Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 39 min czytania

Niebo nad Nardeną (Smocze dziedzictwo I)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Stąpał ciężko po bruku. Jego powolne kroki odbijały się głuchym echem w wąskiej uliczce dzielnicy mieszkalnej. Wsłuchiwał się w ten miarowy odgłos. Rytmiczny stukot podbitych metalowymi blachami butów może nie przynosił ukojenia, ale pozwalał skupić na czymś myśli. Dzięki temu nie błądziły w zakazane, pełne bólu rejony, nie przynosiły przed jego oczy obrazu fiołkowych tęczówek Tilevy, miękkich fal jej kasztanowych włosów. Promiennego uśmiechu, którego on już nie zobaczy. Którego nie zobaczy już nikt na tej ziemi, choćby przemierzył całą Alderę. Terek przystanął i uniósł twarz ku granatowemu niebu. Przez chwilę wodził wzrokiem po znanych sobie gwiazdozbiorach, rzucał długie, pełne wyrzutu spojrzenia obu księżycom. Ubra, zielonkawy satelita na wschodzie, zdawał się nawet rzeczywiście zawstydzić, bo jakby przygasił nieco swój blask. Mężczyzna westchnął. Zrezygnowany, opuścił głowę i wolno podjął swoją beznadziejną wędrówkę donikąd. Kroki znów zabębniły na bruku, płosząc poukrywane po zaułkach szczury i wyświadczając przysługę kilkorgu przyczajonym w mrokach kotom. No, chyba że ofiara okazywała się większa i silniejsza od napastnika, co zdarzało się wcale często. Szczury wiodły w tej dzielnicy Nardeny radosny, pozbawiony większych trosk żywot. Dotarł. Zawsze, gdy błąkał się bez celu, podczas każdego wieczornego spaceru, nogi same prowadziły go w to miejsce i stawały, zmuszając do rozpamiętywania, przekręcania lodowatego ostrza w jego sercu. Powiódł wzrokiem po okolicznych domostwach. Nie było jeszcze tak późno, jak mu się zdawało, mieszkańcy nie udali się jeszcze na spoczynek. Okna domów jarzyły się światłem zapalonych wewnątrz lamp. I choć na ulicy panowała cisza, przerywana tylko czasem pijackim krzykiem i śpiewem gdzieś z oddali, Terek wiedział, że za drewnianymi i kamiennymi ścianami tętni życie. Dzieci szczebiocą jeszcze w łóżkach, mężczyźni przyglądają się swym żonom... Może ktoś rzeźbi nożem w małym kawałku drewna? Może jakieś dziewczę wzdycha ciężko pod kocem, marząc o pierwszym pocałunku? Kobiety cerują odzież... Może jakaś matka śpiewa kołysankę? Tileva zawsze śpiewała Saili wieczorami, jeszcze teraz słyszał w uszach ciche mruczenie ich obu. Może za którąś z tych ścian jest podobnie? Tam toczyło się życie. Tu - już nie... Przeniósł spojrzenie na pusty plac pomiędzy dwoma domami z szarego kamienia. I choć przed nim rozpościerał się tylko czarny płat ziemi, jego martwo patrzące oczy widziały inny obraz. We wspomnieniach stał przed swoją chatą z drewnianych bali, z brązowym dachem i haftowanymi przez Tilevę zasłonkami. Strasznie była dumna z tych zasłonek! Właśnie z igłą w ręce zapamiętał ją sprzed trzech miesięcy, taki obraz został mu we wspomnieniach jako ostatni. Tamtego letniego dnia przyglądał się niebu przed podróżą do Ylitorn, kiedy przybiegła rozradowana Saila, jego mały kwiatuszek, śliczna jak młoda sarenka córeczka. - Tatusiu! - wykrzyknęła całą siłą gardziołka. - Mama zasadziła łąkę w oknach! Uśmiechnął się na to porównanie i dał się małej zaprowadzić do izby. Drobna rączka wskazywała mu kolejne kwiaty na