Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

psychologia · 7 min czytania

Nie wiadomo jaki cud

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Piotr był rolnikiem na sporym gospodarstwie i wiodło mu się nieźle. Z całego dobytku najbardziej lubił konie. Co rano pierwsze kroki kierował do stajni. Tam poił, karmił i czyścił swoją parę siwków i dopiero później zaczynał inne prace. Przed tym jednak… wypijał kielicha. Zrobiłby to już wcześniej, ale bał się koni, które drażnił zapach alkoholu. Były wtedy niespokojne, nie pozwalały blisko podejść i kopały. Gospodarz nie chciał się kopać z końmi i swojego pierwszego wypijał dopiero po wyjściu ze stajni. Żona na to nie reagowała, bo uważała, że „jeden chłopu nie zaszkodzi”. Gdy pracował przy domu, poranny kieliszek przeważnie wystarczał mu na cały dzień. Dopiero wieczorem wypijał jedno piwko „do telewizji”. Inaczej było w dni, gdy wyjeżdżał do pracy na polu. Było ono dość daleko od domu, a mógł tam jechać boczną drogą lub szosą. Boczna droga była krótsza i bardziej nadawała się dla konnego zaprzęgu, ale szosa miała jeden niezaprzeczalny plus - był przy niej sklep z alkoholem. Dlatego Piotr zawsze jeździł na pole boczną drogą, a wracał szosą. Przy sklepie stawał, żeby - jak mawiał - dać odetchnąć koniom. Konie odpoczywały, a woźnica tymczasem raczył się piwem. Przeważnie było to tylko jedno piwo. Bywały jednak dni, gdy gwiazdy stały w takiej konfiguracji, że powodowały u Piotra wielkie pragnienie. Wtedy postój przed sklepem był dużo dłuższy, a potem jego zaprzęg jechał już dalej na automatycznym pilocie. Spity woźnica z trudem wdrapywał się na wóz i, wybełkotawszy „wio!”, zasypiał. Konie ruszały i wolniutko człapały do domu. Tam zatrzymywały się przed stajnią i czekały, aż je ktoś wyprzęgnie. Robiła to przeważnie żona. Obrządzała konie, a męża zostawiała śpiącego na wozie. Piotr przesypiał tak do nocy, a po przebudzeniu ruszał do domu, którego drzwi zastawał zamknięte. Gdy zaczynał w nie łomotać, wtedy w oknie nad nimi ukazywała się żona i rozpoczynała się scena balkonowa niczym z „Romea i Julii”, ale w mieszanej polsko-ukraińskiej mowie. – Otwieraj! – wołał Piotr. – Trastia tebe morduwała!* – odpowiadała z okna żona i zaczynała litanię wyzwisk i żalów. – Otwieraj cholero! – krzyczał mąż i kopał w drzwi. Żona strzelała z góry długimi seriami epitetów, a Piotr z dołu uparcie powtarzał swoje „otwieraj!”. Taki nierówny dialog trwał wiele minut, aż w końcu drzwi się otwierały i Piotr wtaczał się do środka. Myliłby się ten, kto oczekiwałby wtedy odgłosów tłuczonych talerzy czy krzyków bitej żony. Nic takiego nie było. Po chwili światło gasło, w domu zapadała błoga cisza, a w tejże ciszy zachodziła jakaś przemiana. Była ona tajemnicą obojga małżonków, bo następnego ranka w dobrych humorach ruszali do swoich porannych zajęć. Zajęcia te dla Piotra kończyły się oczywiście wypiciem pierwszego kielicha. Czas płynął i Piotr pił coraz więcej. Nie wystarczał mu już poranny kieliszek i wieczorne piwo. Zaczął w tajemnicy przed żoną kupować wódkę i chować ją w stodole. Zaglądał tam kilka razy dziennie i zdrowo pociągał „z gwinta”. Również postoje pod sklepem były coraz dłuższe. Sceny balkonowe były coraz częstsze i nie kończyły się już happy endem. Rodzina zrozumiała, że Piotr wpadł w nałóg i każdy jej członek próbował na swój sposób z nim walczyć. Córka uważała, że z pijakiem nie ma co gadać i chodziła wiecznie obrażona. Syn próbował prośbami skłonić ojca do rzucenia nałogu, natomiast żona płakała i groziła, że pójdzie od niego, gdzie ją oczy poniosą. Cała wieś jej współczuła i zgodnie orzekła, że pomóc może

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%