Melodramat · 7 min czytania
Niebezpieczny poker cz. II
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Każda twórczość udaje prawdę - historia zmyślona nie mająca pokrycia w świecie realnym.
Późną nocą kończył się zakrapiany obficie przywiezioną z Ameryki gorzałą, powitalny wieczór. Stare opowieści gości, wzmacniane częstymi toastami, kończyły się wiarą, że święci i męczennicy panują zza grobu. Ciężki, wiejski bigos rozcieńczony alkoholem bezkarnie buszował w żołądku Jacka, wzbudzając wymiotną opozycję, zmuszając tym "przyszywanego Amerykańca" do sprintów z ciepełka. Do ubikacji, jako warta honorowa odprowadzała go dorodna wataha wiejskich psów, warujących wiernie przed domem w oczekiwaniu na balujących właścicieli czworonogów. Z jesiennego błota lekki przymrozek zdążył wyrzeźbić już artystyczne nierówności, leciutko polerując białym szronem otaczający Jacka świat. Znajomy wiejski księżyc, zawisł na konarach bezlistnych drzew z ciekawością obserwując swego dawnego przyjaciela, którego otulał i pocieszał marzeniami przed wieloma latami. Szeroką Mleczną Drogą zdążała plejada gwiazd; Wóz Duży, Wóz Mały i cały zwierzyniec wszechświata z Gwiazdą Polarną na czele. Jacek patrzył jak urzeczony na cudowną alchemię nocy, stwarzającej wrażenie, jakby ktoś złapał Białą Niedźwiedzicę za ogon, wprawiając ją w ruch wirowy. Powróciły ze wzmorzoną siłą wspomnienia, wyciskając niechciane łzy. Jacek dokładnie usunął dowody słabości z oczu i policzków wcielając się znów w przystojnego dandysa. Już jako twardziel wrócił do balujących na jego cześć przyjaciół. Powitał go mezzosopran liryczny w wykonaniu zespołu Koła Gospodyń Wiejskich, wspomagany dzielnie niskim basem miejscowego sołtysa, przy akompaniamencie oparów alkoholu. Kochał tych ludzi. W większości starsi, w wieku jego mamy, byli dinozaurami przemijającej epoki. Szczerzy, bezpośredni, życzliwi - wspaniali ludzie. - Czas kończyć powitania - ogłosiła buńczucznie żona Baśka, wzbudzając tym wesołość nielicznych, pozostałych gości. - Widzisz jak jej się spieszy do mężusia - ripostowała złośliwie starsza siostra Baśki, Zosia. Jacek milczał. Doszedł do wniosku, że i tak go nikt nie rozumie, kiedy opowiada o Ameryce. Oni byli przekonani, że wiedzą więcej. Było już dobrze po dwunastej w nocy, kiedy ociągające się towarzystwo po wypiciu "hołoblowego", hałaśliwie wytoczyło się się do swych włości. Znikła też asysta wiejskich psów. Zmęczony Jacek zniesmaczony podpitą, hałaśliwą żona w milczeniu szykował się do snu w drugiej połowie domu. - A ty co szałaputo! - usłyszał za plecami głos - jestem twoją żoną, czy nie? Z jej oczu popłynęły łzy, które z twardziela uczyniły miękkiego, czułego cieniasa. Była godzina szósta rano. Jacka obudziło pianie wiejskiego dzwonnika, koguta. Poza tym martwa cisza. Znikło bogactwo wypowiedzi gwiazd, wraz z promilami wypitego alkoholu. Nawykły do całodobowego hałasu w metropolii Jacek, czuł dyskomfort. Cisza gwałciła jego uszy. Wstał, wypił piwo i położył się z powrotem obok Baśki. Odczuwał niewytłumaczalny niepokój. Dzień przywitał go mgłą, która topiła wierzchołki drzew sosnowych lasów, falujacych wśród niskich pagórków. Było fantastycznie, pięknie. Do rzeczywistości przywołał Jacka współczesny rumak w postaci…