Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 37 min czytania

Nie ma miejsca dla bohaterów

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Nie ma miejsca dla bohaterów.

I

-Pieprzona pogoda...-pomyślał, a może powiedział Dalemir. Targany podmuchami wiatru elf powoli docierał do gospody. Widoczne w oddali światła parszywego przybytku napawały go nadzieją. Już wkrótce przechyli kielich najtańszego i najmocniejszego trunku, rozgrzewająca moc alkoholu rozleje się po jego ciele. Ożywi kończyny, a wyraźna prostota gości poprawi mu humor. Kto wie? Może dziś dostanie w końcu prace odpowiadającą jego kwalifikacjom. Nie żadne odśnieżanie, a dobrze płatne morderstwo. O tak, tego Dalemir potrzebował najbardziej. Pieniędzy. Taniec ze śmiercią już dawno go nie podniecał, liczył się tylko mieszek złota czekający po wykonanej robocie. Kataklizm zmusił większość istot do zgromadzenia się w trzech miastach. W trzech ogromnych osadach. Niezbyt malowniczych, ale spełniających swoje zadanie- ochronę ludności. Dalemir sprowadził się do Dobrogrodu niecałe dwa lata temu. Zmuszony deszczem strzał do ucieczki z domu- państwa elfów, znalazł schronienie w mieście kapłanów Miligosta. Tu nikogo nie obchodziło jego pochodzenie, a zamiłowanie do zadawania śmierci przyjęto dość obojętnie. Władze nie negowały morderstw, jeśli te nie dotyczyły członków instytucji kościelnych. Wśród pospólstwa, czy jak oni to nazywali-hołoty i tak panowało przepełnienie Kapłańskie rządy pełne były obłudy. Zapewnienia o wspólnym dobrze i tym podobne brednie. Dalemir jak do tej pory nie mieszał się do polityki, więc i polityka nie naprzykrzała mu się zbytnio. Po takim czasie przyzwyczaił się nawet do zapachu Dobrogrodu, początkowo woń miasta wzbudzała w nim odruchy wymiotne. Ciężko było hodować rośliny, kiedy wokół panowała wieczna zima, a gigantyczne obory pełne bydła nie przysparzały miastu świeżości. Elf zatrzymał się, ledwie kilka metrów dzieliło go od drzwi gospody. Wyprostował się, poprawił kaptur, tak aby opadał na skronie i pewnym krokiem ruszył w kierunku tymczasowego domu. Kopniakiem otworzył drewniane drzwi. -Trzeba dbać o wizerunek-pomyślał. Goście gospody zamilkli na jego widok. Dalemir nie odezwał się słowem, oni również nie mieli ochoty na rozmowę z nim. Usiadł w kącie. Po chwili karczmarz bez słowa postawił przed nim skórzany kubek i butelkę gorzałki. Dalemir odsunął kubek, otworzył butelką i począł szybko wypijać jej zawartość. Kiedy skończył poczuł się znacznie lepiej. Kilka łyków mocnej wódki, miało na niego zbawienny wpływ. Ciepło rozlało się po ciele. Alkohol odgonił złe myśli. Dalemir miał ochotę na bijatykę, rozejrzał się czy w karczmie nie znajdzie chętnych. Niestety goście zajęci byli rozmową, nie wyglądali też na twardzieli. Odchylił się na krześle i ze zwieszoną głową odpoczywał. Znudzony zaczął podsłuchiwać rozmowy, prości ludzie rozmawiali o sprawach bardzo prostych. Podstawowe tematy: ”ilość kobiet jaką mieli w ostatnim tygodniu”, „ilość gorzałki jaką wypili”, „wyższość narodu ludzkiego nad innymi rasami” i „pozbycie się majątku na rzecz wspólnego dobra