Wanda była w lepszym stanie, pewnie by się oburzyła, wściekła, powiedziała do słuchu księdzu, ale w tym momencie Wanda miała inne zmartwienia niż 50 zł za jej duszę. Chciała umrzeć. Więc śmierć wzięła duszę Wandy podstępem. Pewnej nocy, gdy już cały szpital pogrążył się w objęciach Morfeusza, śmierć podeszła do łóżka Wandy bardzo blisko. Stanęła za plecami córki Wandy, która czuwała przy matce. Dmuchnęła. A córkę Wandy przeszedł mróz jakiego nigdy w życiu nie doświadczyła. Ponieważ Wanda spokojnie spała, córka postanowiła pójść do pielęgniarek po gorącą herbatę. Nie było jej może pięć minut. Jak wróciła, Wanda już nie żyła. Śmierć, gdy chce, zabierze każdą duszę nawet tę strzeżoną przez miłość.

Sąd ostateczny Jadźka powiedziała już swojej rodzinie, że nie chce umierać tak jak Wanda. W hałasie, obserwowana przez wścibskie i ciekawskie oczy innych. Nie chce publiczności na tym ostatnim spektaklu w jej życiu. Chce mieć spokój. Jeśli będzie umierała na raka, nie chce żeby przedłużano jej cierpienie. Niech jej nie zatrzymują na ziemi, kiedy będzie chciała odejść. Na razie na tamten świat się nie wybiera, ale jak już tam trafi, to wie o co Bóg ją zapyta. Na pewno nie o to, co ksiądz na ostatniej kolędzie. – Pytał, czy chodzę do kościoła. Ja katoliczką jestem, ale do kościoła idę, jak mam potrzebę, a nie biegam co chwilę. Wolę zrobić dla kogoś coś dobrego. Lepiej dobrze żyć. I za to ksiądz mnie od kalwinów wyzywał. Dla mnie ważne jest to, jak ktoś żyje, co dla kogo zrobił. Na przykład, jak taka pani, która przyjechała z Krakowa i przyszła na działkę, skaleczyła się w nogę i trafiła do szpitala, to nikt z tych katolików się nią nie zainteresował. Ja poszłam do szpitala, żeby ją odwiedzić w niedzielę. Matka na mnie krzyczała, a ja jej mówię i co z tego, że byłaś dzisiaj w kościele, zrobiłaś coś dobrego dzisiaj dla kogoś? Ja w kościele nie byłam, ale dobry uczynek zrobiłam. Zadzwoniłam nawet do rodziny tej kobiety i powiedziałam, że jest w szpitalu. Kiedy stanę na sądzie ostatecznym, wiem, że nie najważniejsze będzie to, czy chodziłam do kościoła, tylko to czy byłam duszą, która pomagała innym. Z tego będzie człowiek odpytywany na tamtym świecie – mówi Jadźka.

Rzeczy ważne i ważniejsze A tak w ogóle, co znaczy, że ktoś umarł? Jak byłam dzieckiem, nie rozumiałam tego. Umrzeć, to znaczy co? Zniknąć? Ale jak ktoś może zniknąć? Wiedziałam, że ciało chowa się do ziemi, bo mieszkałam przy cmentarzu. Ale co dzieje się z resztą człowieka? I dopiero z czasem zrozumiałam, co znaczy umrzeć. Myśli się o śmierci, że to jest niewiadome, jakaś granica. I pewnie myśli się na końcu jak to życie człowiek przeżył, jaki był. Czy zrobił coś dobrego? Czy wykorzystał dobrze czas, który Pan Bóg mu dał? Myśli się o tym. Wiadomo, że człowiek musi umrzeć. Ale tak sobie czasem myślę: - Jakby dali mi życie jeszcze raz, co bym inaczej zrobiła. Człowiek sobie zdaje sprawę, że mógł pewne rzeczy inaczej zrobić, że są rzeczy ważne i mniej ważne.

Klepsydry Jadźka lubi czytać klepsydry. Zresztą nie tylko ona. Klepsydry przyciągają zawsze uwagę mnóstwa ludzi. Kręci się przy nich mały tłum. Dlaczego lubi? Nie wie. Może szuka wśród nich znajomych nazwisk. Patrzy na rok urodzenia zmarłego i myśli sobie, no mój rocznik odchodzi. Albo myśli: - Jeszcze mam czas.

Róże z bibuły Żeby nie myśleć o takich rzeczach, zwłaszcza w szpitalu, jak czekała na operację, Jadźka robiła róże z bibuły i papieru. Potem te róże spina w kulę, którą nadziewa się na pęd bambusa w doniczce i w ten sposób powstaje drzewko. Każde drzewko jest w innym kolorze. Są czerwone, żółte, zielone. Po kilku dniach cała sala robiła róże razem z nią. Mów:– To była taka nasza terapia, żeby nie myśleć. - O czym – pytam. - O chorobie – mówi Jadźka.

Najgorszy dzień w życiu O tym, że ma raka Jadźka dowiedziała się cztery lata temu. Poszła na kolejną mammografię, tym razem do Ośrodka Diagnostyki Chorób Nowotworowych Fundacji SOS Życie, kierowanego przez Łucję Bielec. – Dostałam zaproszenie i poszłam. To nie była moja pierwsza mammografia. Kilka lat wcześniej miałam jedną i wtedy wykryli w piersi torbiel. Usunęli mi go w szpitalu w Rzeszowie. Pielęgniarka kazała mi się zgłaszać co miesiąc na kontrolę. I zgłaszałam się. Pewnego dnia na korytarzu spotkała mnie pani doktor i pyta: - po co pani tak co miesiąc przyjeżdża, nie trzeba. To przestałam – opowiada. Może gdyby jeździła co miesiąc, nie miałaby usuniętej piersi. Ale o tym lepiej dzisiaj nie myśleć. Po co się zadręczać domysłami. Stało się. Na mammografii okazało się, że ma guza w piersi. To był rak – złośliwy. I wtedy ziemia się usuwa spod nóg, ciemność, strach ściska serce, całe życie przed oczami przewija się wolno, w głowie eksplodują myśli. Czasami, to wszystko wypływa człowieka łzami i wtedy jest lżej. Jak już wraca jasność myślenia, wraca też przerażenie. – Nakręca się wyobraźnia, myśli się: - co tam jest w tej piersi? Czy to mnie zje, czy jest dla mnie ratunek. Dlaczego ja? Czy nie dość mnie Boże doświadczyłeś w życiu, jeszcze to na mnie zrzucasz! Jaka byłam zła na niego. Ale ta złość potem przechodzi i pojawia się bunt. Ja ci jeszcze pokażę! Przetrzymam to, nie dam się.

Spełnić marzenie ojca Są chwile, gdy życie staje się jednym wielkim znakiem zapytania. I trzeba to przetrzymać. I Jadźka dała radę, bo jest twarda.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%