Fantastyka · 13 min czytania
Nie to miejsce, nie ten czas
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ile jeszcze pięter? Zaraz wypluję płuca - pomyślał wbiegając na kolejne półpiętro. Musiałem wybrać taki wysoki budynek?? Zresztą... czy to ważne?? Co ja zrobię, jak już wbiegnę na dach, co?? Skrzydeł dostanę? Jednak wbiegał dalej - w sumie nie miał innego wyjścia. A właściwie, to dlaczego mnie gonią? Parę razy pośredniczyłem w sprzedaży paru działek trawy, nagrywałem płyty z pirackim softem... Ale zaraz taka obława?? Przecież goni za mną połowa cholernej, nowojorskiej policji!! Gdy już dostał się na dach, zaczęły się poważne problemy - płaski teren wielkości boiska do piłki nożnej - parę nadbudówek, ale i tak nie było się gdzie schować - znaleźli by go w ciągu paru minut... Jedyne co pozostawało.... Rozejrzał się po okolicznych budynkach - ten po lewej stronie był całkiem blisko, dach miał trochę niżej niż ten na którym stał. To chyba było możliwe. Wziął długi rozpęd Skoczył. Za sobą słyszał jak goniący go policjanci wybiegają na dach. Już na początku zauważył, że przeliczył się z możliwościami...
Zerwał się gwałtownie do pozycji siedzącej. Był cały oblany potem. Ale.... na szczęście to był tylko sen, koszmar. Śniło mu się, że spadał. Z wysoka, z bardzo wysoka. Po promieniach słońca wpadających przez okno poznał, że jest już koło południa. Spał długo, ale po wczorajszej wizycie w knajpie nie było to dziwne. Długo nie cieszył się odkryciem, że to co było przed chwilą, to tylko koszmar - jego uwagę przykuły głosy dobiegające spod budynku. - Avatar?? - słyszał głos swego gospodarza - tam, na samej górze. Wyjrzał ostrożnie przez okno i zobaczył straż miejską. - Kurwa, już wiedzą o moich interesach z przemytnikami... - zaklął cicho pod nosem, jednocześnie zakładając szybko na siebie spodnie i kaftan. Na miecz i buty nie starczyło już czasu.... Jedyną drogą ucieczki był dach - szybko wdrapał się po oknie i już był na górze. Dało mu to trochę przewagi nad strażnikami. Ale parę chwil później oni też byli na dachu. Na szczęście to była straż miejska - nie mieli ze sobą kusz, tylko miecze. Nie musiał bać się, że w każdej chwili poczuje bełt w swoim ciele. Mógł uciekać. Dachy kolejnych budynków były ze sobą połączone, tak iż czasami tylko musiał trochę się wspiąć lub zeskoczyć.
Uratowały go prawa fizyki. W końcu ciało w rzucie ukośnym ma też prędkość poziomą. Kilka pięter poniżej linii dachu sąsiedniego budynku doleciał wreszcie do ściany. Władował się na nią akurat w miejscu, w którym wystawał kawał metalowej rury, pozostałość po dawno zdemontowanej instalacji przeciwpożarowej. Przez chwilę myślał, że stawy mu puszczą i spadnie dalej, już beż rąk... Ale stawy wytrzymały. Powisiał trochę uchwycony rury, aż minął pierwszy szok. Gdy już był zdolny myśleć, rozbujał się i wskoczył, wybijając przy tym szybę, do najbliższego mieszkania. Rozejrzał się po zdziwionych twarzach domowników i bez słowa wybiegł na korytarz. Nie miał najmniejszej ochoty wbiegać znowu na dach, o nie. Tym razem skierował się na dół.
Budynki po paru minutach biegu się skończyły. Dobiegł do placu targowego. Był wtorek - dzień targowy. Na dole kłębiła się mieszanina ludzi - oglądających, sprzedających, kupujących. Gwar i tłok. To mu odpowiadało. Zeskoczył na dach najbliższego straganu, a z niego sturlał się na ziemię. Wpadł w sam środek tłumu. Ale to nikogo nie zdziwiło - co róż zdarzają się mężczyźni uciekający przez okno od kochanek, gdy niespodziewanie zjawia się mąż. Albo nieuczciwi wspólnicy zwiewający przed oszukanymi. To norma i nikogo już nie dziwi. Szybko zaczął się oglądać za jakimś schronieniem. To było najlepsze wyjście - zaszyć się gdzieś na targowisku i poczekać aż straż da sobie spokój. Znalazł to czego szukał - stragan, na którym było mnóstwo beczek z kiszonymi ogórkami, kapustą i innymi tego typu artykułami. Zajrzał do paru beczek, udając, że ogłada towar, aż znalazł taką, która była już prawie pusta. Gdy sprzedawca odwrócił się do klienta, władował się do niej. Kapusta chyba nie była pierwszej świeżości, bo śmierdziała niesamowicie. Cóż - przez parę dni nie będzie się mógł pokazać na salonach.... Ale to lepsze, niż gnić w więzieniu.
Niestety dziś nie miał zbyt wiele szczęścia (choć właściwie... to, że jeszcze żył po tym skoku chyba wyczerpywało jego zapas szczęścia na całe tygodnie). Gdy tylko wybiegł przed budynek ktoś złapał go i wykręcając ręce przyparł do ściany. - Ten skok to było coś niezłego - powiedział policjant który go złapał - ale nie tak łatwo nam uciec. Wyglądało na to, że to już koniec ucieczki. No chyba, że... Gdy przechodzili obok pojemnika na śmieci Nick wyrwał ręce z uścisku. Pamiętał jak kumpel uczył go, żeby zawsze wyrywać ręce w kierunku kciuków - tam chwyt jest najsłabszy. I faktycznie - nie miał zbyt wielkich problemów. Od razu też przewrócił pod nogi policjantowi śmietnik, tak, że ten, próbując biec, przewrócił się o niego. Wyjście z budynku znajdowało się w małej alejce, która otwierała się na ulicę. W tym kierunku pobiegł. Gdy wybiegł z alejki prawie władował się na stojący tam wóz policyjny... Szybki skręt w lewo i już uciekał po chodniku. Zaskoczenie dało mu trochę przewagi, do tego policjanci nie strzelali na chodniku, po którym chodzili ludzie. Ale i tak nie miał szans uciekając na piechotę... Zepchnął z roweru przejeżdżającego obok nastolatka, wyrwał mu pojazd i sam wsiadł na niego. Uciekanie na rowerze szeroką także ulicą nie miało sensu - radiowozem dorwali by go w ciągu paru chwil. Skręcił więc w jedną z wąskich alejek między domami, jakich mnóstwo jest na Queens’ie.
Po jakiejś godzinie, gdy stwierdził, że na pewno już go tu nie szukają, wyszedł z beczki. Nie cackał się z tym, by nie zobaczył go właściciel straganu - teraz było już wszystko jedno. Odprowadzany wyzwiskami tamtego odszedł. Wokół niego było cały czas co najmniej pół metra wolnego placu mimo wciąż panującego ścisku... No cóż, śmierdział kapustą tak, że mógłby doprowadzić do zwiędnięcia plantację tulipanów... Idąc zastanawiał się nad swoją sytuacją - w tak małym mieście nie można ukrywać się w nieskończoność - musiał się stąd wydostać. Tylko nie przez główną bramę, bo od razu zostanie złapany. Niby nie było innej drogi. Niby.... Ponieważ prowadził interesy z przemytnikami, wiedział, że istnieje lina rozpięta od muru obronnego do budynku po drugiej stronie fosy. Wiedział od nich też, gdzie dokładnie się znajduje owa lina. Gdy dotarł…