thriller · 19 min czytania
Niepokojąco przedziwne wersety
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Pewnej nocy długo nie mogłem zasnąć. To zabawne, wcale nie zdziwiło mnie pukanie do drzwi mojego mieszkania, choć rozległo się w okolicach godziny trzeciej nad ranem. Firanka kołysała się w pierwszy raz tej wczesnej wiosny uchylonym oknie. Czarne od nocy ściany pokoju ozdabiał świetlny romb, emitowany przez latarnię stojącą nieopodal bloku. Leżałem właśnie w rozkopanej pościeli. Zerwałem się z miejsca i ruszyłem do przedpokoju, jakbym rzeczywiście na kogoś czekał. Dopiero gdy przywaliłem głową w otwarte nie wiadomo po co drzwi łazienki, powrócił do mnie mdły, ale jednak w miarę zdrowy rozsądek. Na kilka sekund zamarłem w pogrążonym w ciemnościach przedpokoju. Ciekawiło mnie czy pukanie się powtórzy. Powtórzyło się. Tym razem ten ktoś za drzwiami zapukał donośniej, nieco bardziej natarczywie, ale wciąż stosunkowo uprzejmie. Kto o tej porze mógłby mieć do mnie jakąś sprawę? Może to napad? Ta możliwość nie wywołała we mnie żadnych emocji. Przecież pukanie nie brzmiało jak zapowiedź napadu. Zbyt wiele było w nim niepewności i frasunku.
Otworzyłem drzwi. Przez szczelinę wdarło się do przedpokoju mętne światło z klatki schodowej. Wystarczyło bym mógł rozpoznać poszarzały kontur sąsiada z piętra niżej. Wciąż nie dziwiła mnie pora o jakiej postanowił się ze mną zobaczyć. To było mniej ważne, bardziej zaskoczyło mnie, że to właśnie on. Jeden z najbardziej mrukliwych mieszkańców bloku. Konkretnie, największy mruk z zaludnionego samymi mrukami bloku, im nawet zrewanżowanie się na usłyszane „dzień dobry” przychodzi z ogromnym trudem. Czego więc chcieć może ode mnie ten starszy, zamknięty w sobie na kilka skobli człowiek, ten niski, kościsty jegomość z siwą rzednącą grzywką wyrosłą tuż nad samym czołem.
- Dobry wieczór... – zanim się przywitał, chrząknął jeszcze z dziwnym mlaśnięciem. – To znaczy, chyba, dzień dobry, zresztą...
- Dzień dobry – odpowiedziałem na tę podejrzaną grzeczność sucho i chyba zbyt defensywnie.
Tymczasem mój gość stracił rezon. Jakby nagle odpłynęła z niego cała odwaga i jakby też wreszcie dotarło do niego, że wyrywa obcego człowieka z łóżka w środku nocy.
- Jestem Arkadiusz Pięta – przedstawił się i schylił głowę. Pochwyciłem wiotką, zimną, lekko spoconą dłoń. Puściłem ją niemal od razu, w tej samej chwili uświadomiłem sobie, że choć mieszkam w tym bloku już sześć lat, to znam swoich sąsiadów tylko z widzenia.
Nie pytając o powód wizyty uchyliłem drzwi szerzej. Wszedł powoli do przedpokoju. Dopiero w lepszym świetle dostrzegłem, że jego twarz wyraża tylko i wyłącznie zatroskanie. Nie wiedzieć czemu wskazałem mu drzwi do kuchni zamiast do dużego pokoju. Zanim zdążyłem zapalić tam światło, Pięta siadł już ciężko na moim ulubionym taborecie, musiałem więc pozostać w pozycji stojącej. Oparłem się prawym ramieniem o futrynę i stałem się żywym znakiem zapytania. Spojrzał na mnie z przekąsem, pochylił głowę. Westchnął kilka razy bardzo głęboko. Dopiero wtedy zwróciłem uwagę, że pod pachą trzyma jakąś grubą książkę pokrytą pastelowymi plamami.
