nauka · 6 min czytania
Nie wracaj bez mgra
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ostatnio niemal popłakałem się ze śmiechu gdy na jakimś festynie prowadzący wywołując kolejnych gości mówi: „A teraz pan inżynier Jan Przykładowy oraz pani magister inżynier Maria Przykładowa” Oczywiście rozumiem, że to ich status, za pewne sponsorów lub władz miejskich spowodował skrupulatne podkreślenie tytułów, ale osobiście poczułbym się obrażony gdyby mnie ktoś tytułował per pan magister inżynier. A tu promienne uśmiechy Przykładowych jakby owe „inżyniery” i „magistry” naprawdę coś znaczyły. Inna sprawa, że im dalej w las tym więcej drzew. Pomijanie doktora lub, o zgrozo, profesora przez tym czy tamtym nazwiskiem odbierane jest jak afront. Generalizuje oczywiście, ale chętnym proponuję zwrócić się do psora per magister, najlepiej wręczając mu indeks. Fakt, że przecież tytuł magistra też ma niewiele za pewne pomoże. Zresztą my, szary tłum bez stopni naukowych (mgr się nie liczy), budujemy niekiedy znacznie większą niezwykłość owych elit umysłowych niż oni sami całą swoją miłością własną i zwykłym snobizmem. Już to w reklamie słyszymy że „doradziła nam to nasza pani magister”, już to babcia mówi do sąsiadki „a moja córa skończyła studnia i teraz jest panią inżynier”, a na plakacie widzimy doktora w tunice tłumaczącego nam raty kredytu. A co na to same elity, sami naukowcy? Ciężko pewnie im się wpasować w świat gdzie zawodowo nie powinni nawet zadawać się z nie-doktorami i nie-profesorami. Zresztą mają realnie niewielkie na to szanse. Siedzą sobie na uczelniach, uczą studentów, którzy co prawda dr przed nazwiskiem nie mają, ale kto wie może kiedyś… Garść z nich współpracuje z „rynkiem” ale jak się rzekło garść i to pewnie w większości ich udział ogranicza się do pożyczenia bezcennego de-era na okładkę publikacji. Nie chcę tutaj potępiać grona naukowego, tylko zwrócić uwagę na ich „zawodowe” oderwanie od świata „cywilów naukowych”. Tworzy się z nich hermetycznie zamkniętą elitę zajmującą się czym innym niż reszta. W świecie utylitarnego podejścia do wiedzy oraz niebywałej wręcz powszechności wyższego wykształcenia jest to co najmniej dziwne. Niektórzy moi sąsiedzi uważają, że magister to człowiek „nienormalny”, który na pewno zadziera nosa i który nie ma nic wspólnego z szarą codziennością. Jemu opony się nie przebijają, a nawet jeśli to pewnie dzwoni po pomoc drogową by je wymienić. Same środowisko odcięte pół-przymusowo pół-dobrowolnie zatraca się w tytułach.
Dostałem kiedyś ankietę z uczelni badającą karierę absolwentów. Jakże się zdziwiłem gdy okazało się że wiele pytań