Filozofia · 14 min czytania
Nie zauważyłam
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nie zauważyłam...
Nigdy nie czułam się lepiej. Byłam absolutnie niczym nieograniczona, w stu procentach wolna i niezależna od niczego, a przede wszystkim moja egzystencja nie była wyznaczana przez żadną jednostkę pochodzącą z gatunku ludzkiego. Tak do końca nie pamiętałam co się stało jednak byłam pewna, ze coś wydarzyć się musiało skoro doprowadziło to do tak osobliwego i rzadko spotykanego stanu upojenia wolnościowego, na które od zawsze czekałam. Z tej euforii wybudził mnie dziwny przebłysk – coś jest nie tak… Dlaczego akurat dziś ten stan przyszedł? Dlaczego nie wczoraj, nie jutro tylko właśnie dziś, właśnie w tej chwili? Zaintrygowana tym spostrzeżeniem wstałam i po wykonaniu szeregu porannych czynności codziennych wyszłam z domu. Idąc ulicami miasta mijałam ludzi, którzy nie zwracali na nikogo najmniejszej uwagi, więc i ja zachowywałam się podobnie. Ignorowałam ich i zaczęłam bezwiednie mijać kolejne postaci przewijające się przez moje otoczenie. Zawsze dziwiło mnie to specyficzne przyzwyczajenie moich bliźnich, którzy spotykają na swojej drodze tyle – być może – interesujących postaci, a od tak sobie, po prostu mijają je. Nie dążą do nawiązania jakiegokolwiek kontaktu. A przecież głównym założeniem, na którym opierał się motyw powołania do życia tylu jednostek było przebywanie w towarzystwie innych, utrzymywanie i ciągłe nawiązywanie nowych kontaktów międzyludzkich. A tymczasem poszczególne osoby zamiast szukać uśmiechu, spojrzenia, miłego gestu zamykają się w hermetycznych kulach własnego ja unikając jak ognia tych wszystkich społecznie naturalnych sytuacji. Z biegiem lat wytworzyło się coś co wszyscy przyzwyczaili się nazywać społeczeństwem, a tak naprawdę bardziej przypominało to aspołeczna grupę wyizolowanych bakalii w cieście, które to nieskładnie łączy je w jednorodną masę, której nadano pięknie brzmiącą etykietkę: społeczeństwo. I tak myślałam przemierzając kolejne ulice zmierzając do bliżej nieznanego sobie celu. W toku mojego koncypowania o losie ludzi jako wyalienowanych jednostek znów przeleciało mi przez głowę to samo pytanie: „dlaczego akurat dziś nad tym się zastanawiam? Przecież dzień w dzień zachowywałam się dokładnie tak jak te wszystkie osoby, starałam się mieć z nimi jak najmniej wspólnych cech i jakoś nigdy mi ta ich separacja nie przeszkadzała. Zawsze pocieszałam się tym, że jestem lepsza od nich. Jednak te myśli służyły tylko podbudowaniu mojego własnego, wiecznie żądnego pochwał ego. Tak naprawdę w niczym nie byłam od nich lepsza może, co najwyżej różna od nich, ale przecież to nie powinno stanowić żadnego myślowego wyznacznika, gdyż każdy jest różny. Świat składa się z milionów różnych osób. Nie mogłam w żaden racjonalny sposób wyjaśnić sobie dlaczego nagle zaczęła mi przeszkadzać ta nienormalna aczkolwiek mocno wbita w normalność sytuacja, dlaczego zaczęłam przywiązywać do tego wagę. Najbardziej jednak irytował mnie nie sam fakt ludzkiej obojętności, lecz moje nagłe uwrażliwienie, osiągające w porywach stan przewrażliwienia. Zaskakiwała mnie jeszcze jedna rzecz, którą uświadomiłam sobie dopiero po pewnym czasie, a mianowicie fakt, że nigdzie, absolutnie nigdzie się nie spieszyłam. Nic nie musiałam robić, nie miałam