Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 7 min czytania

Nie wszystko złoto co się świeci

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Jan K. miał cudowne właściwości. Czegokolwiek się nie dotknął obracało się w gówno. Najpierw zamienił swoje własne, rodzinne stosunki w wielką kupę nawozu, po tym , jak przyznał się, że woli facetów. Jego ojciec z popiersiem Piłsudskiego w tle zszedł był po półgodzinnej reanimacji w karetce pogotowia, która utknęła w gigantycznym korku, dwie przecznice od powiatowego szpitala. Potem Jan K. rozpoczął wyścig z nawracającą biegunką swojego małżeństwa. Pierwszej nocy Maria (już K.) oznajmiła, że nigdy nie będzie taki, jak niejaki Ryszard P. Pan Rysio nigdy nie pozwolił Janowi K. być prawdziwym mężczyzną. Nawet na drugiej rozprawie, sędzina z zamglonym spojrzeniem kreta zmieszała go z wielką kupą końskiego nawozu. Biedny, stał z opuszczoną głową i myślał o wszystkich rodzajach kup, jakie spotkały go w jego marnym 35 letnim życiu. To nic, że wolał mężczyzn. Chciał być dobrym mężem, a nie jakimś tam zasrańcem! Świt obudził go szarpnięciem. - Janek, ktoś do Ciebie?jakiś przystojniaczek?- współlokator Jana K. ? niezwykle tęczowa postać poklepała swoją chudziutką pupę, dając do zrozumienia, że to ktoś wyjątkowy. - O Jezu?która?godzina? - Wstawaj, mówił, że byliście umówieni. ? i współlokator puścił w powietrze ulotny pocałunek. Jan K. wkroczył do pokoju chwiejnym krokiem siódmej rano. Przetarł oczy, bo widział wszystko nieco rozmemłane. Przed nim stała duża, misiowata postać. Rosły mężczyzna przyglądał mu się z uwagą. - I jak Ci się mieszka? ?Tęcza" nie za bardzo upierdliwy? - Tęcza? Aaa?Mareczek? Nie. Czy my się w ogóle znamy? - Oj znamy się, znamy Panie Janku. Od dawna się znamy. A tak generalnie to okolica znośna? Nie wytykają od ciot, pedałów i tym podobnych. Umówmy się: ja chciałem Pana dać na Saską, ale mi się dyrekcja nie zgodziła. Cóż takie czasy. Gierek, wielka płyta i wsio. - Zaraz ? Jan K. otrzepał z siebie resztki snu ? Jaka dyrekcja, jaka Saska. O czym mowa? Pan mnie chyba z kimś pomylił, no może nie do końca, może piętro nie te? - Oooo kochany! Wszystko się zgadza. ? olbrzym wyjął z kieszeni dziurawej parki pomiętą karteczkę w kratkę i zaczął czytać. ? Jan K. urodzony w Żurawnie, ojciec Wiesław K., matka Lubomira. Inżynier geodeta, pedał ? o pardon, homoseksualista, nie lubi pomidorowej, lubi siedzieć na dmuchanym, ogrodowym fotelu ? hmmm, cokolwiek to znaczy. ? Mężczyzna uśmiechnął się do siebie. - Boże, zgadza się?Przyszedł Pan po mnie? Ja nic?nie?pamiętam?nie zrobiłem? - Tylko nie Boże! Po co mu zawracać głowę takimi banałami kochany. On tam ma większe zmartwienia. Ostatnio musiał ratować kogoś ważnego. Tamtem upierał się, żeby iść w stronę światła. No to on go sposobem: na żonę, na dzieci, na kochankę, na psa. W końcu umożył mu jakieś przekręty podatkowe, no i tamtem dał się namówić ? zawrócił. Z Tobą to inaczej. Ja tu jestem, więc po co tyle krzyku o wylane mleko.- Gość przysiadł w tym czasie w bujanym fotelu ? jedynej spuściźnie po przodkach Jana K. - No dobra. Na mnie czas. Zawsze myślałem, że WY, to macie jakieś kosy, czy coś, białe prześcieradła. No i głowę ? czaszkę! - Hahahahahahah ? mężczyzna zanosił się od śmiechu, aż zadudnił cały blok z wielkiej płyty. ? Że ja to niby śmierć? Hahahahhaaha. A to dobre! Ja jestem z…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Nie wszystko złoto co się świeci — czytnik · opowiadania