Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Rodzina · 21 min czytania

Nie płacz, kiedy odjadę

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wszystko zaczęło się, kiedy... Nie, zaczęło się znacznie wcześniej. Nie ma sensu rozpisywać się o tym, co było zanim poszedłem do technikum. Byłem po prostu zwykłym dzieciakiem: w podstawówce grzeczny, w gimnazjum trochę mniej. Zdarzało mi się pić czy wagarować. Nic szczególnego, więc poza tym, co wspomniałem, nie warto nawet o tym wspominać. Do technikum dostałem się bez problemu. Odkąd niż demograficzny panuje na Starym Kontynencie nie jest problemem dostać się do żadnej szkoły. Pierwszy rok zleciał tak jak w poprzedniej szkole, z tą różnicą, że wróciłem do zachowania z podstawówki. Tak to już jest: trzeba sobie dobrą opinie wyrobić, żeby nie mieć trudności w kolejnych latach. A ja nie chciałem mieć żadnych trudności. Potem były wakacje i znowu szkoła. Wrzesień to jak zawsze opowieści o tym, co działo się na wakacjach. Wszyscy chwalili się gdzie byli i co robili, ewentualnie, jakie melanże mieli (ci o gimnazjalnej mentalności, bo choć większość pije, to nie każdy się tym chwali). Pod koniec października w szkole zawisło ogłoszenie o formowaniu przez nauczyciela z WFu drużyny koszykówki. Zaznaczone było, że poszukują tylko solidnych ludzi, którzy będą uczęszczać na treningi i starać się być coraz lepszymi. W sumie zaciekawiło mnie to, bo od kilku tygodni matka mówiła mi, żebym znalazł sobie jakieś hobby, a nie tylko przed komputerem siedział. Udałem się tam więc. Razem ze mną na sali było wtedy około 12 osób, z czego jednym był trener. Rozmawiał z nim ciemnowłosy chłopak, nieco niższy ode mnie, ale wyraźnie bardziej umięśniony. Ja sam nie byłem bardzo wysoki, ot 183 cm wzrostu. Wtedy nie wiedziałem, kim on jest i że zarazi mnie on pasją do koszykówki tak silnie, że będę grał na boiskach do nieludzkich godzin nocnych. Dzięki jego przywództwu na boisku i wyszkoleniu nas przez trenera, sięgnęliśmy po mistrzostwo kraju. To był naprawdę wspaniały moment dla nastolatka, tym bardziej, że grałem w pierwszej piątce. Potem znów przyszły wakacje i wtedy rodzice oznajmili mi, że przeprowadzamy się. Początkowo nie mogłem w to uwierzyć. Nie chciałem w to uwierzyć. Miałem zostawić to wszystko? To miasto było całym moim życiem! Tu była moja historia. Moja drużyna, koledzy. Rozpaczałem kilka dni, ale potem ogarnąłem się i jakoś to poszło. Ostatecznie Wrocław to piękne miasto i na pewno tam też będzie ok. Pierwsze dni w nowej szkole nie były bardzo przyjemne. Był to trzeci rok, więc moja nowa klasa znała się całkiem dobrze, ja natomiast byłem nowy. Obcy, niczym Ósmy Pasażer Nostromo. Po pewnym czasie zacząłem zyskiwać szacunek dzięki moim umiejętnością w baskecie, a w październiku byłem już starterem w szkolnej drużynie. W poprzedniej grałem jako rzucający obrońca, bo rzut miałem naprawdę dobry, a rozgrywającym był niski chłopak, którego widziałem przy trenerze (nie ma sensu go tu opisywać, bo jestem przekonany, że będą o nim w książkach pisać), ale tutaj zacząłem wybiegać jako point guard. W zasadzie nie przeszkadzało mi to - zawsze dobrze czułem się z piłką w rękach, a że przegląd pola i kozioł miałem niezgorsze, to koledzy z drużyny też nie narzekali. W końcu zadaniem dobrego PG jest dostarczyć piłkę do odkrytego zawodnika, a ze mną na rozegraniu mogli na to liczyć. I tu tak naprawdę zaczyna się ta historia. Pamiętam, że w okolicach stycznia lekko podkręciłem kostkę i do końca rozgrywek mnie już ona bolała. Pojawił się też lekki ucisk w dolnej części kręgosłupa i pieczenie w lewym