- Wiem, że dziwi pana, że budzę pana o tej godzinie – nie trudno było mi się domyśleć, że jest to początek jakiejś dłuższej tyrady, więc pozwoliłem mu mówić i nie zaprzeczyłem temu oświadczeniu, choć miałem na to dużą ochotę. – Mam jednak taką sprawę, że muszę koniecznie ją z kimś obgadać.
Część 22 / 5
- Proszę bardzo, nie ma problemu – mruknąłem.
- Nie wiem, czy pan wie, ale jestem teraz absolutnie sam. Żona jest w szpitalu, dzieci wyjechały zagranicę, do pracy. A mnie spotkało coś takiego...
- Co pana spotkało? – spytałem bez większego entuzjazmu.
- Sam nie wiem – odparł i klepnął się dłońmi w chude kolana.
Na kilkanaście sekund zapadła cisza. Gdzieś za oknem przejechał pierwszy od kilku godzin samochód.
- Niech pan to obejrzy, proszę... – wyciągnął przed siebie tę swoją książkę.
Przejąłem ją od niego i od razu instynktownie zważyłem w dłoniach. Choć małego formatu, to jednocześnie była bardzo gruba, do tego naprawdę ciężka.
Część 33 / 5
- Co to jest?
- Niech pan otworzy i zobaczy sam.
Na okładce i grzbiecie nie było tytułu, ani nazwiska autora. Otworzyłem ją na chybił trafił, mniej więcej w połowie. Na pożółkłych cienkich stroniczkach gęsto zadrukowano przestrzeń pomiędzy czterema szerokimi marginesami. Literki były tak małe, że nie byłem w stanie, pomimo świetnego wzroku, przeczytać nawet jednego zdania. Pięta szybko wyjął z kieszeni spodni wielką, zatłuszczoną lupę. Przyjrzałem mu się uważniej. Z wolna docierał do mnie absurd całej tej sytuacji. Przyjąłem jednak lupę i przyłożyłem ją do stronicy książki. Maleńka czcionka układała się w zdania jakiegoś wysublimowanego traktatu filozoficznego, obficie poprzetykanego łacińskimi określeniami.
- Proszę zajrzeć na początek - podpowiedział Pięta.
Przeskoczyłem na pierwsze strony. Był tam – znów pomogła lupa – potężny spis treści, ciągnący się przez dobrych kilkadziesiąt stron. Przed coraz bardziej rozszerzonymi źrenicami przelatywały mi tytuły kolejnych rozdziałów i podrozdziałów. Można było pomyśleć, że ów spis obejmuje wszelkie możliwe zagadnienia tego świata. Na przykład: rozdział zatytułowany „Zdrowie”, a poniżej sypią się podrozdziały – „Jak wyleczyć raka płuc”, „Jak wyleczyć choroby skóry”, „Jak wyleczyć chory ząb”. I tak dalej, przez chyba wszystkie znane ludzkości schorzenia. Przeskoczyłem o następne kilkanaście stron spisu. Tam znów rewelacje. Rozdział „Świat”. Podrozdziały: „Jak rozwiązać konflikt izraelsko-palestyński”, „Jak użyźnić glebę w Afryce”, „Jak pogodzić skłóconych polityków”. Dalej ogromna kategoria „Życie”: „Jak odnaleźć miłość”, „Jak pogodzić się z cierpieniem”, „Jak nie zrażać się niepowodzeniami” albo też po prostu „Jak żyć”.
- Natknąłem się na to w pewnej dużej księgarni. – wymamrotał Pięta – Stało pomiędzy kryminałami z kolorowymi okładkami. Zaciekawiła mnie ta dziwna oprawa i wyjąłem ją z półki. Zapytałem obsługę: co to jest i czemu tam leży. Ze zwykłej uprzejmości. Sprzedawca powiedział, że pierwszy raz to widzi na oczy. Stwierdził, że chyba ktoś zostawił przez pomyłkę, i że mogę sobie tę książkę wziąć, albo zostawić u nich, jak wolę. Przyniosłem ją do domu i położyłem gdzieś między szpargałami. Minął dobry miesiąc zanim sobie o niej przypomniałem i zacząłem ją przeglądać...
