Romans · 26 min czytania
.. nie do końca nieprawdziwa historia ..
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
.. informuję szanownych czytelników że tekst ten już był tu wcześniej zamieszczony, musiałem to zdjąć z powodów o których opowiadać nie mam najmniejszej ochoty, jest parę drobnych poprawek w stosunku do pierwszej wersji ale jeśli ktoś już to raz przeczytał to niczego nowego się nie dowie, o czym jako autor uprzejmie ostrzegam... wszystkich innych zachecam jednak do przeczytania i proszę o kruciutką chodźby opinię, nawet jeśli nie będzie ona pozytywna. .. jedo
Kiedyś spotykałem się z zabójczynią. Wiesz, spotykałem, w takim sensie, że... chodziliśmy ze sobą. Choć może to nie do końca właściwe słowo. Po prostu, spotykaliśmy się. Nawet dokładnie nie pamiętam jak to się zaczęło. Wiem, że poznaliśmy się w szkole. To był taki duży, składający się z kilku starych, betonowych budynków zespół szkół. Głównie studia pomaturalne: informatyczne, pielęgniarskie, farmaceutyczne, marketingu, wizażu, zarządzania i masę innych. Jakie byś sobie tylko wymyślił. Licea dla dorosłych, kursy zawodowe dla ludzi chcących się przekwalifikować i nawet jakieś artystyczne kierunki. Dla witrażystów... czy coś w tym stylu. W sumie to akurat nie istotne. A ona, ona uczyła się szyć. Choć raczej wątpię żeby miała zamiar pracować jako krawcowa. Myślę, że chciała nauczyć się jak zrobić coś fajnego dla siebie, lub tylko zająć jakoś wolny czas. Nigdy jej nie pytałem, dlaczego wybrała akurat taki kierunek. Bo i co w tym dziwnego, przecież to bardzo kobiece zajęcie. Ja wtedy zajmowałem się fotografią, też oczywiście czysto dla przyjemności. Choć może każde z nas miało jakąś podświadomą nadzieję na takie spokojne profesje. Ale cóż... nawet jeśli, to i tak żadne nie traktowało tego poważnie. Taka szkoła była po prostu idealnym zajęciem dla kogoś, kto pracował dorywczo, nie wiele więcej niż kilkanaście dni w roku i nie miał potrzeby ani ochoty tłumaczyć się z niezapowiedzianych wyjazdów czy nieobecności. Była bardzo piękna. Ile mogła mieć lat? Właściwie to wiem dokładnie. Była rok młodsza ode mnie, wystarczyłoby policzyć. Nie żadna plakatowa "piękność" w stylu miss playboya czy top model. Wielu facetów nawet jej nie zauważało. Kiedy wspominałem o niej kumplom często, nawet po dłuższym opisie nie wiedzieli o kogo chodzi. A przecież nie jeden raz mijali się na korytarzach. Mnie wystarczyło jedno spojrzenie. W dodatku całkowicie przypadkowe. Niewielkiego wzrostu, drobna, bardzo sympatyczna, taka malutka milutka dziewczynka. Nosiła bajecznie długie, zawsze idealnie wyczesane, idealnie proste włosy. Czasem oczywiście też je spinała, w kok, czy inaczej jakoś. Ale taka, jak widzę ją, gdy tylko zamykam oczy, to właśnie z luźno opadającymi włosami sięgającymi samego tyłeczka. Bardzo kobiecych bioderek. Rozumiesz, nie można było powiedzieć, że jest chuda. Zresztą, przecież wiesz, co mam na myśli. Może niektórym nie odpowiada taki typ kobiet. Wszyscy zachwycają się tymi anorektyczkami z wybiegów. Ale dla mnie to jest... to co tygrysy lubią najbardziej. Wiesz o tym, że nie mam pamięci od twarzy, ludzie witają się ze mną na ulicy a ja nie wiem, w ogóle, co to za jedni. Ale jej