Inne · 16 min czytania
Niebieski płomyk nadziei cz.1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Minął już rok, a ja nadal miałam przed oczami tamten dzień. Codziennie rano zastanawiałam się, co mną wtedy kierowało. Dlaczego tak się stało? Czemu lekarze wmawiali mi, że chciałam popełnić samobójstwo? Na te pytanie nigdy nie poznałam odpowiedzi. Zima przyszła i odeszła niespodziewanie. Ostatnie zaspy śniegu roztapiały się z każdą minutą. Sople lodu przeradzały się w krople wody, które kapały coraz szybciej. Stęsknione wiosny dzieci biegały po podwórku, nie zbaczając na duże kałuże. A ja siedziałam przy oknie i patrzyłam. W tych malcach widziałam siebie, kilkanaście lat temu, kiedy nie musiałam podejmować ważnych decyzji. Często wspominam, jak miałam sześć lat i nie wiedziałam, jakiego lizaka sobie kupić. Potrafiłam pół godziny stać przy lodówce, zanim zdecydowałam się, na jakiegoś loda. Potem było coraz trudniej i tak zostało. Mój dom przepełniony był smutkiem i radością na przemian. W szary i ponury dzień na nic nie miałam ochoty. Mogłam tylko siedzieć z kotką na kolanach i dobrą książką. Bywały dni, kiedy po prostu musiałam gdzieś wyjść i zaszaleć. I tak z dnia na dzień. Żyję w nieświadomości, co będzie jutro. Nie dostawałam już kwiatów, nie miałam żadnej wiadomości od Marka. Przez pierwsze dni, kiedy wyszłam ze szpitala, śnił mi się po nocach. W koszmarach wręczał mi różę, czarną różę. Łapczywie całował moją szyję, a potem wyciągał nóż i podcinał żyły, po czym zlizywał moją krew. A gdy zbliżał się do mojego gardła, raptownie się budziłam. Koszmary minęły, gdy spotkałam jedyną osobę, której mogłam zaufać. Jeszcze z nikim nie rozmawiało mi się tak dobrze, jak z nim. Umiał słuchać i mówić z sensem. Kiedy widział, że jestem przygnębiona, po prostu się nie odzywał. Nie dopytywał. Był wyrozumiały i pociągający. Gdy pierwszy raz go zobaczyłam i spojrzałam w jego pełne blasku zielone oczy, wiedziałam, że na jednym spotkaniu się nie skończy. Po prawie pół roku, od naszej pierwszej randki, byłam w nim zakochana po uszy. Z wzajemnością. Artur wyjechał w interesach na trzy dni. Brakowało mi go. Jedyną osobą z moich przyjaciół, która się ode mnie nie odwróciła po tym wypadku, była Linda. Inni wierzyli w bajkę, że chciałam popełnić samobójstwo i zerwali ze mną kontakty. Jak mówi przysłowie: „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie"... Wypiłam kawę i postanowiłam się przejść. Czasami zwykły, krótki spacer, gdzieś, gdzie nikt cię nie widzi i nie ogląda się za tobą, nie szepce niemiłych słów, jest po prostu potrzebny. Wstałam gwałtownie z fotela, budząc przy tym Sami. Kotka głośno miauknęła i zaczęła się wyciągać, po czym zwinęła się w kłębek. Uśmiechnęłam się pod nosem, dziękując Bogu, że ją mam. Wydawało mi się, że minęło dopiero kilka minut, a w rzeczywistości o wiele więcej. Robiło sie zimniej. Schowałam ręce do kieszen, zastanawiając się, dlaczego nie wzięłam rękawiczek. W parku nie było już ani jednej żywej istoty, prócz mnie. Przemierzałam ostatnią alejkę, kiedy zaszłam w mroczny zaułek. Ciemności nie bałam się nigdy, jednak teraz poczułam zimny dreszcz. Nagle przemknęło mi przez myśl pytanie, dlaczego w tym miejscu nie palą się latarnie. Przyśpieszyłam kroku, w obawie, że ktoś się na mnie czai. W pewnym momencie usłyszałam pohukiwanie sowy, na które gwałtownie przystanęłam. Odwróciłam się, lecz nic nie zobaczyłam. Wzięłam głęboki oddech, powtarzając sobie, że to tylko ptak i szłam dalej. Księżyc oświetlał mi drogę, kiedy kątem oka dostrzegłam... Na początku nie umiałam określić, co to było. Mała, niebieska plamka, pomiędzy grubymi konarami drzew. Im bliżej podchodziłam, tym punkcik stawał się większy, a księżyc mocniej go rozjaśniał. Dzielił mnie metr od drzewa i kolejny metr od tego czegoś, gdy przystanęłam. Zimny wiatr rozwiewał moje włosy, a ja wpatrywałam się coś, co tak naprawdę nie było mi obce. Opowieści mamy stanęły mi przed oczami. Zobaczyłam, jak moja rodzicielka siada naprzeciwko mnie, patrzy zagadkowym wzrokiem