mieszkańców trzech miast”. Dwa ostatnie pochodzą z rozmowy młodego kleryka Miligosta z hodowcami bydła. Dalemir zaczął się zastanawiać czy nie zrobić krzywdy kapłanowi...gdy nagle drzwi otworzyły się z wielkim hukiem. Niemal odpadły od framugi. Do karczmy wtoczyła się niska człekokształtna postać. Istota przedstawiała widok doprawdy żałosny. Broczyła krwią z prawego ramienia, zmierzwiona broda opadała na pękaty brzuch. Ludzie siedzący bliżej drzwi poczęli się odsuwać. Niewątpliwie nowy gość karczmy rozsiewał dość niemiły zapach (mieszkańców Dobrogrodu naprawdę trudno odstraszyć nieprzyjemną wonią). Bezsprzecznie był to krasnolud. Brodacz przeszedł całą karczmę i klapnął na krześle obok Dalemira. Elf powoli wciągnął powietrze nosem, chrząknął i powiedział szeptem. -Spieprzaj. No już! Śmierdzisz gorzej niż największa obora w tym mieście.-krasnolud uniósł brew. Zmierzył elfa nieprzychylnym wzrokiem i bez słowa wyciągnął zza pazuchy piersiówkę. Pociągnął z butelki nielichego łyka, a resztę wylał na ramię. Dalemir nie przywykł do takiego traktowania. -Słuchaj śmierdzielu za chwile obetnę ci brodę razem z żuchwą.-oburzony elf oparł dłonie na stole i podniósł się do pozycji pół stojącej, dłoń położył na głowni miecza.-masz minutę, żeby zabrać stąd swój kaprawy ryj!- krasnolud ponownie spojrzał na Dalemira. Warknął i za nim elf zdążył cokolwiek zrobić, ostrze falistego sztyletu wylądowało między jego palcami. - Jestem Burchard. Ty zapewne nazywasz się Dalemir, szukałem cię.-Nieco zszokowany elf badawczo przyglądał się krasnoludowi.-Na co się tak gapisz? Powiedziałem, że cię szukałem. Mamy robotę do wykonania.- Burchard wyrwał nóż ze stołu i wsunął do rękawa. -My mamy robotę do wykonania?- Dalemir wstał.- Posłuchaj.... ja pracuje sam! Zawsze tak było i tak będzie. Nie mam zamiaru składać jakiejś groteskowej drużyny, a tym bardziej dzielić się zapłatą za zadanie z jakimś brodatym śmierdzielem –krasnolud donośnie się zaśmiał. -Mogłeś pracować sam przy odśnieżaniu chodników, dobrze wiemy, że jesteś świetnym najemnikiem, a tymczasowo nie masz zajęcia zgodnego z , rzekłbym, zawodem.-Burchard wyszczerzył się w paskudnym uśmiechu, pokazując trzy złote zęby.- Napijmy się, a później pójdziesz ze mną do katakumb za miastem, tam czeka kapłanka pradawnych bogów, chce z tobą porozmawiać. -A co ona robi w katakumbach? Lubi towarzystwo trupów? -Skąd mam wiedzieć, co tam robi. Kazała nam tam przyjść to tam pójdziemy.-krasnolud wzdrygnął się na myśl o kapłance, otaczała ją tajemnicza aura, wciąż czuł jej myśli we własnej głowie! Nie potrafił sprzeciwić się jej woli.- Zresztą jak mówiłem to jest kapłanka pradawnych bogów. Zapewne w katakumbach ukrywa się przed ludźmi Miligosta. -Pierwsze słyszę o jakichś pradawnych bogach, jestem ateistą w dupie mam bogów i ich kapłanów. Pójdziemy tam a ona zacznie gadać, żebym oddał się wierze, poświęcił majątek (którego nie mam) i służył ludziom, jak przystało na elfa-członka niższej rasy! W ogóle nie rozumiem dlaczego miałbym tam pójść.- Burchard westchnął, spodziewał się, że wytłumaczenie elfowi tej kwestii nie będzie proste. -Słuchaj no mości elfie.