psychologia · 7 min czytania
Nienapisane. (Ja się nie żegnam. cz.1)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{i}Nienapisane. {/i}
Nad całym miastem przechodziła wtedy długo oczekiwana śnieżyca. W jej ślicznej główce, a w jeszcze kruchszych wspomnieniach, dzień ów wyrył się z nieadekwatną wręcz siłą z dwóch powodów. Tak naprawdę przy normalnym stanie rzeczy nie zaprzątała się tak przyziemnymi sprawami jak pogoda, lecz jak rzekłem, Weronika miała właściwe sobie motywy, by zachować w pamięci wszelkie szczegóły akurat tamtych chwil właśnie.
Szare brzuchy ociężałych od brudnego spalinami śniegu przepełzały nisko, tuż nad głowami, zahaczając o smutne wieżowce. Ganiane skowyczącym wiatrem wszerz i wzdłuż miasta, rozdzielały sprawiedliwie lepkim puchem, sprawiedliwie, czyli obficie, bo śnieg ten spadł wtedy kilka tygodni po świętach. W swym gapiostwie i spóźnieniu był wyjątkowo niecierpliwie oczekiwany i wspomnieć tu trzeba, że do Weroniki, jako dziewczyny o wyjątkowej wrażliwości i o artystycznych widokach na przyszłość, jak mówił jej ojciec, kompozycja wigilii i choinki bez białego przyprószenia, w ogóle nie trafiała; tak więc powodem mumer-jeden było właśnie spóźnione wypełnienie, przyzwoitej chrześcijańsko-artystycznej, corocznej formy. Powodem numer-dwa był list. List, od którego wszystko się zaczęło.
Innych, wielu następnych, nie traktowała już z takim szacunkiem. Właściwie nie potrafiła powiedzieć dlaczego. Zabobonnie stał się dla niej relikwią, materialnym, rzeczywistym symbolem zdziwienia. Gdy potem miała wracać do tych pierwszych chwil, zawsze uśmiechała się na wspomnienie jej własnych, wtedy galopujących we wszystkie strony, myślach. Później w jej ślicznej główce, a w jeszcze kruchszych wspomnieniach odnajdywała błysk mrugającego oka, ulotny i tak charakterystyczny dla odkrywanej powoli tajemnicy, każdej tajemnicy, nie tylko tej.
Do rzeczy jednak wracając, Weronika ten pierwszy i w jej mniemaniu najważniejszy list zachować miała do samego końca:
Część 22 / 2
{i} Droga Weroniko, Prawdopodobnie mnie nie znasz, po prawdzie to nie masz nawet prawa mnie kojarzyć. Pisząc jednak te słowa mam nadzieję, może złudną i zupełnie naiwną, nadzieję, że przeczytasz je do końca bez pomięcia listu w połowie, wierzę, że doczytasz go, zwyczajnie z ludzkiej dobroci, może ciekawości.
Nigdy nie potrafiłem pisać listów, umiejętność ta wydawała mi się zupełnie zbędną i teraz, stojąc przed potrzebą jasnego i precyzyjnego formułowania tych słów, pozostaje mi tylko pluć sobie w brodę. Bardzo długo zbierałem się, ociągając i bezsensownie przedłużając tę chwilę.
Usprawiedliwieniem może być jednak fakt, że czekałem aż dorośniesz, poznasz wystarczająco świat, by mnie spróbować zrozumieć, by nie uciec, może się zlitować. Masz dziewętnaście lat i możliwe, że wcale jeszcze nie jesteś tak dojrzała, jak się tego spodziewam; i to być może, jednak zwlekać już nie zamierzam. Jak widzisz, choć Ty, Weroniko, mnie nie znasz, ja znam Ciebie, zapewne w Twoim mniemaniu, szokująco dobrze. Winien Ci jestem wyjaśnienia i jeszcze raz proszę – wysłuchaj.
Stojąca w ścianie deszczu, szczupła sylwetka, zwiewna i krótka sukienka przylepiona do jej zgrabnego ciała, wokół pociągłej twarzy