pastelowo zielonych zasłonach powieszonych w oknach. Rzeczywiście, mama zasadziła łąkę! Przeniósł pełen miłości wzrok z córki na żonę. Tileva przerwała haftowanie, rozpostarła na kolanach tkaninę. - Ostatnia - uśmiechnęła się z dumą. - Gdy wrócisz, będziesz miał dom niczym bogacz! Odchodził, żegnany jej ciepłym pocałunkiem, z tymi słowami brzmiącymi w uszach. Gdy wrócił, nie miał już wcale domu. Przez chwilę trwał jeszcze w miłosiernej nieświadomości, zanim nie zrozumiał, czym są zgliszcza. Przywitał go pusty plac z dymiącymi kikutami sterczącymi z ziemi i niby to współczujące spojrzenia sąsiadów, zebranych, by żerować na jego nieszczęściu. Ludzkie oczy zawsze głodne są tragedii, wścibstwo karmi się rozpaczą. Wtedy, gdy stanął przed resztkami tego, co było jego domem, szukał w twarzach zgromadzonych odpowiedzi na niezadane pytania. Co z Tilevą, z Sailą? Nie pragnął wcale zasłonek w oknach, obrazów na ścianach i puszystych dywanów. Niepotrzebne mu były wymyślne stroje, które żona szyła dla siebie i córki, starając się, na miarę swych skromnych możliwości, dorównać rodzinom rycerzy królewskich i kupców. Nie chciał domu niczym bogacz! Jego szczęściem i skarbem były iskry radości w błękitnych oczach ukochanych kobiet, ich beztroskie popołudniowe przekomarzania. Tileva i Saila stanowiły bogactwo większe niż to, którym cieszył się sam król w Ylitorn. Na nieme prośby o pociechę odpowiedziało mu tylko milczące spuszczenie głów i powieki przymknięte jakby ze wstydem. Nikt ze zgromadzonych się nie odezwał. Nie byłby w stanie powiedzieć, jak długo stał niczym ogłuszony maczugą. Jego wzrok ślizgał się po zwęglonych szczeblach i drągach, czasem zatrzymując się na sczerniałych skorupach, które musiały być resztkami naczyń. Gdzieniegdzie dostrzegał jakieś metalowe elementy, zamek nieistniejącej już skrzyni, zniekształconą pokrywkę garnka czy rozłupaną wpół podstawę lampki. Gdzieś w głębi siebie znajdował odpowiedź na najważniejsze pytanie, nie pozwalał jej jednak zawładnąć umysłem. Nie dopuszczał jej do świadomości również wtedy, gdy wszedł pomiędzy zgliszcza. Poruszał się ostrożnie, nie chcąc naruszyć nadal stojącej drewnianej konstrukcji. Popioły pod jego stopami wciąż były ciepłe, czuł powiew żaru na twarzy. Szedł jak w amoku, rozpoznając szczątki znanych sobie elementów wyposażenia. Nagle wśród szarości i czerni dostrzegł mdły błysk. Dopiero wówczas cierpienie uderzyło go całą swoją straszliwą siłą, tak że padł na kolana wśród popiołów. Drżącymi dłońmi wygrzebał z ziemi błyszczącą bransoletkę z metalowych kwiatków, należącą do Saili. Dziewczynka miała ją na nadgarstku dzień wcześniej, gdy wyjeżdżał z Nardeny, mógł to przysiąc. Zacisnął palce na ciepłej ozdobie i zapłakał bezgłośnie. Ciepło metalu nie pochodziło już od skóry jego córeczki, lecz od żaru ukrytego pod warstwą popiołu. Wiedział już z przerażającą pewnością, że ogień odebrał mu rodzinę. Dotyk drobnej dłoni na ramieniu dotarł do jego świadomości z opóźnieniem. Uniósł twarz ku pochylonej nad nim postaci, nie ukrywając wcale strużek łez na policzkach. Czyż nie miał prawa rozpaczać on, który stracił wszystko? Czoło Savny przeorały zmarszczki, których nie widział jeszcze kilka dni temu. Ona również nie wypowiedziała ani słowa, jej