Romans · 1 godz. 17 min czytania
Nie ujarzmisz przeznaczenia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Pogrążam się w zamyśleniu, patrząc na dzikość przyrody. Znów słońce tonie w milczeniu, plaża ginie w falach wody.
Schowałem się tu ponownie, bo rzeczywistość wciąż boli. Minęły już trzy tygodnie, a rana słabo się goi.
Kiedyś szalałem z radości - dzisiaj nie jest mi wesoło. Zakończyłem znajomości i czuję pustkę wokoło.
Tak nagle wszystko się zmienia: los przynosi złe nowiny, pryskają wielkie marzenia. Cierpię z powodu dziewczyny.
Poznaliśmy się w wakacje, na prywatce w Kołobrzegu. Miała w sobie urok, grację jak modelka na wybiegu.
Włosy czarne, buzia śniada upiększona makijażem. Spontaniczna, roześmiana, z odsłoniętym tatuażem.
Była moim ideałem, ucieczką od codzienności. Wtedy jak najszybciej chciałem zostać z nią na osobności.
Gdy przez chwilę była sama, przysiadłem się do stolika i otworzyłem szampana ze słowem: „Tomek”. „Monika”.
Potoczyła się rozmowa o własnym życiu i planach. Zaszumiała trochę głowa, zawrzało w moich organach.
Czułem również, że i ona, robiąc do mnie słodkie oczy, jest już dobrze napalona, chętna smakować rozkoszy.
Podczas tańca się wydało do czego zmysły dążyły. Gdy poznawałem jej ciało, usta mocno się złączyły.
Tylko kwadrans tańczyliśmy. Wiedząc, co się zaraz zdarzy, szybko z imprezy wyszliśmy, podążając w stronę plaży.
Morze, przy księżyca blasku, patrzyło ze skrępowaniem na dwa nagie ciała w piasku zajęte baraszkowaniem.
Całowałem bez wytchnienia, pieściłem jej pierś ustami, aż szalejąc z podniecenia osaczyła mnie nogami.
Wbiła się jak tygrysica, chcąc mocniej poczuć przyjemność w newralgicznych okolicach kształtujących jej odmienność.
Wszystkie chwile nieuchronnie do celu nas przybliżały, a krople potu swobodnie w ciemne zakątki wpływały.
Opadła w moje ramiona, osiągając odprężenie. Była bardzo rozpalona, łapała spokojne tchnienie.
Gdy wróciliśmy o świcie na kończącą się zabawę, czułem, że zmieniam swe życie, zaczynam poważną sprawę.
Wzięła swoją torebkę i pożegnaliśmy znajomych. Doszliśmy do jej domu drzwi w uczuciach wciąż rozpalonych.
Podziękowała mi za noc, którą zachowa w pamięci. Złączyła nas miłości moc - długo staliśmy objęci.
Każde kolejne, wspólne dni przy letnio-jesiennym słońcu sielankowo mijały mi tak, jak w miodowym miesiącu:
spacery, wyjścia do kina. Pół roku znajomość trwała. Nocnych igraszek i wina najbardziej potrzebowała.
Rozpoczęła w październiku studia, ja pracę dostałem. Byłem w jej akademiku, gdy tylko wolne dni miałem.
Jesienna słota i zima nie oziębiły miłości, bo żyliśmy jak rodzina: w szczęściu, zdrowiu i szczerości.
Upłynął grudzień, stycznia część. Myślałem o zaręczynach. Kumpel nagle ogłosił wieść o lutowych zaślubinach.
Zostaliśmy zaproszeni szesnastego na wesele. Nie sądziłem, że się zmieni w moim życiu aż tak wiele.
Przyszła sesja, egzaminy - ciągle uczyć się musiała. Była ze mną trzy godziny - tylko tyle czasu miała.
Gdy wszystko już zaliczyła szczęśliwie, lecz z wielkim trudem, poważnie się przeziębiła na tydzień przed Pawła ślubem.
Do Szczecina wydzwaniałem, by dowiedzieć się o zdrowie. Trochę siebie obwiniałem, że znalazła się w chorobie.
W Walentynki się zwolniłem godzinę wcześniej z roboty. Do Moniki wyruszyłem - chciałem zostać do soboty.
Nie wyszła mi niespodzianka i zakończyła się płaczem. Napotkana koleżanka rzekła, że jestem rogaczem.
Uschły kwiaty w mojej dłoni, gdy wszedłem do jej pokoju. Na łóżku leżeli oni ... - przytuleni i w nastroju... .
Studzę wspomnienia gorące, patrząc na morze z tarasu. Dziwne. Gdy zachodzi słońce, nie czuć płynącego czasu.
Światło latarni, w swej mocy, rwie czarną przestrzeń nade mną. Każda godzina tej nocy staje się rzeczą przyjemną.
Dodaje sił otoczenie do walki z przeciwnościami. Smutki idą w zapomnienie na dzień przed urodzinami.
Nie chcę nikogo już sądzić, lecz tylko swój los odwrócić. Z dobrej drogi łatwiej zbłądzić, niż potem na nią powrócić.
Zbyt mocno zdradę odczułem, bo byłem w niej zakochany. Długo bez celu się snułem, jednak czas na jakieś zmiany.
Trzeba lepszy plan sporządzić, poznać innych ludzi twarze, powtórnie życie urządzić, bym miał to,o czym wciąż marzę.
Wierzę, że ktoś ból ukoi, że gdzieś jest to zapisane. Miłość wreszcie uspokoi moje serce skołatane.
Mam nauczkę, gdyż musiałem wysoką cenę zapłacić za to, że czujność schowałem - nie powinienem jej tracić.
W zamglonej teraźniejszości powoli wracam do domu. Mam powody do radości - nie powiem o nich nikomu.
Wiatr i deszczowa pogoda zmywa dawnej historii ślad. Wyraźna to losu zgoda, by innej ofiarować kwiat.
Trzeba wiedzieć, jak się chce żyć. Trzeba wierzyć, że się spełni i w miłości otchłań skoczyć, stając się szczęśliwym w pełni.
Zdobyć uczucie prawdziwe - zrobię to za drugim razem. Wszystko jeszcze jest możliwe, byle pójść za drogowskazem.