buzia, uśmiech, usteczka, zawsze idealna fryzura, zawsze idealnie pomalowane paznokcie. Zapamiętałem ją, od kiedy pierwszy raz spojrzałem w te lekko zamglone, niebieskie oczka. Wiesz gdzie jeszcze można spotkać taki kolor? Lód lodowcowy. Kolor ścian głębokich szczelin lodowych. Gdy patrzysz pod odpowiednim kontem błękit przechodzi w opalową zieleń. Od razu skojarzyła mi się z lodowymi grotami na Spitzbergenie. Zaraz na początku naszej współpracy Firma wysłała mnie tam na, powiedzmy badawczo - poszukiwawczą wyprawę. Ale odchodzę od tematu. Zdaję sobie sprawę, że nadużywam trochę jednego słowa, ale ona właśnie taka była, idealna. I na pierwszy rzut oka, i nawet po dwóch, i po pięciu, godzinach ciągłego gapienia się na nią. Ubierała się nieprzeciętnie. Z jednej strony czernie i stonowane szarości z drugiej pastele, błękity, róże, fiolety. Ale zawsze wszystko do siebie pasowało...idealnie. Na tyle ekstrawagancko by nie zginąć w szarości tłumu, ale na tyle spokojnie by jednak nie rzucać się w oczy. Tego też nigdy nie potrafiłem zrozumieć. Jak ona to robi. Jest najbardziej intrygującą i niepokojącą osobą w towarzystwie, a nikt nie zwróci na nią większej uwagi, a jeśli nawet, to zapomni, gdy tylko odwróci wzrok. To znaczy nie pomyśl sobie, że była jakąś szarą myszką. Co to do nikogo się nie odzywa, chowa gdzieś po kątach i wstydzi samej siebie. To by było jak najbardziej błędne mniemanie. Wśród znajomych zawsze wesoła, nawet rozgadana. Bardzo często głośno się śmiała, żartowała. Pełna energii, pełna życia. Ale potrafiła zniknąć, wyłączyć się z otoczenia, tak samo dobrze jak się wyróżniać. To, co mówię może brzmieć trochę niekonsekwentnie, ale to właśnie tak wyglądało. Nie potrafię ci tego lepiej wytłumaczyć. Ona była zjawiskowa. Wiem, że choć sprawiał przeciwne wrażenie, to nie ufała ludziom, nie wierzyła ślepo w dobre intencje, w pozory przyjaźni. Nigdy nie dawała tego odczuć, ale zawsze była ostrożna. Za bardzo ostrożna jak na przeciętną dziewczynę w takim wieku. Uczącą się krawiectwa w jednej z najbardziej szablonowych szkół, jakie można sobie wyobrazić. Czy mi zaufała? Mama szczerą nadzieję, że tak naprawdę do końca to nie. I bardzo bym chciał żeby to była prawda, bo zawiodłem to zaufanie. Wiem, brzmi to banalnie głupio, ale coś trzeba powiedzieć na początek. Więc tak: Cała historia zaczęła się od dnia, gdy pierwszy raz zwróciliśmy na siebie uwagę. A choć nie pamiętam, kiedy i gdzie, to jestem pewny, że właśnie oboje w tym samym momencie zaczęliśmy się sobą interesować. A przecież jest nawet więcej niż pewne, że musieliśmy mijać się gdzieś wcześniej. Nasze zajęcia, miejsca, do których chadzaliśmy ze znajomi, rozkłady dnia w tamtym czasie. Wyglądały tak, że było by niemożliwością gdybyśmy, choć raz nie minęli się wcześniej. Na korytarzu, w stołówce, przed sekretariatem. Czy w barze za szkołą, w którym przesiadywaliśmy grube godziny, obowiązkowo każdego dnia tyle że każde z osobna. Wtedy widocznie coś było w powietrzu, nie wiem. Układ gwiazd, jakiś magiczny zbieg okoliczności, butterfly efekt. W każdym razie wystarczyło jedno nieuważne spojrzenie, bezmyślnie przesunięty wzrok. Ułamek sekundy autentycznego zdumienia, a potem już wystudiowane, z pozoru pewne siebie