milczenie było jednak bardziej wymowne. Matka Tilevy pocieszającym gestem zaciskała dłoń na jego ramieniu, nie pozostawiając cienia wątpliwości. - Straciliśmy je? - ni to spytał, ni stwierdził. Jego szept brzmiał chrapliwie, wdzierając się w wieczorną ciszę. Nawet ptaki nie zakłócały spokoju zgliszcz... cmentarza dla dwóch ludzkich istot. - Straciliśmy je, prawda? - powtórzył głucho. Savna pochyliła głowę. Dwie łzy, wielkie jak grochy, spłynęły w dół jej ściągniętych cierpieniem policzków. Zapłakał wraz z teściową. Mówiono mu wówczas, że czas leczy rany, że zapomni o stracie i będzie żył dalej. Jakże kłamliwe były to pocieszenia! Stał dziś w miejscu, które zwykł nazywać domem i byłby zaszlochał tak samo, jak trzy miesiące temu. Wiedział już jednak, że łzy nie przyniosą ukojenia i nie przywrócą niczego, co zabrał okrutny los. Nikt nie omami go już tą dziecinną bajką. Czuł się jak starzec, miał umysł stulatka, choć ledwie dwadzieścia cztery lata minęły od chwili, gdy przyszedł na świat. Zdążył przeżyć największą radość i największy ból człowieka. Ziemię sprzedał, nie chciał zachować niczego, co przypominałoby mu Tilevę i Sailę. Nawet gdyby odbudował dom, jak mógłby mieszkać tam bez nich? Już nawet plac, na który patrzył, nie należał do niego. Nie dla niego również piętrzyła się na nim drewniana konstrukcja nowego domostwa. Szybko rozpoczęli budowę, nie minie kolejny miesiąc, a to miejsce stanie się dla kogoś drogie. Niewielkie podwórko wypełnią obce głosy, obcy śmiech. Dzielnica mieszkalna, biedniejsza od części uniwersyteckiej, zaludniała się i rozprzestrzeniała szybko. Ludzie garnęli się jak kurczęta do kwoki - nardeńskiego Uniwersytetu, górującego nad miastem, wieczorami obejmującego sporą jego część swym cieniem. Przybywali rzemieślnicy, wędrowni artyści, liczący na lepszy los, kupcy i zwykli awanturnicy, szukający kompanii lub wrogów. Nardena otaczała ich wszystkich opieką swych murów, nie stawiając przy tym takich wymagań, jak stolica Aldery - Ylitorn. Potężne miasto - forteca z szarego kamienia żądała od swych mieszkańców wypchanych złotem sakiewek. Ale też jakim zaszczytem było mieszkanie w sąsiedztwie samego króla! Za możliwość oglądania na codzień błyszczących zwieńczeń pałacowych wież niektórzy byli w stanie oddać wszystkie oszczędności. Terek z westchnieniem odwrócił twarz od czerniejącego przed nim placu. Co wieczór żegnał się z domem, którego już nie miał. Co wieczór obiecywał sobie, że nie wróci wpatrywać się w kawał ziemi, która widziała jego drobne codzienne radości i smutki. Co wieczór powracał. Poczłapał powoli w dół brukowanej ulicy - zgarbiony, złamany człowiek pod wczesnojesiennym niebem rozświetlonym gwiazdami. Jego obojętny wzrok prześliznął się po zataczającym się brodatym i brzuchatym osobniku, wracającym z karczmy do domu. Terek nie spojrzał nawet, kiedy brodacz oparł się o kamienny murek, otaczający małą, śmierdzącą fontannę pośrodku niewielkiego ryneczku, i zaczął wyśpiewywać frywolne piosnki niepewnym, zapijaczonym głosem. Nie zatrzymał się, gdy pomiędzy jednym a drugim czknięciem okazyjny bard począł go nawoływać, zapraszając do kompanii przy szklanicy wina. Nie odwrócił się wreszcie, gdy usłyszał głuchy odgłos padającego na bruk tłustego ciała. Tej nocy