Przewracałem kolejne stroniczki. Nie wiedziałem co powiedzieć.
Część 44 / 5
- To jeszcze nie wszystko – sucho stwierdził.
- To znaczy? – odparłem.
- Niech pan na przykład pomyśli o jakiejś sprawie, która pana trapi, a potem niech pan poszuka jej w spisie treści.
Parsknąłem.
- Żarty pan sobie robi?
- Niech pan jednak spróbuje.
Uśmiechnąłem się ironicznie. "Dobra, niech mu będzie" – pomyślałem. Po chwili zastanowienia stwierdziłem, że z przyjemnością dowiedziałbym się dlaczego całe życie tak mało zarabiam skoro ciężko pracuję. Położyłem tę dziwną księgę na kuchennym stole i nachyliłem się nad nią z lupą w ręku. Zanim zdążyłem pomyśleć pod jaką literą tego typu zagadnienie mogłoby się znajdować, już natrafiłem na właściwy podrozdział. Błyskawicznie znalazłem odpowiednią stronę. Tam rozpisano całą sprawę na kilkanaście zwięzłych akapitów. Z zadziwiającą precyzją autor, kimkolwiek mógł być, zajął się głównymi przyczynami mojego kłopotu. Wszystko się zgadzało, ktoś trafił w dziesiątkę. Po postawionej diagnozie, przyszedł czas na recepty. Te również spokojnie mógłbym wcielić w życie choćby zaraz. Wbiłem wzrok w Piętę. Uśmiechnął się kwaśno.
Część 55 / 5
- Niezłe, nie?
Nic nie odpowiedziałem, tylko znów nachyliłem się nad księgą. "No dobra, mądra książko – pomyślałem – powiedz mi, czy wreszcie ułoży mi się życie osobiste". Podobnie jak wcześniej odpowiedni rozdział sam wlazł mi przed oczy. Tym razem odpowiedź ujęto jeszcze bardziej lapidarnie, a jednocześnie jeszcze bardziej konkretnie i celnie. „Należy zainteresować się koleżanką z pracy o imieniu Agnieszka. To osoba również samotna i oczekująca na płomienne uczucie. Najlepiej będzie zaczepić ją pod prozaicznym pretekstem, na przykład zapytać która godzina, a potem już poleci z górki”. Koniec. Rzuciłem lupę na stół i przetarłem twarz przeraźliwie suchymi dłońmi. Pięta gapił się gdzieś przed siebie.
- I co ja mam z tym zrobić? – zapytał w końcu, ale chyba nie mnie, po prostu, ot tak, rzucił to pytanie w powietrze.
Poczułem się źle. Zrobiło mi się mdło, do tego nagle ogarnęła mnie straszna senność. Pomyślałem, że jeśli za sekundę nie położę się do łóżka, to się po prostu przewrócę. Musiałem bardzo zmienić się na twarzy, bo Pięta spojrzał na mnie z niepokojem.
- Nie umiem panu pomóc – stęknąłem ziewając w połowie zdania – proszę porozmawiać z kimś odpowiednim, z kimś kto może mieć o tego typu sprawach jakieś pojęcie. Ja nie mam... – nie zdołałem dokończyć swoich słów, z moich ust wyrwało się kolejne przeciągłe ziewnięcie. Coś chciał jeszcze powiedzieć, ale wziąłem księgę ze stołu i wcisnąłem mu ją z powrotem pod pachę. Było to niezbyt miłe, ale było mi już wszystko jedno. To, że w końcu niemal siłą wypchnąłem go z mieszkania, przypomniałem sobie dopiero rano, gdy po około dwóch godzinach mętnego snu obudził mnie kąśliwy promień słońca, boleśnie dla mnie przebił się spomiędzy sąsiednich bloków przez wąską szczelinę w uchylonym oknie.
***
Czułem się całkowicie rozbity. Dzień w pracy ciągnął się w nieskończoność, nieprzespana noc niemal przygięła mnie do biurka. Wchodząc do klatki bloku, pomyślałem po raz setny tego dnia o tym…