Fantastyka · 7 min czytania
Nie kupuj kota w worku!
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nie kupuj kota (duszy) w worku (walizce)!
Stałam przed drogą kawiarnią i wypatrywałam przez szybę mężczyzny, z którym miałam się spotkać. Nie było go jeszcze. Bałam się, bowiem dziś, dokładnie w moje urodziny, miałam zasiąść przy stoliku z samym Lucyferem, by dokonać morderczej transakcji. W dłoni ściskałam neseser. W nim, w pliku kilku zapisanych kartek, zamknięty był mój największy skarb. Dusza. *** Słońce piekło mnie w kark. Czułam, że ktoś mnie obserwuje. Tłumiąc w sobie to odczucie, szybko chwyciłam klamkę i weszłam do restauracji. Była chyba jedną z najdroższych, jakie znam. Zresztą On za wszystko płacił. Zajęłam zarezerwowany stolik i zamówiłam wino. Sącząc trunek, zaczęłam wspominać co mnie tu przywiodło. Kochałam pewnego mężczyznę. Zaczęłam jednak wątpić w jego uczucia. Czułam się oszukana. I zabiłam. Z zimną krwią zabiłam tego, który czekał tylko na mnie. Policji się nie bałam, w tych czasach nikt by mnie nie oskarżył. Jednak odtąd zamieszkała we mnie pustka. Ciągle nękały mnie wyrzuty sumienia. Nie potrafiłam znaleźć w sobie sił, by żyć. Otwarłam pewnego dnia gazetę i przeczytałam ogłoszenie. Moje istnienie za życie tego, którego zabiłam. Zadzwoniłam pod podany numer i umówiłam się na spotkanie. Siedzę więc tu, w kawiarni. Ścisnęłam mocniej walizkę. By zdobyć jej zawartość, musiałam się nieźle nabiegać. Żaden z księży nie chciał spisać mojej duszy. Uważali to za konszachty z diabłem. Do filii piekła w mieście nie poszłam. Nie cierpię zaduchu, gorąca i czerwieni. W końcu, w jakiejś zapadłej wsi, znalazłam klechę, który był tak biedny, że żarł korę z drzew na wiosnę. Zapłaciłam m u wielką kasę. Zgodził się biedak, na wieczne potępienie przez swój Kościół. Kilka dni później po zainkasowaniu pieniędzy, klecha, wręczył mi plik kartek, zapisanych chwiejną łaciną. Zamknęłam moją duszę w walizce i przyszłam tutaj. Czekałam, sącząc wino. Nagle otwarły się drzwi. Wiedziałam, że stoi w nich On. Poznałabym go wszędzie, choć nie znam jego wyglądu. Nie pytajcie, takie rzeczy się wie. To irracjonalne. Mówiono mi, że przyjdzie boso, bo posiada kozie racice. Ostrzegano mnie przed jego zdradzieckim ogonem i ostrymi rogami, wyzierającymi z rudej sierści. Wszyscy się mylili. W moją stronę szedł wyjątkowo przystojny mężczyzna. Nosił idealnie skrojony garnitur, w kolorze najmroczniejszej czerni. Jego oczy zasłaniały ciemne okulary. Mimo młodego wieku na głowie przybysza lśniły łyse zakola. W dłoni trzymał neseser. - Pani Nina Najdenowicz? - spytał uśmiechając się do mnie. Skinęłam tylko głową. Usiadł, przywołał kelnera. - Dla mnie wino. Czerwone. A dla pani? - miał ujmujący głos. - To samo. - Cieszę się, że pani się nie rozmyśliła - powiedział, kładąc neseser na krześle obok siebie. Siedzieliśmy przy czteroosobowym stoliku. - Mało brakowało. Pana...hmm... firma nie zachęca klientów i dobrze się maskuje, panie...? - nie wiedziałam jak się do niego zwracać. Panie Arcydiable...? - Moje imię nie podoba się ludziom - skrzywił usta, choć chciał się uśmiechnąć. Chyba.- Proszę mi mówić Luck, Nino. Kiwnęłam głową. Miłe zdrobnienie. Kątem ok. zobaczyłam kelnera, który nas obsługiwał. Mówił coś szybko do właściciela, gestykulując nerwowo. Miałam nadzieję, że nie chodzi o mnie i o Lucka. Wtedy byłyby kłopoty. Uśmiechnęłam się więc do diabła i skupiłam na kieliszku wina. - Jest pani piękna, pani Nino. Miał cudowny głos. Spuściłam głowę. TO JEST