Fantastyka · 30 min czytania
Niebezpieczne Wagary
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Tego dnia zbudziłam się o godzinie szóstej rano. Usiadłam na łóżku, przecierając oczy. Znowu do szkoły, ale tym razem tylko po to by zostawić plecak, gdyż ja i siódemka moich przyjaciół idziemy na wagary. Ja po raz pierwszy idę na coś, co rodzicie mi odradzali, dotychczas jeszcze tego nie robiłam, wiedząc, że na robię sobie zaległości. Ale raz można było tam nie iść. Moi przyjaciele mieli pożyczyć od jakieś koleżanki zeszyty i wyjaśnił jej, że my idziemy się gdzieś włóczyć w czasie lekcji. Nawet ta dziewczyna twierdziła, że to zły pomysł. Po jakimś czasie ubrałam się i spakowałam plecak. Zjadłam syte śniadanie i wyszłam z mieszkania. Po drodze na klatkę schodową spotkałam tego starca, który niedawno wprowadził się do naszej kamienicy. Zatrzymał się przy mnie i rzekł: - Lepiej idź na lekcję, bo te wagary mogą się źle skończyć – to mnie wkurzyło. - A co pana obchodzi, co zamierzam robić? – zapytałam, patrząc nieprzyjaźnie na tego człowieka. – To nie jest pana sprawa! – powiedziałam, schodząc ze schodów. Starzec pozostał na górze. Wyszłam z kamienicy i pognałam do szkoły. Po jakimś czasie dotarłam do szkoły. Tam czekali moim przyjaciele: Zosia, Aśka, Marta, Marysia, Paweł, Jarek i Marek. Uśmiechnęli się na mój widok... - Cześć, Monika gotowa na pierwsze w swojej karierze wagary? – spytała ze śmiechem Jarek. - No pewnie – powiedziałam. – Ale najpierw pozbądźmy się plecaków. Ech, jaka szkoda, że jesteśmy już w ostatniej klasie gimnazjum. Nie znoszę tych zmian szkoły. Wszyscy mnie w domu ostatnio wkurzają nawet sąsiad działał mi dziś na nerwach. - A mnie wkurzają nauczyciele – powiedział Jarek. – Chodźmy do szafki tam zamkniemy plecaki. Weszliśmy do szkoły. Na korytarzu przed salami lekcyjnymi wsadziliśmy nasze plecaki do szafek, po czym zatrzasnęliśmy te szafki na klucz, a potem wyszliśmy na świeże powietrze. Siedzieliśmy przez chwilę na huśtawkach niedaleko szkoły i obmyślaliśmy gdzie się włóczyć podczas wagarów. W końcu zdecydowaliśmy się włóczyć bez celu. - Pospacerujemy sobie po mieście, a jak się skończą lekcję pójdziemy po plecaki – rzekł Jarek. - Zgadzam się – powiedziałam, uśmiechając się beztrosko. - Więc wszystko ustalone – zawołał Paweł. – Idziemy stąd, bo jeszcze Romańska nas złapie. Szliśmy po mieście rozmawiając o różnych wesołych tematach niezwiązanych ze szkołą. Rozprawialiśmy o tym starcu, który dawał mi jakieś ostrzeżenia na temat wagarów. Aśka, Marta i Marysia wyśmiały jego ostrzeżenia, wołając basem, „ Jeżeli pójdziesz na wagary, to będzie ostatnią rzeczą, jaką zrobisz w życiu”. Wszyscy zaśmialiśmy się z tego beztrosko. Wkrótce jednak mieliśmy pożałować, że nie wzięliśmy tego ostrzeżenia pod uwagę. Nagle ujrzeliśmy jakiś gęsty i ciemny las. Tego lasu jeszcze nigdy tutaj nie widzieliśmy. Po krótkiej naradzie weszliśmy do niego. Było tutaj przerażająco cicho. Miałam uczucie, że jesteśmy, jakby obserwowani. Szliśmy niepewnie po tym lesie, baliśmy się tej puszczy z niewiadomego powodu. Nagle usłyszeliśmy tętent kopyt, najpewniej konia. - Słychać odgłos konia. Ktoś się zbliża – wyszeptała Marta. - No to wpadliśmy – szepnęła Aśka. - Mi się od początku, gdy tutaj weszliśmy, potęgował się jakiś, nieopisany strach – powiedziałam cicho. - Może uda nam się stąd nawiać – jęknął Marek. – Spróbujmy , póki mam jeszcze szansę. Wszyscy skinęliśmy głowami. Jednak nie zdążyliśmy zrobić ani jednego kroku. Przed nami stanęło dziesięć postaci na koniach. Okrążyły nas odcinając wszelką drogę ucieczki. Nie rozumieliśmy, czemu nas w ten sposób okrążyli, nie dając nam szans na wyjście z lasu. „ Czy oni mają złe zamiary wobec