Thriller · 14 min czytania
nie(zbyt) dzielne spotkania
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nazywam się Zbigniew. Niedawno skończyłem studia i zacząłem pracę jako inżynier budowy mostów. Mam drogi telefon komórkowy i wypasionego laptopa. Jestem dumny ze swojego życia, które przebiega w sposób w pełni przeze mnie akceptowany. Idę właśnie po gorącym od słońca chodniku. Uśmiecham się na widok trzymających się za ręce nastolatków. Oczywiście chodzi o chłopca i dziewczynę, a nie o jakichś dumnych gejów czy urocze lesbijki. Śmieję się, ponieważ nie wierzę w związki. Jeśli potrzebuję kobiety, to idę na dyskotekę i ląduje w łóżku jakiejś uroczej Marty czy słodkiej Dominiki. Nie mam czasu szukać odpowiedniej niewiasty. Samice kojarzą mi się z kuponami na loterii - na początku każda daje nadzieję na wygraną, ale z czasem bardzo mało okazuje się mieć odpowiednie liczby i nadają się tylko do wyrzucenia. Chyba niepotrzebnie zanudzam, ale ostatnio miałem problem ze znalezieniem nawet przelotnej partnerki, a uszczuplanie budżetu przez zatrudnianie prostytutek sprawia, że jestem trochę markotny. Seks powinien być tylko dodatkiem do rozmnażania, a nie źródłem bez konsekwentnej przyjemności. Społeczeństwo wykształciło jednak inne wzorce, więc bez cienia wstydu oddawałem się tym bezpiecznym uciechom. Ziewnąłem głośno, lecz nawet wypuszczone kilkanaście sekund wcześnie gazy miały większe znaczenie od tej oznaki zmęczenia. Nikogo nie obchodziło, że całą noc pracowałem nad jakimś cholernym projektem i nie miałem siły na egzystencje w ten cudowny ranek. Oczywiście inaczej było z pierdzeniem, które błyskawicznie skomentowała przechodząca obok mnie kobieta. Nie widziałem nigdy żeby świnia zachowywała się w podobny sposób, więc porównanie tej staruszki dowodziło tylko jej głupoty. Ciekawi mnie czy ktokolwiek słyszał by jakikolwiek gatunek świni pierdział. Byłem z miasta i moja znajomość tych zwierząt ograniczała się do świnek morskich, więc do ekspertów nie należałem, ale kobieta nie sprawiała wrażenia mądrzejszej w tej dziedzinie, choć takie głośne wyrażanie niezadowolenia powodowało, że kojarzyła mi się z wieśniaczką, a właśnie na wsi występują świnie, które ja znam jedynie pod postacią jedzenia. Spojrzałem teraz na jakąś sklepową wystawę, ale nie wiem, co znajdowało się za szybą, bo skupiłem wzrok na swoim odbiciu. Dlaczego taki fajny facet miał takie głupie myśli? Nie wiedziałem. Wiedziałem za to, że jest niedziela i mam dziś wolne. Wyszedłem tylko na krótki spacer, ale kościelne dzwony wybiły nowy cel. W końcu byłem chrzczony i nie rzucono na mnie jakiejś ekskomuniki, czyli mogłem odwiedzić dom boży. Myślałem chwilę o tym wykluczeniu z kościoła i zastanawiam się jak ludzie mogą wykluczyć z kościoła skoro Jezus umarł za grzechy wszystkich. Zobaczyłem przed oczami starszą kobietę z ładnym berecikiem. Krzyczała ona coś o paleniu więźniów, których należy zesłać do piekła. Najgorsze jest to, że nie stworzył jej mój umysł, lecz widziałem ją kiedyś w telewizji, ale chyba nie ma to znaczenia - każdy żyje własnym życiem, a jeśli banda idiotów pokazuje takie rzeczy w masowych odbiornikach, to można tylko zbojkotować ten kanał. Przypomniał mi się również odwieczny problem wiary - skoro Adam został stworzony szóstego dnia, to, dlaczego naukowcy mają zupełnie inną teorię na temat powstania i rozwoju człowieka? Znowu ziewnąłem. Potrafiłem