-rzekł dość głośno, a następnie zniżył głos do szeptu.- Powiedziałem, że kapłanka służy pradawnym bogom, nie Miligostowi. Pojęcia nie masz o wierze, w każdym razie, zarówno w mojej, jak i twojej ojczyźnie czczono dawniej tych bogów. W tamtych czasach ludzi nie było jeszcze na ziemi. To były lata w których świat przeżywał swą wiosnę. Jesteś bardzo młody jak na swoją rasę, to widać, obyś z czasem nabrał powściągliwości w słowach.-Burchard udawał, że nie widzi jakie miny stroi elf. Krasnolud przyjrzał się swemu ramieniu, już nie krwawił, ale rękaw kożucha był w strzępach. –A właśnie, wisisz mi cztery sztuki złota, za kożuch. Kiedy spytałem o elfa Dalemira w karczmie na obrzeżach miasta, karczmarz potraktował mnie rzemiennym biczem, a jego córka zaczęła rzucać we mnie talerzami z jedzeniem. No nie bocz się przyjacielu, stawiasz gorzałkę, a resztę potrącimy ci z wypłaty.-Elf nie wiedzieć czemu nie odszedł od stolika. Zawsze już będzie się zastanawiał, dlaczego zgodził się iść z krasnoludem. Skinął ręką na oberżystę. Po chwili przed Burchardem i Dalemirem stanęły dwie butelki wódki i dwa kubki. Obaj odsunęli kubki na bok.

II -Daleko jeszcze? Pół nocy idziemy, nie wiedziałem, że to miasto jest tak wielkie.- Dalemir pytał o odległość do celu podróży siódmy raz. Burchard z nietypową jak na krasnoluda cierpliwością odpowiadał. -Już niedaleko, dasz rade. Miasto nie jest tak wielkie, jesteśmy kawałeczek za metropolią za to zbliżamy się do nekropoli- zaśmiał się ze swojego żartu. Elfowi nie było do śmiechu, śnieg sypał co raz mocniej, teren po którym szli nie słyszał nawet o chodniku. Krajobraz był wręcz upiorny. Blask księżyca odbijał się srebrną poświatą w równinie pokrytej śniegiem. Gdzie, nie gdzie z ziemi wystawały uschnięte, czarne kikuty drzew- pamiątka po dawnych czasach, w których ziemia tętniła życiem. Dalemirowi wszystko wydawało się dziwne, chore. Melodia jaką tworzyło zawodzenie wiatru, wycie wilków i chrapliwy oddech krasnoluda przyprawiały elfa o palpitacje serca. Właściwie czego miałby się bać? Teren równinny, z nikąd zagrożenia. -Zaśmiał się w myślach z własnego lęku. Zaczął przyglądać się Burchardowi. Co właściwie wie o krasnoludzie? Bardzo niewiele. Prawdopodobnie jest najemnikiem , wierzy w jakichś pradawnych bogów. -Dlaczego mu zaufałem?- zastanawiał się elf.- dałem wywieść się na odludzie. Jak do cholery się tu znalazłem. Dlaczego z nim idę? Czy zdołam go zabić, w karczmie Burchard pokazał jak jest szybki. Muszę na niego uważać... – Dalemir układał plan ewentualnej walki z Burchardem. Ocena przeciwnika to podstawa. -Co będzie to będzie, z gorszych tarapatów wychodziłem- z iście elfią beztroską pomyślał Dalemir. Krasnolud usłyszał jakieś mruknięcie. Spojrzał na elfa. Ten wydawał się bardzo zamyślony. -Mówiłeś coś?- spytał. -Ja? Nie.-odpowiedział Dalemir. -Dobrze. Nie trać ciepła na mówienie i zbyteczne myślenie, jeszcze kawałek drogi przed nami.