Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 29 min czytania

Nieprzystosowani

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{font:verdana}NIEPRZYSTOSOWANI

{i}"Każdy mężczyzna powyżej 25 roku życia zobowiązany jest, do założenia rodziny. Zasady tej odpowiedzialności oraz konsekwencję zaniechania obowiązku, określa ustawa oraz Kodeks Karny."{/i}

Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej Tekst uchwalony w dniu 10 kwietnia 2020 r. przez Zgromadzenie Narodowe. Rozdział II (Obowiązki), Art. 87.

{b}Błędne koło{/b}

Jesienny wiatr coraz silniej i szybciej rozwiewał ciemne, ciężkie chmury nad lasem. Zwiastunki niepogody ustępowały niechętnie.

- I tak dzisiaj spadnie deszcz, to więcej niż pewne.

Siwowłosa kobieta uniosła głowę wysoko, omiotła spojrzeniem przejaśniające się niebo i stuknęła długą, srebrną laską w niewielki kamień wystający z kałuży błota. Mimo siwizny zdobiącej jej długie do ramion, rozpuszczone włosy, nie wyglądała na kobietę w podeszłym wieku. Jej twarz nie była poorana zmarszczkami, skóra wyglądem przypominała raczej nastoletnią. Nic poza fryzurą nie zdradzało jej wieku.

- Przeżyłam na tym świecie już wiele długich lat i wiem...

Młody, zielonooki mężczyzna mlasnął ostentacyjnie. Rozłożył szerokie ramiona w geście rezygnacji. Na samą myśl o kolejnych umoralniających pogadankach cofało mu się śniadanie, całkiem smaczne z resztą.

- ... i wiem, że padać będzie.

Staruszka machnęła ciężką laską ze zwinnością dzikiego kota i zdzieliła zielonookiego prosto w głowę. Ten zawył okropnie, łapiąc się za bolące od uderzenia miejsce.

- A Ty, młody, zachowaj swoje mlaskanie na wieczorne uciechy z Viv! - Mamo! - wrzasnęła niewysoka dziewczyna, ubrana w luźną spódnicę sięgającą połowy łydek, którą teraz ściskała kurczowo w dłoniach na wysokości ud. - Przestań już z tymi docinkami!

Dziewczyna dysząc ciężko usiłowała przebrnąć przez wielką kałużę błota, nie brudząc przy tym swojej krwistoczerwonej spódnicy - Przecież my też mamy już dosyć tej "wycieczki", jednak nikt nie marudzi tak jak Ty. - Uważaj na słowa, do kogo zdaje Ci się, że mówisz? - odpowiedziała z oburzeniem siwowłosa. - Nikt nie kazał Wam się za mną wlec, wyraźnie mówiłam, że dam sobie radę sama. - Oczywiście, że tak! - Vivian przystanęła na jednym z większych kamieni, wystających z paskudnie dużego bajora błota. - Ostatnim razem też świetnie sobie poradziłaś, miałaś szczęście, że znalazł Cię ten gburowaty synalek Ciszewskiej. Gdyby nie to, że jest stuknięty i zapuszcza się nocami po okolicznych lasach już dawno wkomponowałabyś się w tutejszą florę. - W faunę pewnie też - rzucił zielonooki - sporo tu wilczych watach...

Vivian zaśmiała się niepewnie, nie była do końca przekonana czy przypadkiem nie powinna się rozpłakać, przez co jej śmiech zabrzmiał nieco komicznie. Siwowłosa zadrżała niezauważalnie, a przynajmniej miała taką nadzieję.

- Nie rechocz tak, bo się zlecą wszystkie żaby z okolicy! A temu swojemu niedojdzie przypomnij, że to dla ratowania jego tyłka babram się w tej leśnej brei! - My. Ba - bra - MY. Wszyscy troje Mamo. - Przecież jesteście tutaj na własne życzenie! Może i ostatnim razem trochę się zapomniałam ale wróciłam cała i zdrowa... - Na plecach Marka

Vivian miała już dosyć tej wymiany zdań, szczególnie, że robiło się coraz później, a teren nie zachęcał do błądzenia po ciemku.

- Może omówicie kwestie odnajdywania staruszek w leśnych dołach po powrocie do domu?

Zielonooki swój błąd odczuł bardzo dotkliwie. Kolekcja guzów na jego głowie ostatnimi czasy nieustannie się powiększała, a przecież starał się jak mógł, dla Viv. Choć on sam pewnie zostawiłby jej Matkę dokładnie tam gdzie znalazł ją tamten typ. No może przysypałby ją jeszcze warstewką ziemi. Trzymetrową, tak dla pewności.