Życie nadaje kierunek i stwarza okoliczności. To jest szansa na ratunek, rozpoczęcie znajomości.
Pierwsze słoneczne promyki rozświetliły już mieszkanie. Włączyłem trochę muzyki, zrobiłem sobie śniadanie.
Po porannej toalecie zasiadam teraz w fotelu i czytam wieści w gazecie - znów sztorm szaleje na Helu.
Pospiesznie przewracam strony do miejsca, gdzie rady dają. Jestem z nich zadowolony, bo często mi pomagają:
„Nie oglądaj się za siebie, gdy cię życie pcha do przodu. Kto naprawdę lubi ciebie, będzie z tobą mimo chłodu.
Nie patrz w tył, by znaleźć wsparcie, bo możesz stracić własny styl. Lepiej sam się broń uparcie, gubiąc litość na kilka chwil.
Nie ujawniaj też wszystkiego i plany trzymaj w sekrecie, a nie spotka cię nic złego - pierwszy znajdziesz się na mecie.
Kiepski humor wrzuć do kosza. Bądź szczęśliwy nawet gdyby nie było w portfelu grosza - oto horoskop dla Ryby”.
Telefon przerwał czytanie - dzwoni Paweł z życzeniami. Czeka na nasze spotkanie w knajpce „Pod albatrosami”.
Jestem mu winien rozmowę, gdyż na weselu było tak: on ze szczęścia tracił głowę, mnie (przez Monikę) trafiał szlag.
Zostawiam w domu myśli złe i uciekam od przeszłości. Wesoło przeżyć dzień ten chcę w niewymuszonej radości.
Schodzę więc do piwnic miasta, by odnaleźć odprężenie. Choć bez szampana i ciasta urodzinki jak marzenie.
Wśród promili odpływamy w rozluźnionej atmosferze. Jeszcze piwa zamawiamy, również pizzy dwa talerze.
Bez skrępowań trwa rozmowa. Streszczam fakty minionych dni. Nie bacząc na moje słowa współbiesiadnik tak mówi mi:
„Podam ci mój przyjacielu przepis na miłość kobiety. Skorzystało z niego wielu, widząc same w nim zalety.
Część 22 / 6
Wygrzej się na słońcu trochę, użyj hantle zapomniane, byś wyglądał na twardziochę. Legną ci pod nogi łanie.
Musisz kupić nowe ciuchy, ale tylko coś modnego. Żadne dresy, wycieruchy, bo zgubiły niejednego.
Z adidasów też zrezygnuj - załóż eleganckie buty. Niech się błyszczą – tego pilnuj, by żaden nie był zepsuty.
Na sam koniec najważniejsze - rześki zapach nie zwietrzały. Zobaczysz, że najładniejsze będą z tobą rozmawiały.
Musisz dialog kontrolować, być wesołym, lecz z umiarem, temperament przyhamować i nie być dla niej ciężarem.
Przedstaw jej swoją karierę i co pragniesz w życiu robić. W ten sposób, w cztery niedziele cenny okaz możesz zdobyć”.
Dobrze mieć takie oparcie bliskiej osoby w potrzebie. Dopinguje już na starcie i trudniej mi zwątpić w siebie.
On poznał meandry życia - do Itaki swej dopłynął. Ja szukam od dna odbicia, bym w samotności nie zginął.
Szkoda tylko, że jego los przewiduje wyjazd z kraju. Zamilknie zatem ważny głos w moim dążeniu do raju.
Krótka wiadomość tekstowa w komórkowym telefonie i rozmowa zakończona - musi zaraz być przy żonie.
Rozstajemy się na dworze - każdy w swoją stronę idzie. Ja kieruję się nad morze, by ujrzeć własne odbicie.
Nie pamiętam jak wyglądam, gdy uśmiech gości na twarzy. Z ciekawością więc spoglądam na siebie, stojąc na plaży.
Woda pod nogi się wdziera. Moją obecność ukrywa, bo ślady z piasku zabiera - świadectwo istnienia zmywa.
Krążące mewy nade mną współtowarzyszą mi jak cień. Spacer jest rzeczą przyjemną, zwłaszcza w taki sobotni dzień.
Z zazdrością patrzę na pary - są spełnieniem ludzkich marzeń. Nie stracili swojej wiary w korzystne następstwa zdarzeń.
Przytuleni i szczęśliwi wędrują najczęściej sami. Niektórzy, bardziej wrażliwi, są tu z dziećmi albo z psami.
Czuję, jak wiatr mocniej wieje - chłodny strumień owiewa kark. Skręcam w zaciszną aleję, przechodzę przez nadmorski park.
Idę do miasta z powrotem, zanim siedemnasta minie. Mojej decyzji powodem jest bilet na seans w kinie.
Prawie o nim zapomniałem, bo kupiłem go we środę. O filmie dużo czytałem - niejedną dostał nagrodę.
Zajmuję miejsce na sali - siódme krzesło w ósmym rzędzie. Muzyka płynie w oddali i półmrok panuje wszędzie.
Choć rozsuwa się kurtyna na obie strony ekranu, ktoś szeleścić już zaczyna, włączył komórkę dla szpanu.
Nie chcę kłótni z tą osobą. Jak najprędzej się przesiadam na wolne miejsce przed sobą i okulary zakładam.
Dawno temu, daleko stąd tragedia się ta zdarzyła. Gdy zdobyto germański ląd, Roma cesarza straciła.
Własny syn go zamordował - chciał też zabić generała. Ten cudem się uratował, lecz pociecha była mała.
Stracił dom, stracił rodzinę i dostał się do niewoli. Czekał jednak na godzinę, w której zemści się do woli.
Dążył do celu uparcie. Zjednał sobie widzów w Rzymie. Gdy kończył kolejne stracie, słyszał tylko swoje imię.
Złościła cesarza ta gra i to ludu uwielbienie. Szybka decyzja była zła, by walczyć z nim na arenie.
Nie pomogła skryta rana, którą władca jemu zrobił. Zemsta jest już dokonana - Maximus despotę dobił.
Bohater także odchodzi - filmy tak się kończą nieraz. Epilog stratę łagodzi: „Spotkamy się, lecz nie teraz”.
Jestem pełen miłych wrażeń, zaskoczony scenografią. Robić filmy z ważnych zdarzeń Amerykanie potrafią.
