Inne · 8 min czytania
Nie lubię Gdańska latem
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Czy istnieje ktoś, kto wybiera nam wspomnienia?
Przetarłem zaparowaną szybę. Listopadowy świt z mozołem wygrzebywał się z ciemności. Dopiłem kawę zdecydowany już, że pojadę. W końcu było to coś w rodzaju zaproszenia. Odmierzałem kilometry wypalonymi papierosami. Pociąg był brudny i smętny jak migające za oknem pejzaże. Pusto, któż jeździ nad morze o tej porze roku.
Gdańsk powitał mnie beznadziejnym szlochem. Nasiąkałem powoli, stojąc pod dworcową wieżą. Wiedziałem gdzie mieszka, adres znałem na pamięć. Ruszyłem więc... w zupełnie przeciwnym kierunku. Listopadowy turysta. Złota Brama wyprowadziła mnie między tulące się rozpaczliwie do siebie, zmoknięte kamieniczki. Długi Targ wyszedł naprzeciw niespodziewaną ciszą. Skuleni ludzie przemykali pod ścianami niewrażliwi na otaczające ich piękno. Zziębnięty Neptun popatrzył na mnie przez ramię ze złością. Miał rację. Jeśli już przyjechałem powinienem do niej pójść. Nie znałem przebiegu linii autobusowych i nie miałem ochoty zabłądzić. Wolałem trzymać się torów tramwajowych. Wysiadłem u stóp długiego morenowego wzgórza. Na jego szczycie, niczym mury ponurego zamczyska wznosiły się szare ściany bloków. To było gdzieś tam. Schody zdawały się nie mieć końca. Dobrze zmachany wszedłem między domy. Nagły wiatr od morza szarpnął mokrymi włosami, rzucił w twarz resztkami martwych liści. Las anten na dachach szamotał się w udręce. Nieprzyjemnie się tu musiało mieszkać w czasie sztormów. Poszedłem naprzeciw podmuchom. W końcu znalazłem to, czego szukałem. Stanąłem przed listą lokatorów. Cóż ja tam właściwie robiłem? Przecież nic nas nie łączyło oprócz kilku zapisanych kartek. Po prostu nie znaliśmy się... Kończyły mi się papierosy. Gdzieś tu musiał być kiosk czy sklep. Rozejrzałem się w poszukiwaniu jakiejś handlowej placówki. Wtedy ją zobaczyłem... Szła szybko z opuszczoną głową, zgrabna i energiczna. Jasne włosy, wystające spod wełnianej czapeczki rozwiewał wiatr. Stałem z przemoczonym niedopałkiem w ustach i modliłem się, by nie spojrzała w moją stronę. Czułem się jak złapany na gorącym uczynku, jak zaskoczony podczas czegoś niestosownego... Zalała mnie fala gorąca, nie chciałem jej poznać w ten sposób, w takiej scenerii. Modlitwy zostały wysłuchane. Szybko zniknęła, skryła ją klatka schodowa... Poszedłem za nią...
Stanęła w drzwiach, zatrzepotała powiekami. Ładna była, naprawdę ładna, a to wcale nie ułatwiało sytuacji. Otworzyła szeroko duże, zielone oczy. Tyle, że nie z radości, ani ze zdziwienia. Błysnęło w nich zakłopotanie... i już miało pozostać. Głupku, niezapowiedziane spotkania udają się tylko przy wódce. Pamiętacie najdziwniejszy dzień w swoim życiu? Ja pamiętam. Siedzieliśmy u niej w pokoju jak na szpilkach, skrępowani i zmieszani. Jej mama oszacowała mnie badawczo, tak jak to potrafią tylko mamy. Młodsza siostra obejrzała mnie z dużym, choć krytycznym zainteresowaniem i równie niemałym rozbawieniem. To była, o ile pamiętam, bardzo konkretna osoba. Coś jedliśmy, śpiewał Grechuta, wiatr za oknem nabijał się szyderczo z tego spotkania. O czymś rozmawialiśmy. Wiecie jak wygląda rozmowa dwojga ludzi, którym wydaje się, że znają się od dawna, a przecież patrzą na siebie pierwszy raz w życiu? Ble, ble, ble. Potem przyszedł irytująco przystojny blondyn. Nie był zadowolony z mojej obecności. Ona też nie była zachwycona powstałym trójkątem. Pewnie jej chłopak. Nie spytałem. Zerkał na mnie niechętnie, trochę mnie tym wkurzył, odpowiedziałem równie uprzejmym spojrzeniem. W końcu poszedł. Powiedziała, że musi wyjść