- Przestań wreszcie pukać go tą swoją pałą! Vivian tupnęła nogą ze złością rozbryzgując wkoło potężne krople błota. - Może właśnie przez to nie może dać mi dziecka. - Z tego co mi wiadomo dzieci w dużej mierze mają coś wspólnego z pukaniem pałą i gdyby ten Twój goguś też o tym wiedział już dawno przewijałabyś gromadę rozwrzeszczanych podlotków! Może warto rozejrzeć się za kimś nieco bardziej rozgarniętym? - Przypominam Ci, że Sam jest tutaj z nami, a Ty obrzucasz go błotem jakby go tu nie było! - Sama czy błota? - zapytała. - Co...? Sama oczywiście.. - zmieszała się Viv. - No tak, błota jest tu pod dostatkiem - zażartowała Matka. - Mam tego dosyć...

Sam rozłożył ręce w geście zrezygnowania, zrzucił z ramienia wypchaną po brzegi torbę nie zważając na błoto, którego było pod dostatkiem i zawrócił nie mówiąc już ani słowa. Do Vivian dopiero po chwili dotarło, że Sam przeszedł już spory kawałek drogi. Nie spodziewała się, że jej mężczyzna kiedykolwiek straci cierpliwość, a jednak.

- No pięknie! - rzuciła - Czy Ty nigdy nie przestaniesz tak go traktować? Vivian jeszcze wyżej podciągnęła spódnicę i puściła się biegiem za Samem, podnosząc po drodze jego umazaną torbę. - Wiecznie masz do wszystkich pretensje! - krzyknęła w stronę Matki ale nawet na nią nie spojrzała. W oczach zabłysły jej łzy bezsilności. Dobiegła do ukochanego i ciężko dysząc złapała go za ramię. - Poczekaj! Proszę...

Sam nie odwrócił się, nie zwolnił nawet kroku. Miał dosyć jej Matki, a przede wszystkim tego, że na chwilę obecną od niej zależy jego los i co gorsza niedługo to on będzie musiał ją przeprosić.

- Sam, błagam, zatrzymaj się. Porozmawiaj ze mną. Przecież wiesz, że dla mnie nie ma znaczenia co ona plecie, taka jest jej natura, to wredne babsko... - To cudownie, że dla Ciebie to nie ma znaczenia, tylko wyobraź sobie, że dla mnie ma i to całkiem spore - spojrzał w jej zaszklone oczy wodząc nerwowo raz na jedno, raz na drugie. Złapał ją za rękę i otarł łzę spływającą po jej brzoskwiniowym policzku. - Kocham Cię, ale jeżeli ona nie przestanie to nie spotkam się z nią nigdy więcej. Nawet jeśli będzie to dla mnie oznaczać Zakon, rozumiesz? - Dasz się wsadzić do zakonu tylko dlatego, że moja Matka to zołza? - spytała ze zdziwieniem.

Wiedziała, że niewiele osób wytrzymuje z jej Matką dłużej niż dwadzieścia minut i to tylko wtedy, gdy brak innego wyjścia, nie spodziewała się jednak, że jakikolwiek mężczyzna pozwoli odesłać się do Loterb żeby uciec od jej rodzicielki. Popatrzyła głęboko w zielone oczy ukochanego i widząc w nich błysk nienawiści zrozumiała, że jest piekielnie poważny. Samuel nie należał do mężczyzn rzucających słowa na wiatr, toteż Viv przestraszyła się, że zrealizuje swoją obietnicę, czy może raczej groźbę. Sprawy zaczynały wyrywać jej się spod kontroli, do niedawna jej związek z Samuelem byłaby w stanie zaliczyć do grona jednych z najpiękniejszych momentów jej życia. Niestety, od kiedy na arenę wkroczyła Sandra Pilch wszystko zmieniło się diametralnie oraz jak się okazało nieodwracalnie.

- Czy Ty aby nie przesadzasz? - Vivian próbowała choć trochę załagodzić sytuację - Ja doskonale rozumiem... - Nie! Ty nic nie rozumiesz! - wykrzyknął Sam.

Był wyprowadzony z równowagi do tego stopnia, że użył tonu budzącego grozę, szczególnie u niskiej blondynki, takiej jak ta, która właśnie stała naprzeciw niego. Wiedział doskonale do czego zaprowadzi go zwlekanie z założeniem rodziny. Jeżeli jeszcze w tym roku nie oświadczy się Vivian i nie spłodzi potomka, będzie musiał opuścić rodzinne miasto i udać się do Zakonu Nieprzysposobionych w Loterb. Wizja tego miejsca, a raczej plotek na jego temat, jakie krążą po okolicy, przerażała go nie na żarty. Prawie tak bardzo jak wizja ojcostwa i małżeństwa. Największym problemem, wewnętrznym konfliktem nie do rozwiązania, było dla Sama pytanie, które bardzo często nawiedzało go przed snem.