Już czeka na mnie codzienność - lecą napisy końcowe. Wychodzę z ciemności w ciemność - niebo całkiem zachmurzone.
Zrobiło się przy tym zimno, a wiatr nasila doznania. Wybieram więc drogę inną, by szybciej dojść do mieszkania.
Monotonia miasta co krok: auta ciszę zagłuszają, setki lamp oświetlają mrok, psy po trawnikach biegają.
Wchodzę na klatkę schodową, wyjmuję listy ze skrzynki. Znów mam ulotkę handlową. Jest list – chyba od kuzynki.
Zauważyłem sąsiada i biegnę szybko do niego, bo właśnie z windy wysiada, a nie ma do niej chętnego.
Piąte piętro. Wkładam klucze i już czuję odprężenie. Gdy w dzień po mieście się włóczę, noc daje mi tu schronienie.
Skreślam w kalendarzu datę - zimową chwilę wakacji. Wstawiam wodę na herbatę, zabieram się do kolacji.
Wiadomości w telewizji jak zawsze brzmią jednakowo: afery, wiele kolizji, od poniedziałku deszczowo.
Na innym kanale jest mecz - nie interesuje mnie to. Szykuję się do spania, lecz jeszcze nie skończone święto.
„Dużo szczęścia i miłości, prezentów oraz słodyczy, także dni pełnych radości kuzynka Renia Ci życzy”.
Urywa się aleja drzew i zjeżdżam w dół co sił w nogach, a we włosach wiatru powiew po mijanych samochodach.
Jadę sobie na rowerze w tej popołudniowej porze. Czasami chętka mnie bierze na wypoczynek, na dworze.
Pogoda jest odpowiednia, chociaż to marca połowa. Wolna już od śniegu jezdnia, a także pobocza oba.
Wszystkie wsie, po każdej stronie opustoszały w niedzielę tym bardziej, że po sezonie atrakcji nie ma zbyt wiele.
Wjeżdżam w obszar zaciemnienia (w lesie nawet pociąg zwalnia) i nachodzą mnie wspomnienia, bowiem w głębi jest pływalnia.
Jesienią tu się bawiłem ze swoją byłą dziewczyną. To właśnie tutaj odkryłem, co jest jej szczęścia przyczyną.
Frywolne igraszki w wodzie rozbudzały nasze żądze. Do dziś jest to przecież w modzie, żeby pływać za pieniądze.
Nad drzewami się unosi lśniąca w słońcu bazylika. Piętnastą godzinę głosi, wzywa na mszę katolika.
Coraz dłuższy domów szereg, coraz głośniej na ulicy. W samochodach dawcy nerek - nikt z prędkością się nie liczy.
Jeszcze nie czuję zmęczenia, dlatego skręcam nad morze. Tłum ludzi, dla odprężenia, spaceruje o tej porze.
Od brzdąca po dorosłego wszyscy uprawiają sporty. Znajdzie się coś dla każdego: kręgielnia, basen i korty.
Zatrzymuję się, bo widzę na swojej drodze brunetkę. Zaraz się do niej przybliżę - szarpie w rowerze manetkę.
Pytam o smutku przyczynę. „Łańcuch co chwilę mi spada”. Pocieszam zatem dziewczynę, bo wiem, jak się go zakłada.
Ustawiam jeszcze przerzutki i sprzęt do jazdy gotowy. Zrobione w cztery minutki. Jednoślad działa jak nowy.
Teraz przypatrzeć się mogę jej twarzy, zgrabnej figurze i tracę na moment mowę - aż chciałbym pobiec po róże.
Ona serdecznie dziękuje. Rzuca uśmiech w moją stronę i do miasta się kieruje. Myśli zapełniają głowę:
„Jak wygląda przeznaczenie? Gdzie spotkać można wybrankę? Czy sen ma jakieś znaczenie, gdy wyprzedza niespodziankę?”.
Do końca dnia tkwi w pamięci miłe, przy plaży spotkanie. Żałuję, bo szczere chęci nie zmieniły się w działanie.
Może dobrze tak się stało, że wątek się nie rozwinął. Taktu mógłbym mieć za mało, wówczas całkiem bym tam zginął.
Część 33 / 6
Trzeba umieć brnąć w staraniach, a nie każdy strategię zna. Zasypiam w tych rozmyślaniach. Deszcz kołysankę w oknach gra.
Bezlitosna budzika moc mój błogi spokój przerwała. Nie wiem, kiedy minęła noc - wyjątkowo krótko trwała.
Ciężko przychodzi wstawanie, gdy tydzień się rozpoczyna. W pośpiechu zjadam śniadanie. Wybija siódma godzina.
Ubieram czystą koszulę i pozostałe odzienie. Poprawiam w lustrze fryzurę, w teczkę pakuję jedzenie.
Ciemne chmury w oknie widać - zaczęły się dni deszczowe. Parasol może się przydać. Zamykam już drzwi wejściowe.
Idę do pracy, do banku coraz szybszymi krokami. Mijam ludzi na przystanku i tych, którzy wyszli z psami.
Z daleka widać reklamę: „Tu czas dla ciebie pracuje”. Strażnik otwiera mi bramę, w kadrach listę podpisuję.
Na początek zawsze kawa dla obudzenia mych zmysłów, bo gdy przyjdzie trudna sprawa, chcę mieć w głowie wór pomysłów.
Włączam komputer, drukarkę, witając współpracowników i zdejmuję marynarkę - ciepło płynie od grzejników.
Wyjmuję z kasetki czeki, dwie umowy kredytowe. W nich zawarto hipoteki, zabezpieczenia wekslowe.
Ta praca mi się podoba, choć czasem po nocach się śni. Wchodzi już pierwsza osoba - chce wyciągi sprzed czterech dni.
Zapełnia się cała sala. Czas jakby nagle przyspieszył - to radość moją wyzwala. Kto by się z tego nie cieszył?
Optymizmu nie łagodzi deszcz, który padać zaczyna, bo oto do mnie podchodzi poznana wczoraj dziewczyna.
Ja bez czapki, okularów, dlatego mnie nie poznaje. Pyta o kupno dolarów, po ile bank je sprzedaje.