czegoś do załatwienia, nikt na mnie nie czekał. Miałam nieograniczoną ilość wolnego czasu. Myśląc o tym pokusiłam się o stwierdzenie, że jest to pewien przywilej mojego obecnego stanu – stanu najwyższej wolności. To w przeciwieństwie do nadwrażliwości mogłam zaakceptować bez większego oporu. Stale bowiem narzekałam na brak czasu i wreszcie dostałam wolność, więc było mi z tym dobrze. A moje zadowolenie podsycała świadomość, że ludzie mnie mijający nie mają go wcale, ciągle za czymś muszą gonić, a ich głowy są pełne zmartwień, kłopotów i problemów. Ja mogłam tę wolna przestrzeń wypełnić marzeniami i głębokimi przemyśleniami o zabarwieniu czysto egzystencjalnym. Oni nie mogli sobie na to pozwolić. Ja mogłam się w każdej chwili zatrzymać, zawrócić, popatrzeć w niebo czy wsłuchać się w miejski gwar. Oni nie mieli na to czasu. Zdobyłam nad nimi niewątpliwą przewagę, której oni nade mną nie mają i nigdy mieć nie będą. Ta przyjemna myśl zagłuszyła kołaczącą się po głowie irytację. Tak więc zatopiona w obłokach radości i wolności szczęśliwie spacerowałam dalej. Przemierzając miasto spotykałam coraz więcej znajomych osób, lecz co dziwne, oni mnie nie zauważali. Bez najmniejszych oznak radości czy jakichkolwiek innych uczuć po prostu mnie mijali. Ich twarze były spowite oparami przygnębienia. Mocno mnie to zasmuciło i wnet rozgoniło chmurki radości, choć oczywiście wolność pozostała. Mój zachwyt nad zaistniałą sytuacją nieco opadł. Bo po co komu wolność skoro nie można się nią cieszyć i dzielić z bliskimi? Chciałam nawet podejść, zapytać co się dzieje jednak nie miałam odwagi widząc ich obojętne spojrzenia i twarze bez wyrazu. Postanowiłam to przeczekać. W końcu każdy ma prawo do gorszego dnia. Przecież ja też często jestem dla nich oschła i nie zwracam na nich uwagi. Dlatego też przeszłam nad tym do porządku dziennego i dalej szłam. W pewnej chwili na mojej drodze wyrósł wielki budynek. Musiałam do niego wejść, aby móc przejść na drugą stronę ulicy. We wnętrzu dało się wyczuć specyficzna atmosferę szpitala. Odrobinę przerażona zmierzałam do drzwi wyjściowych. W plątaninie ciemnych korytarzy gubiłam drogę. Obok mnie słaniali się na nogach chorzy ludzie zanurzeni w swoich cierpieniach, bólu i we własnej tragedii. Nie zwracali na mnie uwagi. Nie byłam zaskoczona, bo dobrze wiedziałam, że mają oni własne problemy i nawet pewnie nie wiedza o moim istnieniu więc przyjęłam to ze spokojem. Była to sytuacja jak najbardziej normalna. Z resztą już abstrahując od ich choroby nie wydawało mi się, żeby ci ludzie wiedzieli jak wydostać się z tego strasznego miejsca. Ta obłędna wędrówka po zakamarkach szpitala trwała przez dłuższy czas, ale nie była w stanie określić go dokładnie, gdyż zegarek, który miałam do dziś na ręce nagle zniknął. W pewnej chwili na mojej drodze spotkałam osobę diametralnie inna od tych, które do tej pory widziałam. Sądząc po stroju był to ktoś z personelu. W każdym razie ta postać wydała mi się na tyle kompetentna, aby mogła mi pomóc wyjść z tego ogromnego, ciemnego, strasznego labiryntu na końcu, którego niewiadomo co może się czaić. Jednak jak uczy nas historia – nie może to być nic przyjemnego. Więc podeszłam do tej osoby i zaczęłam przedstawiać jej w najbardziej obrazowy sposób swoją krytyczną sytuację w jakie się znalazłam. Jednak…