{i}"Czego ja właściwie boję się bardziej?"{/i}

***

Samuel Szczygłowski trzasnął ciężkimi, dębowymi drzwiami. Wściekłość, która opanowała go przed godziną, osiągnęła szczyt chwile po tym, jak przemókł do suchej nitki. Zgodnie z przepowiednią staruszki deszcz spadł ze zdwojoną siłą, jakby nawet on chciał mu dogryźć. Udowodnić, że warto jej posłuchać. Na domiar złego kłótnia z wybranką, która z pozoru wydawała się niegroźna, przerodziła się w awanturę, po której Vivian wykrzyczała mu prosto w twarz, że jeśli nie zajdzie w ciążę z nim, to znajdzie kogoś, kto podoła zadaniu. Myśl o tym przyprawiała go o zawrót głowy. Zazdrość, gorycz, strach i niepewność kotłowały się w nim niczym jeden z wywarów na bezpłodność Sandry. Nie miał najmniejszej ochoty spędzić reszty życia w izolacji od normalnego świata, nawet jeśli nie jest to świat pełen rozkoszy i spokoju. Pogłoski o tym co działo się za zatrzaśniętymi wrotami Zakonu Nieprzysposobionych, używane były nawet często do straszenia maluchów. Skutkowało to zazwyczaj tym, że każdy młody chłopiec wiedział, że gdy tylko osiągnie dojrzałość, musi jak najszybciej znaleźć kobietę. Jakąkolwiek. Niewiele w tym było pożytku, nieliczni uważali nawet, że prędzej czy później, ten system zaowocuje jedynie wzrostem nieudanych małżeństw, rozwodów i agresji. Przyczyni się bezpośrednio do uzyskania tego samego efektu, który był powodem założenia Bractwa i samego Zakonu, zwanego też niekiedy Zakonem Wyklętych przez starsze pokolenie, przez młodych chłopców natomiast, po prostu Grobowcem. Nic więc dziwnego, że myśl o tym miejscu zazwyczaj powodowała u nich wystąpienie obfitych potów, w gorszych wypadkach depresję, kończąc nawet na samobójstwach. Co zabawne, o ile to możliwe, plotki krążące po okolicy, nie miały najmniejszego nawet potwierdzenia. Wrota Grobowca ani na krótką chwilę nie były otwierane. Bracia, o ile w ogóle istnieli, nigdy nie opuszczali Zakonu, nie docierała tam korespondencja, nigdy nawet nie widziano nikogo w pobliżu głównego wejścia. Z góry można by więc założyć, że każda pogłoska dotycząca tego miejsca jest wyssana z palców matek niesfornych chłopców, w celu uzyskania odpowiedniego efektu wychowawczego. A jednak, Samuel nie miał zamiaru rozwikłać tej zagadki. Już sam fakt przebywania pod przymusem, gdziekolwiek, doprowadzał go do białej gorączki. Tyczyło się to także przebywania z obcymi osobami, lub osobami pokroju matki Vivian. Zatem koło zapętlało się nieubłaganie, grubym stryczkiem wokół jego szyi. Sam ściągnął przemoczoną kurtkę i zawiesił ją na jedynym wolnym wieszaku obok drzwi wejściowych. Ściągnął buty nawet ich nie rozsznurowując. Na swoim miejscu, pod ścianą przedpokoju umieścił je siarczystym kopniakiem, który miał zapewne na celu, choć w niewielkim stopniu wyładować pokłady agresji, która urządziła sobie dzisiejszego popołudnia całkiem niezłą balangę w jego umyśle. Postanowił, jak zwykle w takim momencie, a przynajmniej podobnym, nastawić wodę na herbatę. {i}Zdecydowanie na herbatę{/i} - pomyślał. Jeżeli istniała jeszcze jakaś rzecz, której miał serdecznie dosyć, to z całą pewnością była to cuchnąca i obrzydliwie niesmaczna zbieranina bliżej nieokreślonych ziół, którą z najwyższym namaszczeniem parzyła i podawała mu przy każdej okazji jego ukochana, przyszła Teściowa. Odkąd tylko miał wątpliwą przyjemność poznać matkę Weroniki (bo tak brzmiało jej faktyczne imię) Pilch, jego postawa wobec kąśliwych dowcipów na temat teściowych zmieniła się diametralnie. Gdy był odrobinę młodszy, o jakieś setki guzów mniej, uważał je za przesadę, a przynajmniej miał nadzieję, że wymyślają je i spisują, skrzywdzeni przez Los mężczyźni. Niestety, Los postanowił zapisać go do grona wyżej wymienionych jegomościów z sobie znaną premedytacją, oczywiście bez jego zgody, ani nawet uprzedzenia. Aby szczęśliwego, nowego członka społeczności udręczonych zięciów wprowadzić w świat dorosłego życia z należytym rozmachem, Los obdarował go wspaniałomyślnie prezentem na początek nowej drogi życia. Pięknie zapakowaną, posypaną grubo sarkazmem i kpiną samą w sobie - Antypatią Sandry, zupełnie gratis. Czajnik zagwizdał. Gwizdałby pewnie jeszcze dłuższy czas gdyby nie fakt, że zagłuszająca go muzyka wydobywająca się z głośników, zrobiła krótką przerwę na zmianę utworu. Sam podniósł się z bezwstydnie fioletowej kanapy w równie bezwstydne róże i ruszył ociężale w kierunku kuchni. Muzyka, jego odwieczna kompanka wzlotów i upadków, zagłuszyła na moment balangę w jego głowie. Ochłonął wystarczająco, aby móc spojrzeć na wszystko mniej destrukcyjnym okiem. Jednak smuga niepokoju nie zamierzała ustąpić. Samuel wrzucił do pękatej szklanki dwie torebki zielonej herbaty, zalał wrzątkiem i wrócił na kanapę. Odruchowo spojrzał na telefon, leżący obok jego prawej dłoni. Czarny ekran odbijał smugi deszczu, spływające po oknie za jego plecami. {i}Nie maż się, stary{/i}- pomyślał. - {i}Zadzwoni.{/i} Nie zadzwoniła.