kolanie. Tłumaczyłem to sobie trudami sezonu. W poprzedniej szkole odgrywałem znacznie mniejszą rolę, więc też i grałem krócej. Teraz na boisku spędzałem znacznie więcej czasu, toteż zmęczenie materiału i kontuzje były naturalną konsekwencją. Jednak ignorowałem je i dawałem z siebie wszystko. Pomimo zakwalifikowania się do fazy pucharowej, przegraliśmy w ćwierćfinałach. Drużyną, która pozbawiła nas szans na mistrzostwo była tą, z którą rok wcześniej wygraliśmy w finałach. To ciekawe, że para finałowa była identyczna jak rok wcześniej, z tym że tym razem wygrali ci drudzy. Ostatecznie zajęliśmy siódme miejsce. Niby wysoko, ale pozostał niedosyt. Głupio mi zrzucać coś na drużynę, ale moje średnie w sezonie to 19 punktów, 7 asyst i 4 zbiórki, więc nie powiedziałbym, że to moja wina. Na zakończeniu roku porozmawiałem jeszcze z kolegą o tym, co czeka nas w przyszłym sezonie. Był równie głodny zwycięstwa jak ja. Po rozdaniu świadectw szliśmy chwilę w jednym kierunku, a kiedy przyszedł czas się pożegnać, powiedziałem: - W przyszłym roku lecimy na mistrza, nie ma innej opcji. - Wiadomo, tylko wylecz te kontuzje co mówiłeś, bo gówno bez ciebie wygramy. W zasadzie nie wiedział, że kostka i kolano przestały mnie już boleć. Myślałem, że po kilku wizytach na basenie zniknie też ucisk z pleców, ale nie znikł. Początkiem lipca postanowiłem więc udać się do lekarza. Ten powiedział, że może mi przepisać jakieś maści, co też zrobił, ale dla pewności pstryknie mi fotkę rentgenem i przeanalizuje ją w spokoju. Powiedziałem, że ok i umówiliśmy się na następną wizytę za kilka dni. Wróciłem do mieszkania i używałem wakacji. Chodziłem poćwiczyć na boisko, a wieczorami grywałem z bratem na komputerze. Tata miał we Wrocławiu lepszą pracę, więc też i pieniędzy było więcej. Mama mogła przestać pracować i zająć się domem, dzięki czemu zawsze było u nas czysto i schludnie. Dziwne, ale nie miałem wtedy najlepszych kontaktów z rodzicami. Czym było to spowodowane? Nie wiem. Wiem tylko, że prawie nie rozmawialiśmy, a jeśli już, to kłóciliśmy się. Najczęściej o jakieś mało znaczące rzeczy. Zwierzyłem się z tego na faceboku mojej koleżance, poznanej przez Internet. Bo widzicie, pomimo że miałem super drużynę, a w klasie też swoją "grupę", nie miałem prawdziwych przyjaciół. To zawsze był mój problem, że pomimo posiadania wielu znajomych, nie miałem nikogo do rozmowy. Aż w końcu poznałem kogoś takiego, a przynajmniej taką się zdawała. Nazywała się Weronika. Pisaliśmy niemal codziennie i naprawdę ją lubiłem. Była miła i wyrozumiała, więc znalazłem u niej zrozumienie. Niestety nie mieszkała we Wrocławiu, więc kontakt był jedynie facebookowy, ale w zasadzie wystarczał. Internetowe znajomości powinny chyba pozostawać internetowymi znajomościami. Na umówiony dzień udałem się do lekarza. Siedział już w gabinecie, a kiedy wszedłem wstał i wskazał mi krzesło. Zaczął się od zwykłej paplaniny, której nie warto wspominać. W końcu lekarz wstał i powiesił zdjęcie z rentgena na jednej z tych lamp, cholera wie, jak się one nazywają. Wskazał na nie i powiedział: - Niestety nie mam dobrych wieści, panie Świgły. Nie za bardzo wiem jak to ująć, żeby nie być nietaktownym, więc proszę mi powiedzieć, czy mogę mówić wprost? Miną miał wtedy jakby miał się za chwilę rozpłakać. Wtedy nie wiedziałem czemu: mój kręgosłup był trochę krzywy, to fakt, ale nie aż tak. Przestraszyłem się, ale powiedziałem, przełykając ślinę,: - Niech pan wali prosto z mostu. Lekarz spojrzał na mnie i wypalił: - Widzi pan ten cień? To rak na nerkach. Dał już przerzuty na wątrobę i płuca. Przykro mi. Jeśli