Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 13 min czytania

Nie są tym, na co wyglądają

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Jak każdego dnia szeryf miasteczka Lousiville - Joe Parkhill, wspólnie ze swoim kolegą - Ernestem Garcia, w oczekiwaniu na godzinę dziewiętnastą popijał gorącą kawę. Joe spojrzał na zegar wiszący na ścianie nad stojakiem ze strzelbami. Długie, czarne wskazówki na białym tle wskazywały godzinę osiemnastą czterdzieści dwa.

"Jeszcze tylko kilka minut i wracam do ukochanej Dorothy. Na pewno czeka z przepysznym pieczonym kurczakiem i szarlotką na deser." - pomyślał Parkhill. Ernest wsadził do ust całego donata, próbował dopić kawę. Młody okularnik wyglądał komicznie próbując pożreć na raz tak dużego pączka, usta miał wypchane po same brzegi. - Gdzie się tak spieszysz młody? - zapytał, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. Chłopak przełknął z trudnością jedzenie, uśmiechnął się serdecznie i odpowiedział: - Wie pan, panie Parkhill, wolę zjeść ile zdołam przed powrotem do domu. - Nie masz co jeść, chłopcze? - Moja narzeczona fatalnie gotuje... - oznajmił zawiedzionym głosem Ernest. Joe roześmiał się głośno. To musiał być dziwny widok - starszy, siwy i wąsaty mężczyzna, który dla mieszkańców miasteczka zawsze był bardzo chłodny - płaczący ze śmiechu. - Jedz młody, jedz. Jeśli chcesz to odstąpię ci swojego. Joe wiedział, że w domu czeka na niego pyszna kolacja. Dorothy miała wiele wad, ale gotowała wyśmienicie. - Jeśli nie jest pan głodny, panie Parkhill... to chętnie go zjem. Oczy chłopca powiększyły się. Właściwie to przez okulary wydawały się ogromne. Na jego twarzy widać było ekscytację. Joe nigdy by nie pomyślał, że donat może komuś sprawić tyle przyjemności; zamknął pudełeczko z pączkiem i rzucił na biurko chłopaka. - Smacznego, synu. - powiedział, uśmiechając się. - Dziękuję panie Parkhill - odpowiedział radośnie, otworzył pudełko i zabrał się za jedzenie. Dźwięk dzwoniącego telefonu wystraszył obu mężczyzn. Byli tak zajęci, że zapomnieli o pracy. Joe doskonale wiedział co to oznacza. "Boże, tylko nie to." - pomyślał. Za kilka minut miał być w domu u boku ukochanej żony. Telefon to w najlepszym wypadku kilka godzin dodatkowej roboty papierkowej. "Może wcale nie odebrać?" - rozważał w głowie. Po trzecim sygnale złapał za słuchawkę, przystawił do ucha i krzyknął ostro: - Halo?! To był jego obowiązek. Tak jak piekarz piecze chleb, strażak gasi pożary, a on - szeryf spokojnego miasteczka - odbiera cholerne telefony, które w większości przypadków dotyczyły błahostek. Nikt się nie odzywał. - Halo?! W słuchawce usłyszał płacz kobiety. - Błagam! Pomóżcie mi! Mój mąż! On... On chce mnie zabić! Ma siekierę! - wykrzykiwała przerażona. - Proszę się uspokoić i powiedzieć gdzie pani jest - oznajmił spokojnie Joe. W rzeczywistości był jednak okropnie zły. Sam nie wiedział dlaczego. "Czyżbym myślał o tym przeklętym kurczaku?" - przyszło mu do głowy. "Na Boga, tam ktoś próbuje zarznąć kobietę siekierą, a ty wkurzasz się, że zjesz odgrzewanego kurczaka!". - Nazywam się Wilma Fox, jestem na farmie w Springhurst, pierwsza posiadłość przy drodze. - Niech pani postara się zachować spokój i ukryje się gdzieś, już do pani jedziemy - Joe rzucił słuchawkę, spojrzał na młodego Ernesta i powiedział podniecony: - Farma Foxów w Springhurst. Ernest doskonale znał to spojrzenie; mówiło: "Młody, biegnij zapalić forda, ja wezmę strzelbę i ruszamy". Chłopak o nic nie pytał. Ruszył biegiem po kluczyki do Forda Falcona. Joe zerwał się ze swojego drewnianego, zabytkowego fotela i skierował się do stojaka na broń. Zabrał strzelbę i rzucił okiem na zegarek - była dziewiętnasta osiem. - Cholerny kurczak - mruknął pod nosem, zdejmując kapelusz szeryfa z wieszaka przy wyjściu. Ernest czekał już w samochodzie z rękami mocno zaciśniętymi na kierownicy. Jego twarz była cała czerwona, obficie spływał po niej pot. Szeryf Parkhill złapał za klamkę i po chwili siedział już w środku ogromnego Forda. Garcia wrzucił wsteczny i ruszył błyskawicznie. Joe zastanawiało czy tak zdenerwowany chłopak powinien prowadzić, ale teraz nie było już odwrotu ani czasu na zamianę miejsc. Cofając z parkingu przed siedzibą szeryfa, Joe przypatrywał się ogromnemu czerwonemu billboardowi Coca-Coli. Kolor przypomniał mu o sygnale policyjnym. Po chwili byli już na drodze. - Gazu Garcia! Ernest nie odpowiedział. Na jego twarzy pojawił się dziwny grymas - chłopak zmrużył oczy i przygryzł mocno wargi. Wcisnął gaz do dechy i jak zahipnotyzowany patrzył wyłącznie na drogę. Zapadło milczenie. Joe czuł, że jego służbowa koszula przykleja się do pleców, a one do skórzanego siedzenia Forda. Wyciągnął chusteczkę i otarł czoło z potu. W tym roku sierpień był upalny. - Jakiś facet poważnie wkurzył się na żonę, groził jej siekierą... Chłopak popatrzył przez chwilę na Joe po czym wrócił do wpatrywania się na drogę. Był przerażony. To była dopiero jego druga akcja. Pędzili drogą sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę mijając inne samochody. Wieczorem ruch w miasteczku był niewielki więc po kilku minutach znaleźli się na szutrowej drodze prowadzącej na farmę państwa Fox. W oddali ogrodzone drewnianym płotkiem pastwiska na których wypasały się krowy; dalej czerwono-biała stodoła, kilka innych budynków i dom. W oczy najbardziej rzucała się sama stodoła; wyglądała na świeżo odmalowaną, a spod dachu zwisały pourywane rynny. Widok tej posiadłości otoczonej zielonymi łąkami na tle zachodzącego słońca zapierał dech w piersi. Mijali zagrody z krowami. Joe wydawało się, że wyglądają dziwnie sztucznie i w jakimś stopniu strasznie. Krowy przeżuwały trawę jak zaprogramowane roboty; wszystkie stały zwrócone dokładnie w stronę radiowozu i śledziły jego ruch. Joe przełknął ślinę i powiedział cicho: - To tutaj synu, stój. Ernest zatrzymał się na drodze nieopodal domu. Zajechanie pod samą posiadłość było zbyt niebezpieczne, facet mógł mieć przecież broń. Mężczyźni wymienili się spojrzeniami i wysiedli. Szeryf rzucił strzelbę chłopakowi, a sam sięgnął do kabury po swój rewolwer Smith & Wesson 629DX; odpiął kciukiem guzik zabezpieczający broń przed wypadnięciem i powoli ją wyciągnął. Garcia przeładował strzelbę. Wieczór był wyjątkowo cichy. Z daleka od miejskich hałasów, tutaj słychać było jedynie świerszcze i dzwonki na szyjach krów. Joe i Garcia ruszyli w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Nie są tym, na co wyglądają — czytnik · opowiadania