***

Tego ranka ze snu wyrwał go dźwięk dzwonka do drzwi z załącznikiem w postaci kilku nachalnych puknięć. Dla Samuela ta poranna dawka muzyki okazała się ciężka do przyjęcia. Zareagował dopiero po nieproszonym bisie. Otworzył ciężkie powieki i z prawdziwie heroicznym poświęceniem postarał się usiąść. Odrzucił na bok wysłużony koc i powoli zaczął przemieszczać się w stronę drzwi.

- Cześć - rzuciła krótko Vivian po tym, jak w końcu jej otworzył i niemalże siłą wtargnęła do środka, popychając Samuela prosto na wieszak. W chwili obecnej, utrzymanie równowagi swojej i wyższego od niego o głowę, drewnianego kija z nóżkami, było nie lada wyczynem. Rozbudzony w okrutny sposób Samuel spojrzał ze złością, na rozsuwającą grafitowe zasłony Viv.

- Nie mogłaś uprzedzić, że wpadniesz? - zapytał starając się nie okazywać emocji. Oraz tego, że światło wdzierające się właśnie pod jego powieki sprawiało mu fizyczny ból.

- Mam Cię uprzedzać, że przychodzę do własnego domu? Vivian położyła na stoliku obok kanapy jego torbę, którą najwyraźniej skutecznie wyprała, wyglądała bowiem na tyle czysto, że na pierwszy rzut oka, Sam nie skojarzył jej właściciela.

- Własnego domu, ciekawe... - powiedział ironicznie - jakoś nie widziałem Cię tutaj od... -

Chwila zastanowienia najwyraźniej nie przyniosła zamierzonego efektu, Samuel zrezygnował więc z próby ustalenia aktualnego dnia tygodnia. Skłaniał się ku sobocie, choć równie dobrze mogła to być niedziela. Vivian rozglądała się po pomieszczeniu. Panujący wkoło bałagan w postaci resztek bliżej nieokreślonych substancji spożywczych oraz sterty pustych butelek po winie sprawiał wrażenie, jakby żył własnym życiem.

- Nie było mnie tylko trzy dni, a Ty zrobiłeś tu chlew - kopnęła jedną z butelek piętrzących się za kanapą - Do tego pozbawiłeś alkoholu chyba ze dwa okoliczne sklepy. Zdurniałeś do reszty? - wzięła do ręki jedną z pustych butelek - "Malinka"... O losie, nie mieli nic bardziej dla mężczyzn?

- Mieli, ale było drogie - Samuel opadł na kanapę i złapał się za głowę. Prawdę mówiąc on sam dopiero teraz zaczynał przyswajać rzeczywistość, upijał się do…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Nieprzystosowani — czytnik · opowiadania