- burknął Burchard. Co właściwie wie o elfie? Płatny morderca, idzie tam gdzie więcej płacą. Podobno niezły w tym co robi. Ma wyjątkowo gwałtowny charakter. Nie dobrze w tym fachu. Chociaż, zależy jak na to spojrzeć...Zamyślił się. Jeśli on współpracuje z tą staruchą, rzekomo kapłanką.... Jestem stary, nie zdążę wyjąć topora, a już moja głowa potoczy się po śniegu. Ale dałem się wrobić, tak sprawy nie mają się dobrze Burchardzie, nigdy więcej nie przyjmuj zleceń od nieznajomych kapłanek, zwłaszcza jeśli masz współpracować z wprawnym elfim mordercą.-zasępił się krasnolud. Szli dalej w zupełnej ciszy. Wiatr ustał, wilki gdzieś pierzchły. Słychać było tylko chrapliwy oddech krasnoluda, lekki elfa i „chrupanie” zmrożonego śniegu pod ich butami. Na horyzoncie widać już było stare cmentarzysko, na nim znajduje się wejście do katakumb. Atmosfera robiła się nieznośna, a upiorny klimat napawał przerażeniem. Nagle bystry wzrok elfa dostrzegł jakiś kształt. Wkrótce dojrzał go i krasnolud. Obaj przyspieszyli. Po kilku krokach do ich uszu zaczął dochodzić śpiew. Jeszcze kilka i ujrzeli postać. Dalemir przystanął z wrażenia. Mała dziewczynka, wiek około 6 lat. Śnieżno biała sukienka sięgała kostek, stopy miała bose. Stała na śniegu tylko w tej cienkiej szatce. W malutkich rączkach trzymała kwiatek. Zwiędły kwiat. Melodia jej słodkiego śpiewu unosiła się z wiatrem. Choć nie znali języka w którym dziewczynka śpiewała, łatwo domyślali się znaczenia słów. Piękna pieśń o zbyt szybko utraconym dzieciństwie. Burchard podszedł do małej chciał otulić ją ciepłym kożuchem. Dziewczynka odwróciła się plecami do krasnoluda. Z jej ciałka wystawał srebrny sztylet, z rany nie sączyła się krew. Kwiat zwiądł już dawno. Po policzku Dalemira spłynęła łza. Elf upadł na kolana, wtopił palce w swe kruczo czarne włosy i z przerażeniem krzyknął. -Lauro! To był wypadek! Przepraszam- Nagle wszystkie wspomnienia jak żywe stanęły przed oczyma elfa. Piękna, ciepła wiosna. Wokoło zieleń, zapach kwiatów. Niewinne zabawy z dziećmi. Śmiech. -A teraz pokaże wam jak sprawnie rzucać nożem. Kiedyś i wy się tego nauczycie. -Tak! Dalemirze, prosimy. Nie widziałem jej. Nie było jej tam. Nie! Krew. Krzyk. Śmierć...wygnanie. Nienawiść. Elf szybko się pozbierał. Bestialskim mordercą o to kim był. Burchard patrzył na Dalemira, odwrócił się do dziewczynki, ale już jej nie było. Nagle zrozumiał wszystko. -Twój pierwszy raz, co? Chędożony elf- powiedział i siarczyście splunął pod nogi. W odpowiedzi usłyszał tylko echo własnego głosu. Cisza. Ruszyli w dalszą drogę. Do nekropoli było niedaleko, ale szło im się bardzo ciężko. Zmęczenie starego krasnoluda i ciężar wspomnień elfa, nie służyły szybkiemu marszowi. Co raz bardziej męcząca stawała się cisza która zawisła między towarzyszami. Wkrótce zasapany Burchard postanowił przerwać zmowę milczenia. -Jak mogłeś to do stu gromów zrobić?- z nie ukrywaną złością spytał Burchard. Elf milczał.-jak pytam!? Wyjaśnij to, broń się do cholery! Chyba nie jesteś tak bezwzględny?- krzyk krasnoluda sprawił, że w Dalemirze coś pękło. Do tej pory idący z przodu elf zatrzymał się i odwrócił. -To był wypadek, ale nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Zabiłem ją.-grymas bólu wykrzywiający przystojną twarz elfa, szybko został zastąpiony przez nienawistny błysk w oczach.