to ulica będzie łóżkiem hulaki. Szczury, i oby tylko szczury - jego towarzyszami. I w alkoholu próbował znaleźć pocieszenie. Nie dalej jak dwa miesiące temu sypiał tak samo, jak mijany brodacz. Pił wino szklanka za szklanką, spienione piwo z ciężkich kufli, eksperymentował z trunkami z odległych krain. Oberża i jej bywalcy znali dobrze jego twarz. To Savna, matka Tilevy, zmusiła go do porzucenia towarzystwa karczmarza i wszystkiego, co proponował. Jedyna, która rozumiała wielkość jego straty, której los odebrał córkę i wnuczkę w tej samej chwili, gdy jemu odjął żonę i córkę. Tileva i Saila splotły losy Tereka i Savny. I choć ich już nie było, Węzły pozostały silne. Drobna, pulchna kobieta o brązowych włosach przetykanych siwizną była w stanie podnieść się po ciosie, a jemu nie pozwoliła pogrążyć się w nałogu. Nie był pewien, czy powinien być jej wdzięczny. Powiedziałaby, że człowiek, którego przed chwilą minął, jest nikim. A kim on sam jest? Mężem nieżyjącej żony, ojcem martwej córki. Może lepiej dla niego byłoby być takim nieświadomym cierpienia nikim? Savna, nie zważając na kpiące śmiechy i komentarze, kilkakrotnie wyciągała go z oberży, gdy był już zbyt pijany, by stawić opór. Przekonywała, najpierw nieprzytomnego z przepicia, potem otrzeźwiałego, że jest nadal komuś potrzebny. Męczyła, marudząc o jego obowiązkach wobec młodych chłopców, uczących się walczyć pod jego opieką. Przed śmiercią Tilevy i Saili prowadził coś, co biedota szumnie nazywała szkołą rycerską. Niewielu było takich, którzy mogli posyłać synów na dwór królewski w Ylitorn, toteż chłopcy garnęli się pod jego skrzydła - na niewielkim placyku przy nardeńskim rynku ćwiczyli ciosy i uderzenia drewnianymi mieczykami, szyli do tarcz z łuków, uczyli się osłaniać w markowanych bitwach. Najlepsi, dzięki jego wstawiennictwu i własnym wyczynom na Arenach Wojowników, dostawali w końcu szansę treningu w gwardii królewskiej. Szkoła nie mogłaby się jednak ostać, gdyby Terek dłużej przepijał wszystkie pieniądze w karczmach. Ocalała tylko dzięki Savnie. Wdowiec żył teraz z dnia na dzień. W promieniach słońca doglądał postępów swych młodych podopiecznych, w blasku Ibera i Ubry, dwóch księżyców, snuł się jak cień po uliczkach dzielnicy mieszkalnej Nardeny. Szedł brukiem, rozpamiętując szczegóły rodzinnego życia, zadręczając się wizjami płonącego domu. Zawsze miał żywą wyobraźnię, po stracie żony i córki stało się to jego przekleństwem - nieomal widział prze oczami palące się belki, latające w rozgrzanym powietrzu płaty czarnej sadzy, płomienie pożerające haftowane zasłonki w oknach, słyszał huk rozszalałego żywiołu, trzask płonącego drewna, krzyk przerażonej Tilevy, płacz Saili... Szloch przebijający się przez wycie ognia, zduszony łkaniem głos jego małej córeczki... Płacz? Płacz! Ocknął się ze wspomnień. Przystanął, nasłuchując. W ciszę jesiennego wieczoru naprawdę wdzierało się cichutkie kwilenie, nieśmiałe i powstrzymywane. Płacz dziewczynki... Saila... Potrząsnął głową, odganiając tę myśl - nie wierzył w powroty zmarłych. To nie był czas na wspominanie córki, w pobliżu łkało inne dziecko. Terek, przez kilka lat zajmowania się małymi kandydatami na wojowników, wyrobił w sobie coś na kształt instynktu macierzyńskiego. Teraz