lekko zaciekawione spojrzenie z mojej strony i pełne niewinności, ciekawości i udawanego zakłopotania z jej. Później nie było już takiego dnia, w którym nasze oczy by się nie spotkały, czasem na moment chwili, czasem na wydającą się ciągnąc wieczność minutę lub dwie. Oczywiście zawsze "przez przypadek" i "niechcący", bo przecież jeszcze ani razu nie rozmawialiśmy ze sobą. Nie znali nawet sowich imion przynajmniej oficjalnie. Zachowywaliśmy się, więc jak małe dzieci. Udawali, że się nie zauważamy. Ale jakoś tak wyszło, że zdarzyło się nam mieć wspólnych znajomych. Ktoś w końcu nas sobie przedstawił. Tak po prostu. W błogiej nieświadomości faktów, nie mając nawet najmniejszego pojęcia, do czego to mogło doprowadzić. Nazywała się Beattrice, a przynajmniej wtedy wszyscy nazywali ją tym imieniem. Przypuszczam, że rzeczywiście było prawdziwe. Pomyślałem wtedy, że skoro sytuacja, bez ingerencji żadnego z nas posunęła się w tę stronę, to widocznie to jest właściwa droga i niepotrzebnie unikamy tego, co może się wydarzyć. Zignorowałem przeczucia mówiące by zapomnieć o wszystkim, wymazać ją z pamięci i wyjechać stamtąd jak najprędzej, póki jeszcze niczego nie popsułem. Pozwoliłem sobie zapomnieć, że wiem dobrze jak i dlaczego to się skończy. I to był mój błąd. Ludzie zawsze popełniają mniejsze czy większe błędy, a zwłaszcza wtedy, gdy pozwalają by rządziły nimi namiętności. Później to już jakoś tak samo się zaczęło układać. "Przypadkowe" spotkania, z początku w miejscach gdzie rzeczywiście mogłyby wydarzyć się przypadkowo. Spacery w pobliskim parku, wspólne obiady, późne śniadania, wczesne kolacje w stołówce. Czasem piwo czy dwa w lokalu, o którym już wcześniej wspominałem. Ale głównie spacery, tych pamiętam najwięcej. Mieliśmy szczęście. Wiosna zaczęła się wtedy bardzo wcześnie, a jesień skończyła o wiele później niż można się było spodziewać. Więc większość wspólnie spędzonego czasu spędzaliśmy na dworze. Spacerując, siedząc na parkowych ławkach. Snując się nocami po przeróżnych dziwnych miejscach. Począwszy od zapomnianego leśnego cmentarzyku a skończywszy na postindustrialnych ruinach zamkniętej kopalni, czy bocznicach kolejowych. Pełnych pordzewiałych wraków wagonów i lokomotyw starej wąskotorówki. Zdaję sobie teraz sprawę, że przez cały ten czas miała te same wątpliwości, co ja. Nie była pewna czy robi dobrze, bała się zaufać i chyba też bała się mojego zaufania do niej. Wtedy nie zastanawiałem się nad tym pod takim kontem. Obawa, że mogę ją zawieść a później poczucie winy z powodu, że tak się stało nie dały mi dojrzeć tego w ten sposób. Myślałem, że boi się rozczarowań, a to nie była cała prawda. Choć... może mówię to tylko dlatego by się jakoś usprawiedliwić przed sobą. Bo wiesz minęło już sporo czasu. Ile to będzie? Sześć, nie siedem lat. Bardzo wiele się od tamtych dni zmieniło, ale ja ciągle mam wyrzuty, kiedy o niej myślę. A wiesz, co najbardziej boli. Ona bardzo chciała zaufać i bardzo, bardzo się starała zmienić siebie. I musiała trafić akurat na mnie. Widać nieszczęścia się przyciągają. Czy się bałem? Jej? Nie. Na pewno się jej nie bałem. Ona wiedziała, że ja wiem. Że znam jej przeszłość. Albo raczej, że domyślam się niektórych faktów z jej