samego siebie zanudzić. Moje życie było niestety tylko monotonnym odtwarzaniem kilku czynności z ledwie paroma kroplami światła w szarym morzu. Rzeczywistość znacznie różniła się od filmów akcji, co niezbyt podobało się mnie - wychowanemu, na Johnach Rambo i Terminatorach, mężczyźnie. Chciałbym żeby chodnik zaczął mnie wsysać niczym bagno. Wtedy wskoczyłbym na ulicę - pół metra przed pędzącym tirem. Zderzenie? Nie! Zwolniłbym czas ala Matrix i wykonał kilka ładnych salt żeby stanąć na dachu pojazdu. Niestety takie rzeczy tylko w e… grach komputerowych. Oczywiście tam również występują pewne ograniczenia, lecz akcji na pewno nie brakuje. Na szczęście niepotrzebne myśli opuściły mą głowę, gdy ujrzałem przed sobą kościół. Jego kamienne ogrodzenie wyglądało dużo starzej niż sam budynek. Pierwszą rzeczą, która przykuła moją uwagę była metalowa tabliczka z napisem: „Wszyscy byliśmy skalani, a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata. My wszyscy opadliśmy zwiędli jak liście, a nasze winy poniosły nas jak wicher” - pod tą odważną sentencją tkwiły jeszcze jakieś dziwne cyferki, ale nie miały one chyba żadnego znaczenia. Muszę przyznać, że nie widziałem wcześniej tej tabliczki, więc musiała być tu od niedawna, czyli od mniej niż piętnastu lat. Spojrzałem na kościół zbudowany z zewnętrznie nie tynkowanej, czerwonej cegły. Posadzony był na kamiennym fundamencie. Mogłem jeszcze długo opowiadać o konstrukcyjnych szczegółach, lecz nie miało to chyba sensu, bo efekt każdy widział. Miałem wolne i chciałem odpocząć od wszystkiego, co ma jakiś związek z budownictwem. Porównałem ten budynek do człowieka - chyba nikt nie chciałby słuchać o siedmiometrowym, cienkim jelicie i grubszym imienniku, który łączy się z przechowalnią odchodów. Mogę, więc tylko dodać, że okrągłe okno nad głównym wejściem było zdobione naprawdę ładnym witrażem. Drewniane drzwi stały otwarte na oścież. Prócz głównej bramy zbudowano również dwie boczne i oczywiście jedną tylnią dla pracowników. Na początku chciałem przeczekać mszę w przedsionku, ale dalej było dużo wolnych miejsc, więc postanowiłem usiąść. Usadowiłem w przedostatniej ławce obok kilku staruszek i spojrzałem na drogi zegarek luksusowej szwajcarskiej firmy - spadek po babci z Niemiec. Zapowiedziała ten pośmiertny prezent, kiedy spóźniłem się na pociąg do Berlina. Aktualnie była godzina dziesiąta pięćdziesiąt dwa, czyli mogłem jednak opisać dokładniej budowę kościoła, bo do rozpoczęcia mszy zostało osiem minut. Spojrzałem z nudów w górę, na gwiaździste sklepienie. Niestety nie przyjrzałem mu się zbytnio, bo szturchnęła mnie właśnie siedząca obok babcia. - Widzę tu pana po raz pierwszy - zaczęła szeptem. Przytaknąłem kiwnięciem głowy. - Kolejna zagubiona dusza znalazła sens? - nie byłem pewny czy to pytanie i niezbyt rozumiałem te słowa, które prawdopodobnie odnosiły się do mnie. Nasza rozmowa z góry skazana była na porażkę, ponieważ miałem już mocno wyrobione zdanie na temat takich kościelnych babć. Oczywiście postarałem się odpowiedzieć jak najmilej. - Po prostu mam pewną prośbę - odrzekłem, a kobieta spojrzała na mnie groźnie. Podobnie zrobiła staruszka obok niej. Całkowicie speszyłem się, gdy odwróciły się jeszcze dwie babcie z ławki przed nami. W końcu ich gest dał mi do zrozumienia, że mówię za głośno, więc przeprosiłem szeptem. Bąknęły coś o ignorancji i braku szacunku, po czym z…