Udzieliłem informacji i przed nią się demaskuję: „Jak rower po reperacji? Czy się jeszcze tobie psuje?”.
Wyraźnie jest zaskoczona, siedzi z lekką konsternacją. Jej buzia rozpromieniona - cieszy się tą sytuacją.
Niestety teraz mam pracę - klienci się niecierpliwią. Drugiej szansy już nie stracę, wychodzę z inicjatywą.
Chcę jej parasol pożyczyć - spokojnie do domu wróci. Znów muszę na szczęście liczyć, że oferty nie odrzuci.
Nie czekam więc na odpowiedź. Parasol przy niej już leży. Zamierzam tym samym dowieść, iż znów mi na kimś zależy.
Nie poznaję mowy własnej: „Po południu ma nie padać. Spotkajmy się o szesnastej w ciastkarni, by porozmawiać”.
Bez chwili zastanowienia na moją prośbę się godzi. Mówi mi: „Do zobaczenia” i uśmiechnięta wychodzi.
Podczas przerwy śniadaniowej trwonię czas na rozmyślanie o rozmowie zakończonej, o tym, co jeszcze się stanie.
Kumpla głos słyszę za sobą: „Powiedz, jak ty to zrobiłeś? Umawiasz się z nieznajomą? Nic mi o niej nie mówiłeś”.
Przemijają bez rozgłosu ostatnie godziny pracy. Cieszę się z szansy od losu podanej prawie na tacy.
Biegnę do domu, bo pada - teraz ja jestem w potrzebie. Szybki prysznic i zakładam luźniejsze rzeczy na siebie.
Jestem trochę stremowany, choć bardziej – zadowolony. Osiągam życiowe plany, których każdy jest spragniony.
Pod wpływem rzeczywistości (powstałej z mego natchnienia) idę ku lepszej przyszłości -sprawiam, że świat mój się zmienia.
Zajmuję miejsce przy oknie. Czekam kiedy przyjdzie ona i patrzę, jak miasto moknie - mało romantyczna pora.
Czarny parasol ukrywa dziewczynę właśnie wchodzącą. Rozmowa się rozpoczyna ciastkiem i kawą gorącą.
Formalności wypełnione - poznaję wreszcie jej imię. Wszystkie chwile tu spędzone wróżą związek aż po zimę.
Opowiada mi o sobie, pracy i swojej rodzinie. Ja również mówię, co robię, że rodziców mam w Szczecinie.
Miło mi się z nią rozmawia - coraz bardziej fascynuje. Znane uczucie się zjawia - dobitnie to w sobie czuję.
Zawsze w takiej sytuacji czas płynie nieubłaganie. Zbliża się pora kolacji, kończy się nasze spotkanie.
Chowam uważnie do kurtki otrzymaną wizytówkę. Adres z numerem komórki stanowi dla mnie przepustkę.
Żegnamy się na ulicy - taty autem przyjechała. Już wsiada do BMW-icy i tylko pamięć została.
Mam jej numer telefonu - czego mi jeszcze potrzeba? Wracam w skowronkach do domu i jadę windą do nieba.
Otwieram okno w pociągu, wdychając świeże powietrze. Włosy szaleją w przeciągu i wszystko jest jakby lepsze.
Wiosna na duchu podnosi: świat zaczyna się zielenić, klucz ptaków swój powrót głosi, a słońce dłużej chce świecić.
To jednak zostaje w tyle. Nawet myśli uciekają, by znaleźć przyjemne chwile, o których wciąż pamiętają.
Spotkanie z Sylwią mi się śni każdej nocy, chociaż wiem, że wyjechała na dziesięć dni nad amerykańskie morze.
Mi w pociągu czas się dłuży, ona pewnie się raduje z wycieczki, z biura podróży, w którym od roku pracuje.
Ma zwiedzać przybrzeżne miasta od Bostonu po Miami. Nie jest tam sama, rzecz jasna, bo razem z koleżankami.
Wrócić ma jutro w południe - w Wielką Sobotę to będzie. Z pogodą może być różnie - teraz niepewna jest wszędzie.
Niestety nie spotkamy się zanim poniedziałek minie. W ten czas z rodzicami być chcę, więc święta spędzam w Szczecinie.
To u nich przenocowałem, gdy z Moniką się skończyło. Długo z mamą rozmawiałem o tym, co się wydarzyło.
Dobre rady są kompasem w drodze do doskonałości, bo nie liczymy się z czasem, gdy dążymy do miłości.
W chwili szczęścia człowiek widzi tylko to, co go raduje, a gdy los z niego zaszydzi, daremnie powstać próbuje.
Jedyną deską ratunku mogą być bliscy znajomi, którzy wyzwolą z frasunku i lżej na duszy się zrobi.
Są też ludźmi, przed którymi niczego się nie ukryje. Gdy zataję coś przed nimi, pech dokuczy, los dobije.
Oni muszą coś powiedzieć o każdej znanej im sprawie. Mogę się wtedy dowiedzieć, co mnie czeka, co się stanie.
Czy są strażnikami losu? Czy są drogowskazem życia? Bronią od każdego ciosu i mówią, jak wyjść z ukrycia.
Mej podróży zakończeniem jest wjazd na stację wagonów. Znów przyjeżdżam z opóźnieniem powstałym z błahych powodów.
Tato czeka na peronie już prawie minut trzydzieści. Dogania czas w samochodzie, wsłuchując się w moje wieści.
W pozamiejskich okolicach kierowców jeździ niewielu. Szybko mkniemy po ulicach i zbliżamy się do celu.
Psina od progu mnie wita i z radości podskakuje. Zaraz najem się do syta - mama w kuchni coś gotuje.
Siadam przed telewizorem. Kolacja z talerza znika. Mówię, co było nad morzem, w banku i u cukiernika.
Świąteczne przygotowania zajmą jutro dużo czasu, więc szykuję się do spania, spoglądając w stronę lasu.
Otwieram balkonowe drzwi, by wyjść, trochę się dotlenić. Czy znów Sylwia mi się przyśni i zechce mój nastrój zmienić?
Wpatruję się w obraz świata, tworzony przez miasto nocą. Najpiękniej jest podczas lata - czyste niebo gwiazdy złocą.