nas?” – pomyślałam ponuro, czując się nieswojo pod ich spojrzeniem. Przyjrzałam im się uważnie. Dziewięciu z nich było odzianych na czarno, a ich twarze zakrywał kaptur. Dziesiąty z nich także był owinięty w czarny płaszcz, ale widziałam jego twarz. Była odrażająca. Przerażał mnie ten nieznajomy mąż. Siedział na czarnym, obrzydliwym koniu. Ja i moi przyjaciele staliśmy spokojnie, nie wiedząc czy uciekać, czy stać w miejscu i dowiedzieć się, z kim mamy do czynienia. W końcu jeden z nich przemówił zimnym, pozbawionym wszelkich uczyć głosem: - Co taka banda malców robi samotnie w ciemnym lesie? – Jarka to wkurzyło. - A co cię to obchodzi, pajacu?! – zawołał ze złością Jarek. – To nasza sprawa, co my tu robimy i kiedy sobie stąd pójdziemy. Po za tym nie jesteśmy mali. Mamy po czternaście albo po szesnaście lat. Jego słowa były nie na miejscu, ów nieznajomy zsiadł z konia i stanął groźnie przed Jarkiem. Ja trochę zdenerwowana powiedziałam: - Jeżeli chcesz wiedzieć kim jesteśmy to ci nic nie opowiemy, z nieznajomymi to nie gadamy, a po za tym my już stąd sobie idziemy – wymówiłam te słowa ze zdenerwowaniem. Nieznajomy drgnął na te słowa i zaśmiał się drwiąco. - Chyba nie jesteśmy na ty! – powiedział ostro. – Nigdzie stąd nie pójdziecie. Otrzymaliśmy wyraźne rozkaz: pojmać każdego, kto będzie się włóczyć po tym lesie. Nie możecie stąd odejść. Nigdy już nie opuścicie tego lasu. Jesteście teraz naszymi więźniami. Na zawsze – zwrócił się do swoich towarzyszy. – Brać ich! Nie mieliśmy świadomości, że mamy do czynienia z Nazgûlami, Upiorami Pierścienia oraz z Rzecznikiem Saurona, który był jego zaufanym sługą. Siedem czarnych postaci zbliżyło się do nas i mocno złapały nas za ręce. Próbowaliśmy jeszcze stawiać opór, ale oni byli więksi i silniejsi od nas to też bez problemu wsadzili nas na konie. Nie wiedzieliśmy, co oni chcą z nami uczynić. Zostaliśmy bezprawnie pozbawieni wolności, nie mając żadnych szans na ratunek. - Nie masz prawa! – wrzasnęła Aśka, próbując zsiąść na ziemię. Ten człowiek zaśmiał się drwiąco na te słowa i krzyknął do swoich kompanów: - Trzymać ich! Oni nie mogą nam teraz uciec. A teraz jazda! Uderzył konia ostrogą i ruszył galopem. Za nim pojechali dziewięciu pozostałych. Podczas jazdy próbowaliśmy się kontaktować ze sobą, ale ten człowiek za każdym razem podjeżdżał do swoich kompanów, którzy nas trzymali i szturchał każdego z nas, który próbował się odezwać do drugiej osoby. Ta droga ciągnęła się nam w nieskończoność. Marta z irytowana szydziła z tego człowieka twierdząc, że ona narusza naszą nietykalność osobistą. Nieznajomy podjechał do Czarnego Jeźdźca, który wiózł dziewczynę i uderzył ją w twarz. Marta przez chwilę siedziała z opuszczoną głową, oszołomiona brutalnością tego człowieka. Po paru minutach milczenia zadałam temu człowiekowi, pytanie, które nurtowało, od kiedy oni nas zaczepili: - A można, chociaż wiedzieć coście za jedni? Mężczyzna odwrócił się w moją stronę i zaśmiał się drwiąco. - Następna się odezwała! – powiedział drwiącym tonem. – Ale jeśli chcecie wiedzieć, chętnie się przedstawię. Jestem Rzecznikiem Saurona i do niego was zabieramy. A ci dziewięciu to Nazgûle, Upiory Pierścienia, wierne sługi Saurona i Melkora. Nie martw cię się! Mój pan dobrze was ugości, aż ta gościna na bok wam wylezie. Byliśmy kompletnie przerażeni, gdyż wiedzieliśmy już, z kim mamy do czynienia. Postanowiliśmy ze sobą nie rozmawiać obawiając się rozzłościć okrutnego sługę Saurona. Mój mózg jednak pracował na wysoki obrotach. Postanowiłam zrobić wszystko, by nie stanąć przed obliczem Saurona i Morgotha. Przypomniało mi się, że Nazgûle oprócz ich Wodza boją się wody. Miałam w kurtce półlitrową butelkę wody, więc