i zaczyna mówić pewną historię... To było jak kraina, której nie chciało się opuszczać. Karmiła nas szczęściem i miłością i nie było momentu, gdyby nie pojawił się niebieski płomyk nadziei. Kiedy podrosłam, zaczęłam interesować się innymi rzeczami, jednak, nigdy o niej nie zapomniałam. Patrzyłam na jasne światełko i pragnęłam je dotknąć. Podeszłam bliżej i wyciągnęłam rękę. Zbliżałam się powoli, jakby w obawie, że coś na mnie wystrzeli. Jednak tak się nie stało. Niebieski ogień był... zimny. W sumie nie wiem, czego się spodziewałam. Lecz to mnie zdziwiło. Duży płomień lekko muskał moje palce. Nie mogłam się temu nadziwić. Zawsze inaczej wyobrażałam sobie tę niebieską pochodnię. Uśmiechnęłam się do siebie, przypominając, że dzisiaj miał wrócić Artur. Zrobiłam krok w tył i zaczepiłam nogą o gałąź, której wcześniej nie widziałam. Upadłam do tyłu. Nikły ból przeszedł moje ciało. Poczułam się dziwnie zmęczona, nie chciało mi się wstawać. Niemniej jednak nie mogłam leżeć tak w nieskończoność. Z trudem się podniosłam, a wtedy poczułam potworny ból w kostce. Zachwiałam się i znowu się przewróciłam. Cholera - zaklęłam pod nosem. - Musiałam skręcić sobie kostkę... ponowiłam próbę wstania, lecz na nic. Bolało jeszcze bardziej. Zastanawiałam się, która może być godzina. I czy Artur już wrócił. Że też musiałam zostawić komórkę w domu! - krzyczałam w duchu i walnęłam pięścią w ziemię. Nie odczułam nic, poza złością i strachem. Dopiero w tamtym momencie dotarło do mnie, że pochodnia gdzieś zniknęła. Rozglądałam się na wszystkie strony, jednak nigdzie jej nie zauważyłam. Powstrzymując szloch, zorientowałam się, jakim oparciem był dla mnie niebieski płomień wśród ciemnego lasu. Minęło kilka minut, kiedy usłyszałam kroki. Moje serce zaczęło bić mocniej, oddech stał się cięższy. Nie wiedziałam, co robić. W gruncie rzeczy byłam przygotowana na wszystko. Przez ten czas, wyobrażałam sobie różne scenariusze mojego losu, pośród tych drzew. Żaden chyba nie kończył się happy endem. Zbliżająca się osoba była coraz bliżej mnie. Zamknęłam oczy, a za plecami poczułam chłód. Wiatr przywiał dziwnie znajomy zapach. Ten zapach... Wtedy wszystko zaczęło mi się przypominać.
Marek był miły, zabawny, a przede wszystkim przystojny. Przez wszystkie lata w szkole dziewczyny wręcz wisiały na nim. Jednak on ich nie zauważał. Byliśmy dobrymi przyjaciółmi, lecz po jakimś czasie zauważyłam, że to mu nie wystarcza. Ja nic do niego nie czułam i w ostatniej klasie liceum, kiedy próbował się do mnie dobrać wygarnęłam mu wszystko. Tak rozpadła się nasza przyjaźń. Nie widzieliśmy się przez ponad dziesięć lat, kiedy pewnego, poniedziałkowego ranka dostałam kwiaty. Potem były także liściki i czekoladki. Godzinami zastanawiałam się, od kogo one są. Jakiś czas później spotkałam Marka. Od liceum bardzo wyprzystojniał i zmężniał. Gdyby nie jego oczy, nigdy bym go nie poznała. Piękne, duże, brązowe oczy były jego atutem. Poszliśmy na kawę. Nikt z nas nie wspominał tamtego dnia. Rozmawialiśmy o naszym życiu, książkach, a nawet o telewizji. Gdy oznajmiłam, że muszę wracać, w jego oczach zobaczyłam smutek. Niewiele myśląc, zaproponowałam kolejne spotkanie. Od razu stał się pogodniejszy. Po miesiącu nadal dostawałam kwiaty i listy, a Marek zapytał, czy chcę z nim być. Zmieszałam się, odpowiadając, że muszę to przemyśleć. Lubiłam z nim przebywać, jednak w głębi duszy nic do niego nie czułam. Po tygodniu, w którym Tajemniczy Wielbiciel nie przysłał kwiatów, dostałam list. Był w różowej kopercie z różą po środku. Strasznie się cieszyłam, że będę mogła poznać swojego Tajemniczego Wielbiciela, jak również bardzo się bałam.
Trzy dni później jechałam za wskazówkami, które zostawił. Dojechałam do starego, drewnianego domku, za którym był las. Okolica była przepiękna. Zaparkowałam samochód na poboczu, dwieście metrów od domu i czekałam. Na co? Sama nie wiem. Po piętnastu minutach, w ciągu których nikt nie nadjechał, wyszłam z auta. Słońce zaczęło już zachodzić, wiatr wiał coraz ciszej. Przekonana, że w domu…