Fantastyka · 11 min czytania
Nie uciekniesz
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jestem w tunelu. Bardzo wysokim, lecz wąskim, niczym jakaś ogromna szczelina. Nieregularna powierzchnia ścian świadczy o tym, że jest on wytworem przyrody, a nie rąk ludzkich. Jest tu dość jasno, jednak nie widzę skąd płynie światło. Wydaje się, jakby to wnętrze skał było jego źródłem, choć rozsądek podpowiada, że to niemożliwe. Ruszam tunelem przed siebie. Nie wiedząc z której strony przybyłem, nie orientuję się czy idę na przód, czy może się cofam. Szukam drogi wyjścia. Powoli, spokojnie i bez niepotrzebnych nerwów. Staram się zachować rozsadek. Próbuję przypomnieć sobie w jaki sposób się tutaj znalazłem, ale mam w głowie kompletną pustkę. Powtarzam w duchu, że to wszystko można jakoś racjonalnie wytłumaczyć. Może któryś z kumpli zrobił mi dowcip, choć w tej chwili nie potrafię przypomnieć sobie żadnego z nich. Dochodzę do wniosku, że to musi być efekt jakiegoś narkotyku. Ta myśl uspakaja mnie, gdyż doskonale wiem, że każdy stan odurzenia prędzej czy później mija. Spokojnie postanawiam iść dalej w wybranym kierunku. Z czasem spokój mnie opuszcza. Zastanawiam się czy wybrałem odpowiedni kierunek. Zaczynam iść coraz szybciej, po chwili biegnę. Na domiar złego mam wrażenie, że tunel staje się coraz węższy. Ściany zbliżają się do siebie, raz po raz uderzam ramionami o wystające fragmenty skały. Nie jestem w stanie określić ile to już trwa, może minuty, a może kilka godzin. Najdziwniejsze jest to, że nie czuję zmęczenia, a nawet nie mam zadyszki. Nie jestem w stanie również określić, czy w ogóle oddycham. Zwalam to na karb działania narkotyków, niemal zmuszając się do uwierzenia w tą coraz mniej racjonalną wersję. Nagle słyszę śmiech, głośny, tubalny. Nie przerywam biegu. Rozglądam się, próbując znaleźć źródło owego dźwięku, jednak niczego takiego nie znajduję. Śmiech powtarza się, jest jakby głośniejszy, wyraźniejszy. Zauważam, że nie dobiega on do moich uszu. Ten dźwięk płynie jakby prosto do środka mojej głowy. Czuję mdłości i wir pod czaszką. Zatrzymuję się i potrząsam głową mając nadzieję, ze ten prosty ruch uwolni mnie od nieprzyjemnego uczucia. Nie pomaga. Nadal słyszę śmiech i tym razem na pewno jest głośniejszy. Znów zaczynam biec. Śmiech nie przestaje mi towarzyszyć. Powoli zaczynam wychwytywać z niego jakieś znane mi dźwięki. Najpierw tylko pojedyncze sylaby, lecz po chwili słyszę całe słowa układające się w zdanie: „Nie uciekniesz od tego!” Zatrzymuję się. Rozglądam wokół krzycząc: - Kim jesteś, czego chcesz. Moje słowa nikną gdzieś w szczelinach tunelu, nawet nie słyszę echa. Ogarnia mnie panika. Nie wiem co robić. Zaczynam kręcić się w koło, co powoduje jeszcze większe zawroty głowy. Upadam na twarde skaliste podłoże. Zauważam, że w tym miejscu tunel jest nieco szerszy, a może tylko mi się wydawało, że wcześniej był taki wąski. Na ścianie po mojej lewej stronie pojawia się ciemny prostokąt, przypominający kinowy ekran. Po chwili rzeczywiście wyświetla się na nim jakiś film. Wstaję, by móc dokładniej się mu przyjrzeć. Scena wyświetlona na ekranie wydaje mi się znajoma, jednak nie potrafię przypomnieć sobie, czy wcześniej gdzieś ją widziałem. Jakiś starszy mężczyzna leży na łóżku szpitalnym. Dziesiątki rurek i przewodów łączą jego schorowane ciało z nowoczesną aparaturą. Jest sam, zrozpaczony, przestraszony. Nieszczęśliwy. Umiera. Dociera do mnie, że ten mężczyzna to ja w chwili mojej śmierci. Wpadam w jeszcze większą panikę. Zastanawiam się co ma na celu ta prezentacja. Czy to rzeczywiście się wydarzyło? Czy ja umarłem? „Tego chciałeś?” słyszę znów głos, tym razem bardzo wyraźnie „Tak chciałeś skończyć życie, sam, niespełniony, z setką niezrealizowanych planów i marzeń?” Rozglądam się po grocie, kolejny raz szukając jakiś głośników, z których mógłby dochodzić głos, choć sam nie wierzę, że je znajdę. Dociera do mnie, że racjonalne wyjaśnienie tej sytuacji może okazać się niemożliwe. Zastanawiam się nad usłyszanym zdaniem, nie mając pojęcia kto je wypowiada. Więc nie żyję? W takim razie gdzie jestem? Co ja tutaj robię? No i po co te wszystkie pytania? „Jesteśmy tu, aby ocenić Twoje życie. Wspólnie, ty i ja!” słyszę w odpowiedzi. - Jak to ocenić? – odpowiadam już na głos - Nie ma czego oceniać. Urodziłem się i zmarłem, jak się domyślam. Nic szczególnego. Nikomu za bardzo nie zaszkodziłem, nie zabiłem nikogo. Żyłem dobrze, można powiedzieć: jak Bóg przykazał. – pozwalam sobie na żart, domyślając się z kim mam do czynienia. „A co zrobiłeś dobrego?” - No cóż – zamyślam się – Ożeniłem się, urodziła mi się córka. Starałem się ją dobrze wychować. Żyłem uczciwie. „Żonę źle traktowałeś, zmarła wiele lat za wcześnie z Twojego powodu. Z córką pokłóciłeś się kilkanaście lat przed własną śmiercią. Nawet nie wiesz, że nazwała swojego jedynego syna Twoim imieniem. Tęskniła za Tobą i kochała Cię, ale byłeś zbyt dumny żeby się z nią pogodzić.” Jakby na potwierdzenie tych słów na ścianie pojawiła się scenka z mojej kłótni z córką. Dwudziestolatka próbuje mi coś wytłumaczyć, ale ja nie mam zamiaru jej słuchać. Obrażam ją nie przebierając w słowach. Ona odwraca się na pięcie i wybiega z domu. Moja żona wybucha płaczem. Przypominam sobie, że właśnie po tej kłótni stan zdrowia kobiety pogorszył się gwałtownie, choć tą myśl przez lata wyrzucałem ze swojej świadomości. Nie chciałem się czuć winny jej śmierci, ale teraz tą winę czuję stokroć mocniej niż…