przeszłości. I chyba czuła, że nie ma to dla mnie większego znaczenia. Albo raczej, że z tego powodu siły, które nas do siebie przyciągały były tak wielkie. A inni? Inni niewiele wiedzieli, nigdy nie opowiadała zbyt wiele o sobie, nawet mnie. Tak naprawdę to nigdy nie rozmawialiśmy o okresie poprzedzającym naszą "karierę" w tej podrzędnej budzie dla dorosłych. To było tabu. Nigdy nie było o tym mowy. Na tej samej zasadzie nie pozwoliła też bym kiedykolwiek zrobił jej zdjęcie. To był jej warunek. Uczyłem się tam fotografować, miałem do dyspozycji całkiem przyzwoity sprzęt, oświetlenie, szkolne studio. I bardzo chciałem by zgodziła się pozować. Ale nie było szans. Nie złościła się na powtarzane propozycje. Odpowiedź jednak zawsze brzmiała, nie. Były też plotki. Jak zawsze. Ktoś coś usłyszał, powtórzył inni dorzucili swoje. Ale żadnych sensacji. Wystarczyło spojrzeć na tę drobniutką dziewczynkę i od razu wrzucało się między bajki te wszystkie sensacyjne rewelacje. A jak było w rzeczywistości? Nie minę się zbytnio z prawdą, jeśli powiem, że jakieś niecałe dwa lata przed tym jak się poznaliśmy doświadczyła bardzo... niemiłych przeżyć. Ktoś bardzo ją skrzywdził. A ona się ratowała. Tyle było mi wiadomo. O szczegółach dowiedziałem się w kilka miesięcy po tym jak już się rozstaliśmy. Przez czysty przypadek. Znajomemu z Dresden zebrało się na wspominki. Po 6 godzinach spędzonych na gapieniu się, w co najmniej mało interesujące obrazki z kamer przemysłowych każda historyjka jest dobra na nudę. Swoją drogą nie wiem, do czego im wtedy był Nimrod potrzebny, na tym spotkaniu. Ale co tam, taka praca. W każdym razie chciałem powiedzieć, że facet który siedział wtedy zemną na obserwacji, dla zabicia czasu opowiadał lokalne ciekawostki: Nie miała nawet dwudziestu lat, ale załatwiła ich tak sprawnie, że nikt nie wiedział, co się stało. Handlowali ludźmi, podobno także organami do transplantacji. Na pewno kobietami, we wiadomym celu. Nie wiedział jak długo trwało zanim udało jej się uciec i ile złego jej zrobili. Ale takiego bajzlu lokalna policja nie widziała od dłuższego czasu. Cztery trupy w hotelowym pokoju. Jeden z gardłem poderżniętym kawałkiem stłuczonego lustra. Trzej pozostali z rozwalonymi głowami. Dostali po kulce z Desert Eagle'a tego, co się wykrwawił. Podobno żaden nie zdążył nawet sięgnąć po broń. Wyobrażasz to sobie taka malutka dziewczynka, z takiej armaty. Trzy strzały w ciągu kilku sekund, centralnie w łeb. I żadnej paniki, żadnego walenia po ścianach, strzelania do trupów. W pistolecie zostało jeszcze sześć pocisków. A przecież to dziecko prawdopodobnie nigdy wcześniej gnata w dłoni nie miało. Znaleźli jeszcze jednego w garażu, w tym samym stanie. Odjechała jego samochodem. Mimo zeznań świadków policja nawet nie chciał wierzyć, że zrobiła to nastoletnia dziewczyna. Tak właściwie to było im to na rękę, że ktoś definitywnie zakończył interesy tych panów, wiec nie drążyli dalej sprawy. Więc tak to się dla niej zaczęło. Krzywda, lęk, niepewność jutra, i nagle odkrycie. Jest wystarczająco silna by zapanować nad przebiegiem zdarzeń. Z ofiary stała się drapieżcą. Ktoś z cmentarnym poczuciem humoru mógłby powiedzieć, że odkryła swoje powołanie. Tylko nie…