Psychologia · 10 min czytania
Nieistniejąca Kawiarnia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Julia miała przyjechać następnego dnia. To oznaczało potrzebę robienia porządków, żeby móc spokojnie udawać przed nią, że w wieku dwudziestu dwóch lat jest się ułożonym, stabilnym facetem pod czterdziestkę, mimo braku żony i trwających studiów. Trzeba wypełnić lodówkę zdrowym jedzeniem, zetrzeć kurze, usunąć z półek niepokojącą literaturę i wymyślić kilka zgrabnych kłamstw na temat swojego życia towarzyskiego i zawodowego.
W trakcie porządków przeszukiwał wszystkie szafki. Otwierał nieruszone od lat szuflady, wrzucał do foliowego worka papiery i śmieci, które kiedyś miały wartość. Rachunek z kawiarni, bilety do kina, pocztówka z przystanku woodstock. To schował na dnie szuflady - tam, gdzie będą z dala od oczu., a jak od oczu, to i od serca. Tak, żeby wspomnienia można było jeszcze wywołać; odtworzyć jak kiepskiej jakości film.
Układał książki, ścierał kurze, chował porozrzucane płyty do pudełek. Stwierdził, że musi odzyskać swoją Anne Rice. Nie pamiętał, komu pożyczył „Wampira Lestata”. W sumie, nie musiał tej książki odzyskiwać, miała dla niego obecnie wartość wyłącznie sentymentalną.
Od tych pieprzonych kominków zapachowych szczypały go oczy. Zgasił je. Srebrny dym wił się delikatnie między ceramicznymi otworkami, by wreszcie rozmyć się jak wspomnienie Sylwestra sprzed pięciu lat. Jak to wyglądało? Artur stanął nieruchomo po środku pokoju. Zastygł z papierowym ręcznikiem w dłoni, próbując przywołać z pamięci tamte wydarzenia, przypomnieć sobie zapachy, które dawno wywietrzały z jego głowy.
Paryż, ten cholerny Paryż. Jako miejsce był romantyczny w burżujski, oklepany sposób; wyrwany z powieści, pełen kawiarni, latarni i mostów. Jak to było wtedy? Chłód szczypał w palce. Zapomnieli rękawiczek. Światła neonów porażały barwami, uniemożliwiały im znalezienie gwiazd. Balujący ludzie zagłuszali sączący się z knajp jazz. Miasto śmierdziało spalinami i straconym czasem. Luca miał włosy związane w kitkę, a jego oczy błyszczały ekscytacją. Trzymał go za rękę. Ciepłą i przyzwalająco milczącą. Jak jego wargi, gdy zaborczy język Włocha wkradał mu się głęboko do ust sprawiając, że tracili oddech, lgnęli do siebie, a krew musowała im w żyłach jak szampan. Świat nie zwracał uwagi na nich, oni nie zwracali uwagi na świat. Niedbale zarzucony szalik zwisał Arturowi do kolan. Luca ten szalik chwycił, rozluźnił i odsłonił jasną, wrażliwą skórę na szyi blondyna. Najpierw ciepły oddech wywołał dreszcz podniecenia. Potem zaczął ją całować, lizać i pieścić, przyciskając Artura do muru i rozkoszując się sprawianiem przyjemności i okazywaniem czułości. Spletli swoje ramiona. Ciało pod włosami i płaszczem było ciepłe, kontrastowało z zimowym wieczorem. Czas smakował jak pierniki.
Artur kochał i pielęgnował to wspomnienie. Rachunek z kawiarni i gumkę zerwaną z włosów Luki ciągle trzymał w blaszanym pudełku po kawie. Obaj lubili kawę. Jej zapach do końca życia kojarzyć się będzie blondynowi z miłością. Luca, jako Włoch, znał się na niej doskonale. Nauczył Artura mistrzowsko ją parzyć, dziękując w ten sposób za pamiętną gorącą czekoladę. Pili z kubków i filiżanek, siedząc na parapecie u Luki w pokoju. Patrzyli sobie w oczy, śmiali się, muskali spojrzeniami. Wszystko było takie piękne. Takie cholernie infantylne. Pełne czystego szczęścia, niewinnego szczęścia, które raz stracone już nigdy nie wraca. Chodzili na spacery, owijając się tym samym szalikiem i trzymając się za ręce jak dzieciaki, którymi z resztą byli. Świat nie zwracał uwagi na nich, oni nie zwracali uwagi na świat. Pozwalali sobie na marzenia i na hektolitry aromatycznej kawy. Spacerowali ciągle tymi samymi uliczkami, mijali te same sklepy, domy i kamienice. Jedna z nich miała dla nich szczególne znaczenie. Odpadający tynk, kruszące się staromodne gzymsy i zaniedbane balkony, kolejne wspomnienia nieznanych im osób. Podczas tego samego Sylwestra, rozmawiali o niej i ta rozmowa zapadła Arturowi na zawsze w pamięć. - Kiedyś kupimy ten dom i wyremontujemy go. Jak ja już będę aktorem a ty fotografem. Wybudujemy tu kawiarnię. Znajdziemy czas dla niej i dla siebie. Na ścianach powiesimy dowolne, czarno-białe zdjęcia. W tle puścimy Santanę. Albo Louise Attaque. Albo jakiś jazz. Nie znam się na jazzie, więc ty coś wybierzesz. Masz o wiele lepszy gust ode mnie. - Luca zaśmiał się i pocałował go w policzek. - Będziemy siedzieć za ladą, obsługiwać klientów i mówić do siebie zbereźne rzeczy po polsku, żebyśmy tylko my mogli siebie zrozumieć. Chociaż, ja tam się niczego nie wstydzę...- Rozmarzył się Włoch. -A piętro wyżej urządzimy sobie mieszkanie. Będziemy do niego wchodzić po krętych schodach. Będziemy mieć wiklinowe fotele i niskie, szerokie parapety, które pokryjemy tym twoim fajnym kocem. A żeby klimatu stało się…