Melodramat · 11 min czytania
Niebezpieczny poker
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Życie rozdawało znaczone karty w pokera grał nimi z losem czas chciał wygrać przeszłość człek uparty powroty nie wyleczą błędów w nas.
(wladtur48)
Fu, obrzydliwe miasto. Nisko płynące, zadziorne chmury pluły drobnym kapuśniaczkiem, topiąc w falach depresji pozytywne myśli. Smutne, ciemne łaty oceanu po prawej stronie autostrady pieczętowały stan duchowy Jacka. Po dziewięciu latach w Stanach wracał do kraju! -O, kurcze!-zaklął szpetnie. Przypominając listy "życzliwych" i dyskretne telefony z przed paru lat. Szczególnie utkwiły mu w pamięci dwa paszkwile od żony przyjaciela. Pierwszy, raczej w łagodnej formie, informujący o romansie jej męża. Drugi, pełen żalu i pretensji, do Jacka. Jakby on był winien tej miłosnej zadymie.....że swego męża Edka już przeklęła, jego koniec bliski, a tę sukę Baśkę - Jacka żonę też by załatwiła specjalnymi czarami, ale żal jej ich dzieci. Błagała, aby Jacek coś z tym zrobił. - Akurat-pomyślał, przypominając z niesmakiem krewką żonkę, z którą ożenił się dla jej nieprzeciętnej urody;- no i ta ciąża. - Tak, młodość nie wybiera- ślepa miłość, wspierana przez żądzę robi swoje - Jacek głośno westchnął. - Nie cieszysz się z powrotu? - chciał zagaić rozmowę przypadkowy znajomy, który odwoził go na nowojorskie lotnisko JFK. Jacek nie odpowiedział, nie był dzisiaj skory do pogawędek. - A, niech to szlag!- zawsze zasranym na wierzch -przypomniał ulubione powiedzonko swojego ojca, który zmarł rok temu z ostatnim słowem imienia syna jedynaka na sinych ustach - gdzie jest Jacuś? Łzy przerwały jego oczną tamę, nieśmiało orząc bruzdy na rasowych, męskich policzkach Jacka.Był przystojnym 43-letnim mężczyzną, mierzącym metr osiemdziesiąt dwa wzrostu. Kierowca niespokojnie poruszył się, zerkając we wsteczne lusterko. - Jest ok. - mruknął pasażer, odgadując nieme pytanie kierowcy. Dusił się w garniturku dżentelmena, kupionym przed wyjazdem wraz z długim płaszczem dyskretnie szpanerskim jak na owe czasy. Dojeżdżali do lotniska, okrążonego serpentyną pajęczyn wjazdów, podjazdów i całego gówna zwanego nowoczesnością. - Bunkry nowoczesności, ukute pozorną "prawie" wiecznością, podziwianą przez narody świata znudzonych barwami przyrody-konkludował Jacek. Wtedy nie wiedział, że pokerowe, życiowe rozgrywki zweryfikują jego poglądy - nie był graczem, a tylko zabawką w rękach bezwzględnych graczy. Nareszcie JFK, ubabrane deszczową, smutną paplaniną himerycznej, smutnej pogody, nie prezentowało się radośnie. Jacek instynktownie wiedział, żegnając NY, że kończy się na zawsze stare, a zaczyna nowe. Był 1994 rok, początek grudnia. Wtedy jeszcze na lotniskach odprawy paszportowe były szybkie i bezbolesne, przynajmniej w Stanach. - Żegnaj Ameryczko! - zapałał ironią Jacek, sadowiąc się wygodnie "w okratowanym indywidualnie" samolotowym fotelu. Kilka formalności w angielskim bełkocie stwerdessy i Boeing 737 ostrożnie kołując wbił się wreszcie w kołtun chmur w poszukiwaniu błękitu nieba. Jacek dyskretnie rozejrzał się po współpasażerach. Emigracyjny światek rodaków głośno rozprawiał o amerykańskich sukcesach. Ubrani w wytarte dżinsy i koślawe adidasy mężczyźni w większości w średnim wieku, stwarzali pozorną namiastkę nowoczesności. Jaskrawo wydekoltowane panie, odważnie prezentowały swoje wdzięki, które przedzierały się przez kuse bluzeczki i spódniczki. Jacek wyłuskał tę grupę pasażerów wśród kolorowej inności, chcąc mieć jakąś skalę porównań do własnej osoby. - Wyszedłem na wsiowego przygłupa przez swój strój -dyskutował w myślach sam z sobą. - Wszyscy na luzaka, a ja opięty garniturkiem, okryty tym luźnym płaszczem - robol rżnie biznesmena - pomyślał z niesmakiem o sobie Po ośmiogodzinnym tłuczeniu się podniebnym szlakiem, usłanym turbolencjami i niebotycznym stresie Jacka, bez żadnych przykrych przygód samolot wylądował bezpiecznie na lotnisku Okęcie w Warszawie. - Co za ulga!-Jacek był szczęśliwy. Nawet jesienno-zimowa plucha siejąca drobnym śniegiem zmiksowanym z deszczem, wydawała się słoneczna! - Kocham was rodacy, jestem w domu!-łzy niepewnie zakreciły się w oczach Jacka - dziewięć lat próżni, pomyślał. Odebrał w hali przylotów swoje dwie duże walizy i z podręczną torbą na ramieniu kroczył, rozglądając się wkoło, ku nowej przygodzie, zwanej niezbyt pieszczotliwie życiem. Dwoje celników -kobieta i mężczyzna w wieku grubo po trzydziestce bacznie obserwowało "zamożnego" w ich oczach Amerykanina. - Dawaj prześwietlimy te walizy - polecił obcesowo celnik. Celniczka z pogardą patrzyła w okno odczuć Jacka, oczy - czytając jak z księgi jego reakcje niedowierzenia i konsternacji na brak profesjonalizmu urzędników, bądź co bądź zobligowanych swoją funkcją do grzeczności. - Przewozisz za dużo butelek alkoholu!-orzekła zabarwionym groźbą głosem. - Musimy je skonfiskować - dodała, zalotnie stawiając prawą stopę na transportowym wózku, co spodowało podwinięcie służbowej spódniczki. - Niezła jesteś.....gdyby nie te premitywne odzywki, byłabyś dobrą reklamówką turystyczną -lotem błyskawicy mignęła myśl w głowie Jacka. - Podzielisz się, to przepuścimy - zawyrokował filozoficznie celnik. Jacek zdębiał, stał jak kołek patrząc na celników. - Czy to żart? - zdołał wydukać. - To co mamy skonfiskować pięć butelek nadwyżki? - Dobrze, ale ja je zabiorę, wracając - szepnął Jacek. - Ok. zmykaj…