postanowiłam ją wykorzystać. Wyjęłam tą butelkę z trudem z kieszeni od kurtki, odkręciłam korek butelki, po czym odwróciłam się twarzą do Nazgûla. Chociaż było mi zimno za sprawą ogarniającego mnie Czarnego Tchnienia, nie ugięłam się pod tym ciosem, który dla innych istot był zabójczy. - Na chlej się, kanalio! – cedząc te słowa polałam Nazgûla. Nazgûl wrzasnął przeraźliwym głosem zatrzymując się gwałtownie. Wtedy zsunęłam się z konia i zaczęłam uciekać. - Khamul, ty idioto! – usłyszałam jeszcze gniewny głos Rzecznika Saurona. Uciekałam na oślep, nagle za sobą usłyszałam tętent kopyt. Ścigano mnie. Odwróciłam po chwili głowę i stwierdziłam, że goni mnie inny Nazgûl. To nie był byle, jaki Nazgûl, ale sam Czarnoksiężnik z Angmaru, który był mistrzem w czarnej magii. Przyspieszyłam biegu tak jak potrafiłam. Wiedziałam, że nie umknę pościgowi na koniach, ale postanowiłam uciekać jak najdłużej się da. - Nie daj się im złapać, Monika! – zawołała Aśka. Nieprzyjaciel słysząc te słowa zamyślił się. A potem rzekł. - Zamilcz, bo jeszcze mogę zapomnieć, że mam cię utrzymywać przy życiu! – syknął sługus Saurona, a Aśka zamilkła bardzo przerażona. Moi przyjaciele byli trzymani w objęciach Nazgûli, na wypadek gdyby, któryś z nich próbował powtórzyć mój wyczyn. Wrogowie zatrzymali się na jakiś czas by poczekać aż Czarnoksiężnik z Angmaru wróci z pościgu za mną. Ja w tym samym czasie biegłam przez las. Kropelki potu spływały mi po skórze. Nieprzyjaciel ścigał mnie nie wzruszenie wiedząc, że zaraz opadnę z sił.. Pobiegłam ostatnim wysiłkiem jeszcze szybciej, nie chcąc się tak szybko poddać i dać się ponownie schwytać Nazgûlowi. Nagle tętent kopyt ustał. Odwróciłam głowę chcąc dostrzec wroga. Zobaczyłam stojącego konia Nazgûla, na którym siedział sam Upiór Pierścienia. Widziałam, że uniósł rękę w czarnej rękawicy wskazując nią na mnie, po czym zacisnął ją w pięść. W tej jednej chwili ogarnął mnie taki ból, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie doznałam. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Czułam się bardzo słaba, chociaż przed chwilą byłam w dobrej formie. Padłam na ziemię i leżałam półprzytomna. Byłam bardzo osłabiona. Ogarnęła mnie rozpacz rozumiejąc, że wróg ma mnie w garści. Resztkami sił starałam się podnieść z ziemi, lecz to był daremny wysiłek. Urok, który rzucił na mnie Nazgûl pozbawił mnie na tyle sił, że mogłam już tylko pełznąć. „ Nie mogę stanąć na nogach, jestem zupełnie bezradna” – pomyślałam, czując w sercu gorycz porażki. Upiór Pierścienia ubódł swojego wierzchowca ostrogą i powoli podjechał do mnie. Zatrzymał się parę centymetrów ode mnie leżącej bezsilnie na ziemi. Nazgûl zbliżył do mnie szponiastą rękę by mnie złapać i wciągnąć na konia. - Odejdź! – krzyknęłam. – Zostaw mnie w spokoju. Te słowa Nazgûla nie wzruszyły. Chwycił mnie mocno za ramię i siłą wciągnął na konia. Oparłam głowę o koński grzbiet, byłam za słaba by obmyślać jakąkolwiek próbę ucieczki. Nazgûl pojechał ze mną tam skąd uciekłam. Po jakimś czasie Nazgûl zatrzymał się przed Rzecznikiem Saurona, który był rozwścieczony moją zuchwałością, że ośmieliłam się próbować uciec. Patrzył się teraz na mnie z mieszaniną wściekłości, pogardy, satysfakcji i zdumienia. Chwycił mnie brutalnie za podbródek i syknął do mnie półgłosem: - Nie ja wymierzę ci karę za ten wybryk, ale mój władca to uczyni. Potrafi ci zapłacić za każde twoje sztuczki. Dostaniesz na miejscu taką nauczkę, że odechce ci się raz na zawsze głupich figli. Dalszą drogę spędziłam na grzbiecie wierzchowca Czarnoksiężnika z Angmaru, który jako jedyny z Nazgûli nie bał się wody. Nie mogłam na nim zastosować tego samego numeru co z tamtym Nazgûlem. Po za tym byłam bardzo