Część 44 / 6
Dziesięć po pierwszej minęło. Łóżko zmęczenie łagodzi. Morze już szumieć zaczęło - bez wątpienia sen przychodzi:
„Chcę poczuć dziś przypływ fali, siedząc, czekając na ciebie i patrząc jak gdzieś w oddali statki dryfują po niebie.
Chcę się odprężyć przy tobie, rozmawiając o przyszłości. Chcę sprawić, nie tylko sobie, spotkaniem wiele radości.
Z rozwianym włosem na wietrze, idziesz z promiennym uśmiechem. Już czuję twoje powietrze niesione nadmorskim echem.
Bukiet róż jest mym wyznaniem, twój pocałunek – wdzięcznością. Cieszę się, że z tym spotkaniem napełniamy się miłością”.
Pocałunki nie kończą się i są aż tak natarczywe, że z mojego snu budzą mnie - to wszystko jednak przez psinę.
Na łóżko bowiem wskoczyła i ochoczo liże mi twarz. chyba się za mną stęskniła, lecz mówię jej stanowczo: „Złaź”.
Szybka kąpiel i śniadanie. Zakupy są już zrobione. Czekam aż święto nastanie, bo pisanki poświęcone.
Niecierpliwię się, gdy widzę same słodkości na stole i nawet się trochę wstydzę, że mam taką słabą wolę.
Spacer łagodzi pokusę - zabieram ze sobą psinę. Przez las chodzić za nią muszę. Trwa to niecałą godzinę.
Stara trasa mnie nie nudzi - ważny jest ruch po obiedzie. Nagła myśl wątpliwość budzi: „Czy na pewno dziś przyjedzie?”.
Tracę wiarę do działania, bo nie wiem, czy do niej dzwonić. Obietnica ze spotkania pomaga mi się obronić:
„...Tylko zadzwoń przed świętami, bo potem nie zastaniesz mnie. Na wieś jadę z rodzicami, do dziadków – mieszkają w Jamnie”.
Wieszam kurtkę w przedpokoju, zwierzątko idzie do miski. Jestem już w lepszym nastroju - czas naszej rozmowy bliski.
Proszę rodziców o ciszę i siadam przy telefonie. Wykręcam numer i słyszę znany głos po drugiej stronie.
Czuję bliskość między nami, wsłuchując się w każde słowo. O wycieczce z przygodami opowiada szczegółowo.
Cieszą zabawne historie, które im się przydarzyły. Ich koleżankę Wiktorię samą w metrze zostawiły.
Krótki opis minionych dni utwierdza mnie w przekonaniu, że staniemy się parą przy naszym najbliższym spotkaniu.
Mam sprawdzoną intuicję, bo ostatnio mi sprzyjała. Rzucam zatem propozycję, by znajomość rozkwitała:
„Co robisz w przyszłą sobotę? Mogę cię wziąć pod opiekę? Jeśli tylko masz ochotę, pójdziemy na dyskotekę”.
Jesteśmy już umówieni, by z naszymi znajomymi pojechać do „Kasjopei” - wspólnie się tam zabawimy.
Rozstajemy się na tydzień. Zbyt długa to będzie chwila, bo w samotną noc, lub też dzień, czas bardzo powoli mija.
Chciałbym już dzisiaj, z radości, rozgrzewać z nią nasze ciała, lecz nie mam jeszcze pewności, czy ona tego by chciała.
Wcieram w twarz nowe perfumy - od rodziców prezent mały. To wydatek większej sumy - dwieście złotych kosztowały.
W urodziny dać mi chcieli, lecz nie u nich świętowałem. Przy wielkanocnej niedzieli ów podarek otrzymałem.
Przyda się na potańcówce - dziś sobotę wreszcie mamy. Myśl o Sylwii mam znów w główce. Za godzinę się spotkamy.
Kumple właśnie przyjechali pod mój blok dwoma autami. Żeby długo nie czekali, zbiegam na sam dół schodami.
Wieczorna jazda ulicą zwiększa adrenalinę w nas. Swe umiejętności ćwiczą kierowcy z rozumem jak głaz.
W pięć minut cel osiągnięty. Wysiadamy z samochodu. Szalony czas rozpoczęty. Głośna muzyka od progu.
Wkraczamy w bramę rozkoszy. Tu realizują się sny miłości za parę groszy. Jak? Kup dziewczynie drinki trzy.
Kolorowe reflektory tańczą z tłumem na parkiecie. Z głośników płyną utwory najczęściej grane na świecie.
Przechodzimy przez część sali. Przy barku rozdzielamy się, bo widzę Sylwię w oddali. Jest szybciej – wyprzedziła mnie.
Choć siedzi z koleżankami, chcę o intymność powalczyć, byśmy trochę byli sami: „Czy mogę z tobą zatańczyć?”.
Przerywa swoją rozmowę, odwraca się uśmiechnięta. Wyciągam rękę w jej stronę. Zabrzmiała nowa piosenka.
W jasnej sukience z wycięciem, na parkiecie po prostu lśni. Oczarowany, z przejęciem pytam się o minione dni.
Z fascynacją opowiada o przygodach w Ameryce. Do ucha mało mi wpada przy zbyt głośnej dziś muzyce.
Kątem oka spostrzegam, że dziewczyny nas obgadują, a moi kumple śmieją się, jakieś gesty pokazują.
Sylwia pewności nabiera z kolejnymi minutami. Zagęszcza się atmosfera między naszymi udami.
Przyległy do siebie ciała, a ciepło bije na twarzy. To moja chwila nastała i nie wiem, co się wydarzy.
Cichnie już trzecia muzyka i kończymy przytulanki, bo chce wrócić do stolika, gdzie siedzą jej koleżanki.
Zostaję im przedstawiony - moją tożsamość odkrywa. Po tańcu jestem spragniony. Idę kupić nam dwa piwa.
Mijam zakochane pary kołyszące się rytmicznie. Myślę sobie: „Nie do wiary. Wszystko układa się ślicznie”.
Zabawa trwa. Chłopcy wcięci, do tańca dziewczyny proszą. Inni piciem są zajęci, co niektórych już wynoszą.
Stoję, czekam na barmana. Rzucam przed siebie spojrzenie... i miękną moje kolana, czuję rosnące ciśnienie.