wcześniej miałem na twarzy uśmiech, to teraz nie było niej nic. Pustka. W ogóle nie dotarło do mnie to, co powiedział doktor. Że niby co? - Co? - Przykro mi. Poczułem, że się duszę. Wstałem i błędnym wzrokiem rozejrzałem się za powietrzem. Było tam okno, ale nie podszedłem do niego. Stałem tylko rozglądając się, aż wreszcie powiedziałem: - Boże... Lekarze chyba nie lubią przekazywać takich wieści pacjentom, bo ten wyglądał jakby zaraz miał zemdleć. Ale jak to, myślałem. Ja i rak? Przecież mam 19 lat, to niemożliwe. Nie ja, błagam. Nie chcę... Milczeliśmy obaj. Znowu usiadłem i na chwilę ukryłem twarz w dłoniach. - Chemia? - zapytałem. - Przykro mi, ale już jest za późno. Nic już się nie da poradzić. Gdybyśmy odkryli go wcześniej... - Tak, gdybyście odkryli go wcześniej! Ale młodych się nie bada na raka! – krzyknąłem, ledwo powstrzymując się od przeklinania. Lekarz spuścił tylko głowę. Gdy lekko się już uspokoiłem, zapytałem: - Więc ten ucisk... to wina raka? Pokiwał głową. Znów milczenie. Czas było zadać to pytanie. Nie chciałem tego. Mimo to musiałem. - Ile mi zostało? Lekarz patrzył na mnie smutnymi oczami i odpowiedział nerwowo rwąc słowa: - Ciężko pow-powiedzieć... trzeba dokładnych danych... - Doktorze, ile? Spuścił głowę i odrzekł: - Najwyżej dwa miesiące. Przykro mi. Pobiorę ci krew i wyślę do badań, wtedy będziemy wiedzieć więcej... Cisza. - Czy ból wzrośnie? Pokiwał głową. Boże, jak bardzo go nienawidziłem. Za to co powiedział. Czy lepiej było nie wiedzieć? Może i lepiej. Jaki ten świat dziwny. Mimo tak łamiącej informacji nie uroniłem ani jednej łzy. Pewnie byłem zbyt otępiały, aby dopuścić do siebie tę myśl. Nie wiem, jednak czy to w ogóle ważne? Nie pamiętam co działo się do momentu, kiedy siedziałem na przystanku autobusowym, czekając na dojazd do domu. Wyciągnąłem wtedy telefon i przeglądnąłem kontakty. Byli tam. Wszyscy znajomi, cala drużyna, rodzina. Do kogo wówczas zadzwoniłem? Do nikogo. Nie powiedziałem nikomu. Do domu wróciłem akurat kiedy mama gdzieś wychodziła. Rzuciła do mnie tylko „będę wieczorem” i wyszła zostawiając mnie samego. Tata miał wówczas drugą zmianę, a brat siedział w kinie, więc dom był pusty. Stałem w przedsionku chwilę, po czym osunąłem się na ziemię i oparty o drzwi rozpłakałem się. Gorące i słone łzy leciały mi po policzkach. To było straszne, ale musicie mnie zrozumieć - nie wiedziałem co dalej. Przychodzi taki moment w życiu, ten pierwszy raz, kiedy po prostu wszystko zawodzi i nie wiesz, co robić dalej. To wszystko? To się ma tak skończyć? Tak po prostu? To tyle warte jest moje życie? Mam przecież tyle do zrobienie, tyle do zobaczenia... Nigdy nie miałem dziewczyny. Nigdy nie skoczyłem ze spadochronem, nie jeździłem autem. Chciałem zobaczyć mecz NBA. Chciałem... tak wiele rzeczy chciałem i to wszystko ma tak po prostu zniknąć? Wszystkie marzenia? Dlatego że... że co? Że umierasz. Nie pamiętam jak długo tam siedziałem. Pamiętam tylko, że doczołgałem się do łóżka i zasnąłem. Następny tydzień spędziłem prawie nie wychodząc z pokoju. Prawie się nie odzywałem, a kiedy był obiad (kolacje i śniadania robiliśmy sobie sami), jadłem go w ciszy i ponurych myślach. Cały czas zastanawiałem się, czy to będzie boleć (a doktor mówił, że ból wzrośnie, ale co to w ogóle znaczy?). Zostało mi już tylko kilka tygodni. W mojej głowie zaczęła formować się myśl, że warto by coś zrobić, zacząć spełniać marzenia póki jeszcze mam czas. Ta myśl była niemalże natychmiast zastąpiona myślą, że w takim krótkim

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Nie płacz, kiedy odjadę — czytnik · opowiadania