- To nie twoja sprawa, nie pytaj o to. Burchard mruknął coś pod nosem. Rozumiał elfa, on też miał wiele na sumieniu. W gruncie rzeczy byli ulepieni z tej samej gliny. -Nieważne, ruszajmy. Nie podoba mi się tu, bardzo mi się nie podoba.- Już widzieli bramę cmentarzyska. Powoli, acz nie ustępliwie zbliżali się do niej. Nagle drogę zagrodziła im jakaś postać. Burchard jęknął, elf stanął w miejscu jak wryty. Przed nimi stał krasnolud, który nawet wg krasnoludzkich standardów był przerażający. Połowa jego twarzy był jedynie krwawą miazgą, druga strona wykrzywiała się w paskudnym uśmiechu. Zjawa stałą na szeroko rozstawionych nogach, w prawej ręce trzymała gruby skórzany pas. -Burchard synku, chodź do tatusia-szyderczo zaśmiał się duch krasnoluda.- no co z tobą nie przywitasz się z ojcem?- Burchard stał z kamienną twarzą, grymas przerażenia pojawił się na niej tylko przez moment. Wyciągnął topór i ruszył na zjawę z krzykiem. -Zabije cię jeszcze raz skurwielu! To za matkę!- wściekły Burchard już zamachnął się toporem gdy zjawa rozpłynęła się w powietrzu. -Niczego się nie nauczyłeś synu. Niczego.-skąd ten głos? Krasnolud obejrzał się na Dalemira, lecz ten również nie wiedział co się dzieje. - Co to za diabelskie sztuczki? Chodźmy stąd Dalemirze, jak najprędzej.-elf przytaknął i szybkim krokiem zbliżali się do bramy nekropolii. W marszu zrównali się i bramę przeszli równocześnie. Księżyc był w pełni.

III

-Gdzie my do cholery jesteśmy? Co tu się dzieje? –krasnolud wykrzykiwał pytania, choć wiedział, że na żadne nie uzyska odpowiedzi. Dalemir był równie zaskoczony co on. Obaj stali w niewielki zagłębieniu, a wokół zieleniła się trawa! Niebo było niebieskie, a słońce przygrzewało, aż miło. W krainie wiecznego mrozu i ciemności- ich domu, to było niewyobrażalne. -Może wyjdźmy z tego dołu i zorientujmy się gdzie jesteśmy?- elfa bardzo cieszyła zieleń i słońce. Burchard, wyglądał na średnio zadowolonego. -Ty idź, ja musze chwilkę odpocząć- powiedział i usiadł na środku kotlinki, zza pazuchy wyciągnął nieodłączną piersiówkę i jednym pociągnięciem opróżnił całą. Wysłanie elfa na górę miało najwyraźniej swój cel. Burchard próbował poukładać sobie wszystko w głowie. Najpierw ta dziewczynka, później jego ojciec, który zginął z ręki syna wieki temu. Ból w klatce piersiowej stawał się nieznośny. -Burchard! Wojna! Setki, tysiące żołnierzy! Jesteśmy dokładnie na środku pola bitwy! Chodź tu i sam zobacz-wykrzykiwał podniecony elf.-Burchard? Słyszysz? Chodź tu.-cisza. Dalemir odwrócił się. Krasnolud leżał dokładnie na środku zagłębienia, skulony, w ręku trzymał piersiówkę. Gnany złymi przeczuciami elf zbiegł szybko na dół. Kiedy był już blisko, usłyszał jęki starego mordercy. -Wojna? Tego już za wiele...ależ to boli kurwa mać.- chrapliwym głosem mruczał krasnolud. -Burchard co ci jest? Musimy uciekać, oni się zbliżają!