Widzę w drugim końcu barku Monikę z jakimś chłopakiem. Je wraz z nim lody w pucharku i upija się koniakiem.
Odwracam się do niej tyłem. Szybko kupuję napoje, by nie wiedziała, że byłem i patrzyłem na nich dwoje.
Kiedyś żyłem marzeniami o szczęśliwej znajomości, w której (z kolejnymi dniami) doznam prawdziwej miłości.
Myślałem, że już się stało, gdy powiedziała: „Kocham cię”. Jak się potem okazało, moim kosztem bawiła się.
Chociaż byłem załamany, miałem czas na przemyślenia. Dzisiaj jestem przekonany - nic nie było bez znaczenia.
Teraz mam nową nadzieję, która powoli się spełnia. Szczęście znów do mnie się śmieje i optymizmem przepełnia.
Daję Sylwii zamówienie i pijemy piwo z sokiem. Ja wciąż czuję rozdrażnienie, patrzę niespokojnym wzrokiem.
Tej nocy nie jest wskazane, żeby ktoś zakłócał spokój. Gdy me serce zakochane, przyjaciół pragnę mieć wokół.
W piątkę przy stole siedzimy i żarty opowiadamy. Świetnie się razem bawimy - roześmiane twarze mamy.
Sylwia, wskutek rozluźnienia, na ramieniu mym ląduje. Daje mi do zrozumienia, że w pełni mnie akceptuje.
Jest tak, jakbyśmy się znali przynajmniej od ogólniaka. To chyba muzyka z sali przybliża nas do buziaka.
Porwani do tańca przez rytm, kołyszemy się powoli. Przysłuchując się dźwiękom z płyt, pieścimy żądze do woli.
Czas zatrzymał się łaskawie - korzystam z tej sposobności. Przyszłość wygląda ciekawie ku mojej wielkiej radości.
Ogarnięci atmosferą przepełnioną pożądaniem, wracamy z raju dopiero na godzinę przed świtaniem.
Gasną emocje zrodzone w tańcu dzięki didżejowi. Dziewczyny są już zmęczone. Ta noc ma się ku końcowi.
Część 55 / 6
Całą grupą wychodzimy. Ja przystaję z Sylwią w bramie. Ostatnie chwile tracimy na gorące pożegnanie.
W mig wsiada do samochodu i macha przez szybę do mnie. Szkoda, że wraca do domu - przy niej czuję się cudownie.
Jednak wkrótce się spotkamy. Na jutrzejsze popołudnie wyznaczony termin mamy. Tyle czekać, to dość trudne.
Ja już stęskniłem się mimo trzech minut w osamotnieniu, gdy zniknęło Renault Clio z Sylwią na tylnym siedzeniu.
Chłodna jest ta kwietniowa noc, chociaż skończyła się zima. Trzeba wskoczyć pod ciepły koc - nic mnie tutaj już nie trzyma.
Kumple wcześniej odjechali. Sam muszę do domu wracać. Nawet się nie pożegnali, bo nie chcieli mi przeszkadzać.
W kwadrans dojdę do mieszkania. Przynajmniej ochłonę z wrażeń i odtworzę bieg spotkania, kończącego się jak z marzeń.
Szczęście, prawie zapomniane, daje powód do radości. Moje serce zakochane uwalnia od samotności.
Spróbuję zatem jeszcze raz uwierzyć w dziewczyny słowa, że nadchodzi miłości czas i że jest na nią gotowa.
Leniwie przecieram oczy chętne pospać trochę dłużej. Nie wypoczęły tej nocy, pomimo potrzeby dużej.
Kąpiel nastraja do życia, a kawa stawia na nogi. Pieszczę wczorajsze przeżycia i szykuję się do drogi.
Mam na dziś cel wyznaczony - chcę podziękować podczas mszy za nowy związek zrodzony w ciągu kilku ostatnich dni.
„Gdy jesteś młody lub stary i do czegoś w życiu zmierzasz, jeśli nie masz w sobie wiary wiedz, że na próżno zabiegasz.
Nawet gdy ci się udaje znaleźć na drodze podkowę, nie bez celu tak się staje, bo nic nie jest przypadkowe”.
Księdza słowa milkną w tłumie, wsłuchującym się w kazanie. Czy ktoś jednak, po tej sumie, lepszym człowiekiem zostanie?
Słowa zginą w codzienności: w domu, szkole lub też w pracy. Wystarczy chwila słabości, by pogrążyć się w rozpaczy.
Ja mam za sobą zwątpienie i wszelkie inne zmartwienia. Wciąż żyje we mnie wspomnienie wieczornego uniesienia.
Wychodzą ludzie z kościoła. Ja również opuszczam mury. Rozglądam się dookoła, szukając znanej fryzury.
Słyszę bowiem moje imię i znane głosy w oddali. Staje na palcach, na chwile - to kumple do mnie wołali.
Przychodzą mi na spotkanie. Roześmiane mają oczy. Na sam początek pytanie o przebieg wczorajszej nocy.
Chcą wiedzieć, co się zdarzyło, gdy pojechali do domu. Jak się wszystko zakończyło, czy związek pchnięto do przodu.
Opowiadam im oszczędnie, by nie zapeszyć pewnością, bo nasza znajomość ledwie przepełniła się ufnością.
Lepiej niech powoli rośnie związek nowo-rozpoczęty. Wierzę, że dzięki tej wiośnie wkrótce będę wniebowzięty.
Koledzy zaskakują mnie, mówiąc mi o miłej sprawie - Monika przyglądała się mej (z Sylwią) wspólnej zabawie.
Myśl przebiega mi przez głowę: „I po cóż jej była zdrada? Poznałem inna osobę, a ona jest teraz sama”.
Pocieszony tą nowiną, rzucam tekst na pożegnanie: „Wnet będę z moją dziewczyną - za dwie godziny spotkanie”.
Świadomość kolejnej randki cieszy w drodze do mieszkania. Kupuję dla Sylwii kwiatki - róże do ofiarowania.
Dziś marzenie, o którym śnię, może nareszcie się spełni, bo wspólny czas rozpocznie się. Ten czas uczucie utwierdzi.
Chcę spojrzeć w jej piwne oczy, ujrzeć usta roześmiane. Wszystko jakoś się potoczy, bo wątpliwości rozwiane.