chciał przede wszystkim znaleźć nieszczęśliwego malucha. Może potrzebuje pomocy? Spędzanie wieczoru w tej części Nardeny na pewno nie było najlepszą rozrywką dla małoletnich! Rozejrzał się po okolicznych zabudowaniach. Chałupy stały tu blisko siebie, gdzieniegdzie tylko pozostawała wolna przestrzeń ciemnego zaułka. Przeklął w duchu, próbując przebić wzrokiem mrok. Wciąż słyszał cichutkie pochlipywanie. Zdając się na swoje uszy, zaczął szukać źródła dźwięku. Zaprowadziło go to do załamania pomiędzy jedną z drewnianych chat a wysokim murem z omszałych kamieni. Płacz ucichł, gdy przystanął i ukląkł, wpatrując się w cień. Teraz słyszał tylko przyspieszony oddech przestraszonego dziecka. Mdły poblask obu księżyców pozwolił mu w końcu dojrzeć skuloną pod murem postać. Dziewczynka w długiej koszuli z burej tkaniny siedziała, obejmując ramionami chude kolanka. Trzęsła się z chłodu, ciągnącego od bruku. Prawdopodobnie również od tłumionego szlochu i ze strachu - spod skołtunionej strzechy jasnych włosów dwoje wielkich, ciemnych oczu śledziło uważnie jego ruchy. Na policzkach dostrzegł jaśniejsze smugi, pozostawione przez łzy, poza tym dziecko było niemiłosiernie umorusane. - Co tu robisz, mała? - spytał możliwie łagodnym głosem. Czekał chwilę, ale nie otrzymał odpowiedzi. - Gdzie twoi rodzice? Dziewczynka milczała uparcie, taksując go spojrzeniem zza grzywki. Co jakiś czas jej drobnym ciałkiem wstrząsał dreszcz, mimo to miał wrażenie, że nie zmusi jej do mówienia. Jej oczy, choć zdradzały przestrach, iskrzyły czasem dzikim uporem. Zaczynał się niecierpliwić, kolana cierpły mu od niewygodnego przyklęku. - Słyszysz? Gdzie jest twoja matka? - wyciągnął rękę, chcąc chwycić szczupłe ramię, mała jednak błyskawicznie odskoczyła w tył. - Nie mam matki - rzekła wreszcie. Jej pełen złości głosik dał mu do zrozumienia dość wyraźnie, że dziewczynka nie życzy sobie kolejnych prób sięgnięcia do niej - Nie żyje - dodała, usadawiając się na powrót na bruku. Westchnął, opuścił ramię. Przypominała nieufne, przestraszone zwierzątko - nie było potrzeby denerwować jej bardziej. - Wobec tego gdzie twój ojciec? - spróbował. - Masz ojca? - spytał po chwili przytomnie. - Mam. Wyjechał - poinformowała rzeczowo, opierając brodę na podciągniętych kolanach. W tej chwili zdawała się być zupełnie obojętna, jakby coś innego zaprzątnęło jej myśli. - Dokąd? - chciał wiedzieć, ale mała wcale go już nie słuchała. Patrzyła gdzieś poza jego ramię, na wysokie budowle bogatszej części Nardeny. - Dokąd wyjechał twój ojciec? - powtórzył. Dziecko jednak uniosło lekko umorusaną twarzyczkę i wykrzywiło buzię w podkówkę. - Reino! - dziewczynka uderzyła znowu w płacz - Zostawił Reino...tam. Pojechał bez Reino... i chciał, żebym też...pojechała. - wyrzucała z siebie pomiędzy gwałtownie chwytanymi haustami powietrza. - Ja... bez niego nigdzie nie pojadę! Zostaję...tu. Znajdę Reino! Krzyczała coraz głośniej, a jej szloch niósł się daleko w pustych uliczkach. Terek sięgnął do niej i tym razem wyciągnął z załomu bez oporu. Uspokoiła się nieco, pochlipywała tylko i głośno pociągała nosem. Mógł jej się teraz przyjrzeć w odrobinie światła, rzucanej przez księżyce. Była szczupła, choć z pewnością nie zagłodzona. Starsza od Saili. Jego córka dożyła