Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 6 min czytania

Niechaj tańczą

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Porządny był z niego człowiek. Całe życie przepracował w państwowych zakładach. Trochę przy budowach, trochę, jeszcze jako kawaler, w kopalniach na Śląsku. Jednak większość swoich lat w Radomiu, w zakładach metalowych. Nigdy nie zajmował wysokiego stanowiska. Nie zrobił kariery. - Nigdy nie podpisałem – opowiadał swoim dzieciom i wnukom. Ale na życie z pensji starczało. Żona była kucharką. Najpierw pracowała w barze mlecznym przy Żeromskiego, później przez jakiś czas w jednostce wojskowej. Emerytury doczekała w szkole odzieżowej. Też nie podpisała. Czwórka ich dzieci dorosła i rozjechała się po Polsce. Najstarszy syn do Lublina, młodszy do Warszawy. Córka, Ewa, została w Radomiu i pracowała w szpitalu. Była pielęgniarką. Niegdyś, kilka lat po ślubie, chciała studiować filologię polską. Zdała egzaminy i dostała się, ale była już w ciąży z drugim synem, Tomaszem. Nie podjęła więc studiów. Dzielna to była kobieta. Jej mąż, łajdak, zostawił ją z dwoma synami po dziesięciu latach małżeństwa i zniknął z kochanką. Nie odwiedzał dzieci, nie dawał pieniędzy na ich wychowanie. Pracowała więc na dwa, niekiedy na trzy etaty. Po kilku latach takiej harówki, kiedy chłopcy podrośli, spakowała się i z dwiema koleżankami pielęgniarkami poleciała do Dublina. Przywykła do ciężkiej pracy i odmawiania sobie wszystkiego i choć w Irlandii na utrzymanie rodziny wystarczał jeden, podjęła pracę na półtora etatu. Doglądał więc Dziadek Figarski synów swojej córki i jej domu. Siedział teraz w późny już wieczór w fotelu przy oknie. Oglądał telewizję i palił papierosy, które sam skręcał, żeby było taniej. Nie miał wyrzutów sumienia, że nie płaci akcyzy, bo marną miał emeryturę, a życie coraz droższe. Dochodziła dziesiąta i za chwilę miało lecieć ostatnie wydanie dziennika. Wstał z fotela i wyjrzał przez okno. Na podwórku ognisko. Kilkanaścioro młodych ludzi. Chłopcy i dziewczęta. Tańczyli i pili, bawili się. Wśród nich był jego najstarszy wnuk, Hubert. Korzystał z letniej pory i nieobecności matki, która teraz pewnie była na nocy w szpitalu dublińskim, i urządził ognisko dla znajomych. Lekko żył ten Hubert. Pomimo dwudziestu pięciu lat nie chciał poważnieć. - Po co? Nic mnie tutaj nie czeka i tak – mówił do matki przez telefon, kiedy go pytała, dlaczego nie kończy szkoły i nie chce studiować. Ale do wyjazdu też się nie garnął. Pracował więc za parę groszy w sklepie alkoholowym. Bez umowy. Miał z tego na swoje potrzeby. Dziadek Figarski usiadł z powrotem w fotelu. Zaczął się dziennik. Prezenterka przedstawiała rzeczywistość w migawkach, obrazkach, opiniach specjalistów i kunsztownie zbudowanych zdaniach i zwrotach. Pięknie wyglądała ta rzeczywistość. Polacy silni, pracowici, uśmiechnięci,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Niechaj tańczą — czytnik · opowiadania