Oboje siebie pragniemy - po cóż by spotkać się chciała? Wystarczy, że odnajdziemy jeszcze wspólny język ciała.
Z pomocą telewizora staję się mniej stremowany, lecz przychodzi na mnie pora, by opuścić cztery ściany.
Zakładam buty na nogi, wieszam kurtkę na ramieniu. Jestem gotowy do drogi ku mojemu przeznaczeniu.
Uczucie chłodu na ciele nie ma większego znaczenia, gdyż w tą kwietniową niedzielę gorące są me pragnienia.
Powoli zmierzam do przodu w kierunku ulicy Wschodniej. Brakuje mi samochodu - z nim było by mi wygodniej.
Podążam zatem wzdłuż plaży - spacer zmniejsza ciśnienie krwi. Temperatura na twarzy wzrasta, gdy zbliżam się do drzwi.
Sylwia czeka na mnie w domu. Wnet ponownie się spotkamy. Wciskam guzik domofonu. Słyszę głos – chyba jej mamy.
Wchodzę do góry schodami - pod czternastką ich mieszkanie. Chowam kwiaty za plecami, sięgam do dzwonka na ścianie.
I oto postać Sylwusi przede mną się ukazała. Dostaję na wejście buzi - o zgodę nie zapytała.
Rzucam salwę komplementów i wręczam z trzech róż wiązankę, lecz to nie koniec prezentów - pod kurtką mam niespodziankę.
„Zamknij oczy, wysuń dłonie”. Teraz kładę na jej ręce słodycze w blaszanej formie stylizowanej na serce.
Przeżywa wspaniałą chwilę, bo jest w niebiańskim nastroju. Już rzuca mi się na szyję - tulimy się w przedpokoju.
Za mój drobny, serdeczny gest Sylwia obdarza wdzięcznością. Przyszłość teraźniejszością jest, a teraźniejszość – miłością.
Idziemy do saloniku. Przedstawia mnie mamie, tacie. Dostajemy po serniku, rozmawiamy przy herbacie.
Opowiadam w kilku zdaniach, będąc całkiem rozluźniony, o rodzinie, własnych planach i gdzie jestem zatrudniony.
Mimo pierwszego spotkania, rodzice dają dowody wzbudzonego zaufania do mojej skromnej osoby.
Mama jedzenie donosi poukładane na tacy. Tato winem toast wznosi: „Zdrówka i sukcesów w pracy”.
Choć z Sylwią bardzo pragniemy dać upust naszej miłości, przy rodzicach wstrzymujemy wszelkie oznaki czułości.
Ona umie wyjść z impasu: „Chodź, pokażę ci mój pokój”. Zyskujemy trochę czasu i mamy przez chwilę spokój.
Przytula się jak kociątko i już wprawia usta w drżenie. Robi się naprawdę słodko, zaczynam czuć odprężenie.
Muzyka z wieży nastraja - lubię celtyckie klimaty. Wystrój wnętrza uspokaja, ciekawią ładne plakaty.
Pokazuje mi swe zdjęcia, wspominając szczególne dni pełne radości i szczęścia, za którymi każdy tęskni.
Przerywamy oglądanie, od siebie się odsuwamy, bo delikatne pukanie daje się słyszeć za drzwiami.
Rodzice nas informują, że jadą na imieniny. Dość długo tam zabalują - wrócą za cztery godziny.
„Gdybyście zgłodnieli trochę, w kuchni jest sok i kanapki, chyba że macie ochotę skosztować ciasta karpatki”.
Tato też dorzuca swoje: „Do rychłego zobaczenia”. „Bawcie się dobrze oboje” - Sylwia mówi od niechcenia.
Zamykają wejściowe drzwi. Cichną na schodach ich głosy. Jestem bardzo ciekawy, czy zostanę tu aż do nocy.
Szybko dostaje odpowiedź, bo idziemy do pokoju. Żeby skromniejsze światło mieć, ściemnia je – tak dla nastroju.
Wyciąga z barku szampana (otwieram go na żądanie) i siada mi na kolana. Szepczę jej do ucha zdanie:
„Chcę dać ci siebie samego, pragnę rozpalić ciebie znów, gdyż uczucia zrodzonego nie wyrażę tysiącem słów”.
Część 66 / 6
Zdejmuję zbędne odzienie, całuję jej nagie ciało. Ruszamy po przeznaczenie - wszystko ku temu zmierzało.
Ta jazda będzie szalona, choć nie autem, nie motorem. Muzyka lekko ściszona wzmaga doznania wieczorem.
Płyniemy nieznanym szlakiem. Mijamy czas, by czuć wiecznie pieszczotę zwaną buziakiem, by chwile były bajeczne.
Fantastyczna podróż trwa wciąż. Sylwia jest już mi oddana. Wije się w ekstazie jak wąż, w mych pocałunkach skąpana.
Ubarwiamy swoje życie, by w miłosnym uniesieniu pogrążyć się całkowicie - uczynić zadość marzeniu.
Zaślepieni wrażeniami, pełni najczystszej miłości, swą przejażdżkę przedłużamy aż do granic możliwości.
Choć coraz bardziej zmęczeni, coraz szybsze nasze ruchy... . Tacy lekcy, odprężeni kładziemy się na poduchy.
Leżymy w czułym uścisku - Sylwia przy mnie odpoczywa. Czuję się jak na ognisku: wieczór, muzyka, dziewczyna.
Mógłbym spędzić z nią noc całą, lecz zanim wrócą rodzice muszę zostawić ją samą, bo odkryją tajemnicę.
Mają do niej zaufanie (nie zawiodła ani razu) i lepiej niech tak zostanie - skorzystamy z tego stanu.
Wymieniamy ciepłe zdania - rozdzielają nas do wtorku. Wracam z naszego spotkania w wyśmienitym wręcz humorku.
Lepsze życie pod gwiazdami, gdy gra zmysłów upaja nas. Przelotny romans już za nami, bo miłości nadszedł czas.
Są historie zapomniane. Nikt nie chce pamiętać o nich, gdyż były źle zakańczane wskutek błędów podstawowych.
Są historie w życiu moim pełne niewyjaśnionych słów. Choć stawiałem wciąż na swoim, oddalałem spełnienie snów.