sześciu lat, tę dziewczynkę oceniał na dziewięć, może dziesięć. Zresztą, nawet gdyby były zbliżone wiekiem, nie można by ich porównywać. Jego Saila miała pełne, pulchne policzki, niebieskie oczka pełne śmiechu a jej główkę okalała chmura brązowych loczków. Twarz dziecka stojącego przed nim była raczej trójkątna, o ostrych rysach. Koloru tęczówek nie dostrzegał w mroku późnego wieczoru, był jednak pewien, że są ciemne. Jasne włosy opadały nieporządnie na czoło, proste jak druty. Poza tym, delikatnie mówiąc, widział już czystsze dzieci. Rozejrzał się po ulicy, nie dojrzał jednak nikogo. Mała twierdziła, że jej ojciec wyjechał. Westchnął ciężko - nie mógł zostawić dzieciaka na łasce nocy. - Chodź ze mną - chwycił ją za rękę. Pociągnął. Nic z tego, stała jak wmurowana. - Pomogę ci znaleźć Reino - spróbował, nie mając najmniejszego pojęcia, kim jest tajemniczy zaginiony. To podziałało - ciemne oczy najpierw zbadały uważnie jego twarz, potem ruszyła z miejsca i dała się prowadzić. Terek już z pierwszym krokiem wiedział, że nie zabierze dziewczynki do baraku przy swojej szkole, gdzie mieszkał od śmierci Tilevy i Saili. Naprędce sklecona chałupka była dobra dla niego, ale nie znalazłby tam miejsca do spania dla dwójki. Przypuszczał, że dziecko potrzebuje też czegoś do jedzenia. I, na królewską koronę, kąpieli! Nie domyślał się, jak długo mała błąkała się po Nardenie, ale musiała odwiedzić jej najbrudniejsze zakątki! - Idziemy do pewnej miłej pani - odezwał się, mając nieprzyjemne wrażenie, że robi to niepotrzebnie. Jego towarzyszka nie zwracała na niego najmniejszej uwagi, nie odpowiedziała, nie zadawała żadnych pytań. Dawała się prowadzić - i tyle. Odetchnął z ulgą, widząc poblask światła w oknie domu Savny. Teściowa może wyciągnie z dziecka jakieś informacje i będą mogli oddać zgubę zmartwionemu ojcu. Na jego pukanie z wewnątrz odpowiedziały drobne, pospieszne kroczki. - Bądź pozdrowiona, Savno - przywitał się lekkim skinieniem głowy, gdy drzwi się uchyliły. - Potrzebuję twojej pomocy. - Witaj - odpowiedziała krótko. - Wejdź... wejdźcie oboje. Terek lekko popchnął dziewczynkę przed sobą i sam w milczeniu wszedł do izby. W domostwie panowało przyjemne ciepło, na palenisku wesoło trzaskał ogień. Jego teściowa nigdy nie dała się namówić na nowość, jaką była w biedniejszych domach lampa oliwna. Teraz wrzuciła w płomienie kilka drew i odwróciła się, patrząc na niego w oczekiwaniu. Zdążyła się już przyjrzeć małemu gościowi, który bez onieśmielenia zbliżył się do paleniska i wyciągnął przed siebie zziębnięte rączki. - No, Terek? - ponagliła kobieta. - Kto to jest? - Nie wiem - odparł zgodnie z prawdą, wzruszając ramionami. - Znalazłem ją w parszywej części dzielnicy mieszkalnej, skuloną pod murem. Nie ma matki, a ojciec, jak twierdzi, wyjechał. Przecież nie mogłem zostawić jej na ulicy! - wykrzyknął nagle, zirytowany. Sytuacja rzeczywiście była niecodzienna. Savna spojrzała na małą, która zupełnie nie przejęła się podniesieniem głosu. Przekrzywiała jasną głowę, wpatrując się z zainteresowaniem w ogień. Sprawiała wrażenie, jakby wcale nie przejmowała się tym, co z nią dalej będzie. Terek odciągnął kobietę na bok, ściszył głos: - Mówi, że…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%