osłabiona po tej próbie ucieczki. Moi przyjaciele byli zrozpaczeni, nie mogliśmy ze sobą rozmawiać, bo okrutni oprawcy uciszali nas przy każdej próbie. W tej czarnej godzinie zaczęliśmy żałować, że nie poszliśmy na lekcję jak należało było to zrobić. Zasnęłam w końcu z wycieńczenia. Po dwóch godzinach obudziłam się i ujrzałam wielką i groźną twierdzę. To tam nas wieziono. Czując, że odzyskałam już pełnię sił postanowiłam ponownie spróbować uciec. Nazgûl przecież mnie nie trzymał. Wisiałam luźno na grzbiecie jego wierzchowca. Nie użyto wobec nas więzów. Zastanowiłam się chwilę. Czy da się ześlizgnąć z galopującego konia, nie wyrządzając sobie żadnej szkody. Postanowiłam tę sztukę spróbować, zsunęłam się z konia. Źle stanęłam i padłam na trawę. Mocno sobie skręciłam nogę. Dostrzegłam jakieś krzaki i błyskawicznie się w nich skryłam. Wrogowie wjechali do twierdzy. Dostrzegłam jeszcze ból w oczach Aśki nim zniknęła w głąb twierdzy. Wyszłam z krzaków i z ciężkim sercem pobiegłam w tą stronę skąd tu przyjechaliśmy. Nie zauważyłam, że biegnę środkiem ścieżki prowadzącej do tej twierdzy. Usłyszałam tętent kopyt i poczułam jak jakiś sznur owinął mi się wokół ciała. Gwałtowne pociągnięcie zwaliło mnie z nóg. Poczułam, że jestem siłą ciągnięta po ziemi. Wróg, który mnie złapał wjechał do twierdzy. W twierdzy, w której się znalazłam było przerażająco ciemno. Ja byłam teraz strasznie obolała, gdyż ciągnięto mnie brutalnie po ziemi. W tym ciemnym korytarzu paliły się tylko świece. Zbladłam ze strachu na widok rozwścieczonego sługusa Saurona. Przeciął wreszcie sznur, którym mnie związał. Chwycił mnie brutalnie za kurtkę i podniósł z ziemi. Wysyczał do mnie półgłosem: - Twoja kara będzie o wiele cięższa niż przed tym głupim numerem. Zapewniam cię, ale na razie strażnik zamknie was w celi. Właśnie idzie. Rzucił mnie brutalnie na ziemię i uderzyłam głową o kamienną posadzkę. Przez chwilę jeszcze kręciło mi się w głowie, w końcu zobaczyłam swoich przyjaciół. Byli tak samo przerażeni jak ja. Przytulali się do siebie. Wstałam i pobiegłam do nich, wszyscy skuliliśmy się obok siebie, drżąc ze strachu. Rzecznik Saurona zaśmiał się drwiąco na ten widok. Nagle podszedł do nas obrzydliwy ork i zaczął nam się uważnie przyglądać, po czym wrzasnął. - A co to za łachmaniarze?! - A ty, co? Łachmaniarz? – spytał ze złością Jarek. Ork chwycił go za kurtkę i chciał go dźgnąć sztyletem, ale Rzecznik Saurona go powstrzymał. - Wtrąć ich do lochu – polecił sługus Saurona. – Ja muszę teraz porozmawiać z naszym panem. Ork skinął głową i szturchnął mnie brutalnie między łopatki i kazał nam iść za nim. Posłusznie ruszyliśmy za orkiem w głąb twierdzy. Przez parę minut schodziliśmy po schodach prowadzących do lochu. Po jakimś czasie zamknięto nas w jakieś dość dużej celi. Byliśmy uwięzieni. Usiadłam bezradnie na ziemi. Ten starzec miał chyba rację, że te wagary źle się skończą. - Ten starzec miał rację w sprawie tych wagarów – powiedziałam cicho. – Wiedział, że nas złapie sługus Saurona. Nawet nie wiem, co oni teraz z nami zrobią. Zamknięto nas tutaj. - Nie martw się, Moniko – szepnął Paweł, próbując mi dodać otuchy, ale i tak widziałam, że on także się boi. - Najważniejsze, że jesteśmy razem – szepnęła Aśka. – Morgoth przecież jeszcze nas nie rozdzielił i być może jakoś to razem przetrwamy. Ciebie możemy podziwiać, Monika, ty miałaś odwagę dwa razy próbować im uciec. Ja bym nie miała takiej... Nie dokończyła zdania. Drzwi naszego więzienia otworzyły się i zobaczyłam Rzecznika Saurona. Zakończył on przed chwilą rozmowę z Morgothem i przyszedł teraz do nas by zaprowadzić nas przed jego oblicze. - Pan tej twierdzy chce się z wami widzieć – oznajmił Rzecznik Saurona z…