Zaślepiony w codzienności, dającej garść zaufania, brnąłem w tej rzeczywistości do kolejnego rozstania.
Ostatnie jednak tygodnie zmieniły przebieg wydarzeń. Nowa znajomość łagodnie urealnia wiele marzeń.
Czuję w sobie większą siłę, wzmocnioną barwami wiosny. Doznanie, bezsprzecznie miłe, czyni mnie bardziej radosnym.
Zawdzięczam Sylwii tak wiele - jest mego życia światłością. Żyjemy jak przyjaciele, lecz wzbogaceni miłością.
Nie sądziłem, że się zmienię przez jedną randkę udaną. Wprawiam kumpli w zamyślenie niespodziewaną przemianą.
Sam się często sobie dziwię, widząc swoje zachowanie. Chwytam komórkę łapczywie, gdy jej imię na ekranie.
W każdą samotną noc ciemną przez smutek jestem targany, a odpływam, gdy śpi ze mną, na spokojne oceany.
Chyba się uzależniłem - ciągle mi Sylwii brakuje. Długo do szczęścia dążyłem, więc się teraz delektuję.
Wiem, że życie przewrotne jest - ziarnko szczęścia, garść goryczy. Chodzę zatem jak wierny pies, pilnuję nowej zdobyczy.
Również teraz idę, by być dzisiaj przy niej bez ustanku. Swych emocji nie muszę kryć po skończonej pracy w banku.
Dzięki jutrzejszej majówce cztery wolne dni przed nami. Czekam na nią, na Starówce, by żyć nie tylko myślami.
Patrzę jak tryska fontanna, stojąca obok ratusza. Dziatwa, głośna i zachłanna, do zabawy ją wciąż zmusza.
Dzwon z pobliskiej bazyliki wybija już czas spotkania. Zbliża się, w rytm tej muzyki, obiekt mego zakochania.
Pocałunek zastępuje wszystkie niepotrzebne słowa. Moje serce się raduje i zaczynam żyć od nowa.
Zapominam o zmęczeniu, czuję w sobie nowe siły. Kładę dłoń na jej ramieniu. Wspólne dni już powróciły.
Mijamy kilka sklepików na staromiejskiej ulicy pełnych obrazów, antyków, książek i innej drobnicy.
Do jednego z nich wchodzimy, żeby kupić coś w prezencie. Wiktoria ma urodziny - wyprawia babskie przyjęcie.
Choć zdaję sobie sprawę, że nie będę dzisiaj wieczorem wraz z Sylwią relaksował się, przyjmuję to ze spokojem.
Kiedy ona, w żeńskim gronie, będzie sięgać po tort chciwie, ja, po drugiej miasta stronie, z kumplami siądę przy piwie.
Wychodzimy już z księgarni, z podarkiem dla koleżanki i idziemy do ciastkarni - miejsca naszej pierwszej randki.
Wspólny czas zamknięty w słowach, wspólne miejsce, które się śni po udanych mych podchodach, tworzą pamięć minionych dni.
Pieścimy nasze wspomnienia - mają w sobie wielką siłę, bo dają punkt odniesienia na każdą niepewną chwilę.
Uczucie, które złączyło, jest bezgranicznym tematem w rozmowie o tym, co było, trwa oraz nadejdzie z latem.
Planujemy podróż w góry - dwa tygodnie pod namiotem, by móc wzbić się ponad chmury i opaść łagodnie potem.
Siedzimy naprzeciw siebie, wpatrzeni głęboko w oczy. Jej uśmiech serce kolebie, a gest spełnia sen proroczy.
Kończymy jeść jabłeczniki, splatając dłonie nad blatem. Mijamy puste stoliki, idziemy cieszyć się światem.
Tak mało czasu zostało już do naszej dyspozycji. Czym zapełnić lukę małą? Brak rozsądnych propozycji.
Wiem, co zrobimy, gdy przyjdzie czwartek, piątek czy niedziela. Każda rzecz na pewno wyjdzie. Uchylam wieko portfela.
Biorę banknot stuzłotowy, wykupuję miejsce w kinie na seans pierwszomajowy sobie i mojej dziewczynie.
To jutro, a dziś przed nami ostatni kwadrans spotkania. Sunę leniwie nogami, opóźniam moment rozstania.
Obejmujemy się czule, stojąc niedaleko bloku. Całuję Sylwię i tulę, jakbym nie był z nią od roku.
Wnet będziemy dłużej razem, odczujemy przedsmak lata. Sen realnym jest obrazem - szykuje się wolna chata.
Jej rodzice wyjeżdżają jutro na dwa dni do Jamna. Córkę samą zostawiają - czekałem na to od dawna.
Przeciągamy pożegnanie, by w letargu móc jeszcze tkwić. Na koniec cieplutkie zdanie: „Dzięki tobie chce mi się żyć”.
Czego potrzebuje człowiek, gdy szczęśliwy idzie przez świat? Czy widzi spod swoich powiek szarość, czy kolorowy kwiat?
Szukam w ludziach odpowiedzi, by porównać z moim stanem to, co w każdej głowie siedzi, gdy pójdzie coś zgodnie z planem.
Napotkani kuracjusze, lekko już życiem znudzeni, nakładają kapelusze myśląc, że ich to odmieni.
Ja nie kryję się tym razem. Kiedyś musiałem się chować za stworzonym kamuflażem, żeby się dowartościować.
Teraz dużo optymizmu wypływa z nowej miłości. Brak we mnie antagonizmu, jak również innych słabości.
Widząc spełnione marzenie, pieszcząc każdy detal jego, zbliżam się niepostrzeżenie do klubu bilardowego.
Czekają tu na mnie kumple - to nasze miejsce rozrywki. Napełnione piwem kufle, więc stajemy do rozgrywki.
Trójkąt rozbity szczęśliwie, lecz chybienie przeciwnika da szansę mojej drużynie. Pełna bila w rogu znika.
Przejęta inicjatywa pustoszy zielone pole, bowiem w tej grze ten wygrywa, komu zbraknie kul na stole.
Piotr chce nam zaimponować, pokazać w bilardzie wolej, choć nie umie wycelować. Dzięki niemu moja kolej.
Biorę z półki kij pomału, będąc zupełnie na luzie i przymierzam się do