- Dalemir począł trząść krasnoludem. Lecz ten tylko bełkotał niezrozumiale. Elf nie wiedząc co począć, wymierzył Burchardowi potężny policzek. Najwyraźniej to otrzeźwiło starca. -Spieprzaj na górę... spróbuj zobaczyć kto atakuje... a później uciekaj ile sił w nogach. Ja tu zostaje-wychrypiał krasnolud, elf jednym ruchem wydobył miecz i przyłożył ostrze do grdyki Burcharda. Zdenerwowany, zaczął mówić przez zaciśnięte zęby. -Razem weszliśmy w to gówno, razem z niego wyjdziemy. Nie czas na unoszenie się honorem i bohaterską śmierć. Nie pozwolę ci zginąć stary śmierdzielu. Nie ma tak łatwo. Nie wiem gdzie jesteśmy, nie wiem z kim przyjdzie nam walczyć, ale do diabła, walczyć będziemy!- Dalemir nie znał litości, nie wiedział czym jest prośba, za to groźbą władał prawie tak sprawnie jak mieczem. Burchard zmierzył elfa wzrokiem. To twardsza sztuka niż mu się przedtem wydawało. Tak, Dalemir swą przemową i niewątpliwą odwagą wzbudził w krasnoludzie podziw. Słowa elfa, zgodnie z jego oczekiwaniami, podziałały na ambicje Burcharda. Stary najemnik zapomniał o bólu serca i zmęczeniu. Postanowił poprawić mniemanie elfa o sobie. Nie da się ukryć, że lubił rozkazywać. -Daj mi minutę, musze się pozbierać- odchrząknął- nie mamy dużo czasu, więc biegnij na górę i spróbuj się zorientować kto walczy, musimy przyłączyć się do którejś ze stron, najlepiej do wygrywającej. -No! Tak lepiej- Dalemir klepnął krasnoluda w ramie i raźnie wbiegł pod górę. Nagle poczuł się zupełnie inaczej. Nie był już bezwzględnym mordercą. Czuł się znów wolnym, beztroskim elfem. Przystanął, na chwile. -Co się dzieje? Ktoś manipuluje moim umysłem. Czuje to!- myśl ta równie nagle jak się pojawiła, znikła. Wojska najwyraźniej zbierały się do natarcia. Te na północy już maszerowały prosto na zagłębienie w którym siedział Burchard. Armia znajdujące się na południu zdawała się trwać w bezruchu. Nagle rozległy się dźwięki trąb. To konnica wojsk na południu ruszyła do boju! Teraz już nie uciekniemy, pomyślał elf. Co robić? Dalemir zbiegł na dół. -Coś taki blady elfie, armie ciemności nacierają?- Burchard starał się zażartować. Wyszło mu to marnie. Oblicze Dalemira wciąż miało barwę ni to białą, ni zieloną. Elf splunął, chrząknął i lekko drżącym głosem powiedział. -Nieważne jakie to wojsko. Słyszysz? To tupot koni. Już się zbliżają. Oby tamta druga armia nie ruszyła się z miejsca, a ta za nami była przyjaźnie nastawiona. -Stańmy pod tą stromą ścianą, konie zapewne będą przeskakiwać nad nami. Dopóki nie dotrze tu piechota jesteśmy w miarę bezpieczni.- Burchard już przywarł plecami do niemal pionowej ściany kotliny. Dalemir poluzował pas z mieczem i sprawdził czy ten dobrze wychodzi z pochwy. -Mam lepszy pomysł.-elf wbiegł na górę i położył się w wysokiej trawie dokładnie nad krasnoludem. Burchard popukał się w głowę. -Zginiesz głupcze, konie cię stratują!- konnica była coraz bliżej, Burchard wciskał się w ścianę kryjówki, nawet bał się pomyśleć co się stanie jego głowie po spotkaniu z końskim kopytem. -Ten elf to jakiś wariat-mówił do siebie-co on sobie wyobraża? To nie jest jakaś cholerna bajka o bohaterze. -Przestań mruczeć, lepiej przygotuj się do szybkiego biegu-szeptał Dalemir. Burchard próbował rozszyfrować co miały znaczyć słowa „szybki bieg”. -On ma…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%