Fantastyka · 11 min czytania
Nieśmiertelni cz.6 "Czarne skrzydła"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Tego nikt nie przewidział. Nie spodziewali się tego, choć był półkrwi. Właściwie zapomnieli, że tak naprawdę on nie jest i nigdy nie będzie taki jak oni. Ich błąd kosztował go wiele, ale skąd mogli wiedzieć? Był jedynym, który nie należał do Pierwszego Miotu. Był kiedyś człowiekiem i to wszystko zmieniało. Począwszy od ciała, aż po stan duszy. Symin spędził wiele tygodni w Pałacu Ojca. Był przygotowywany do stania się Strażnikiem. I choć musiał umrzeć, narodził się na nowo pod postacią nieśmiertelnego- o tym nie miał pojęcia. Jego ciało jednak zachowało ludzkie cechy, wyglądał tak jak wcześniej- kiedy jeszcze żył na ziemi. Z biegiem czasu jego postać nabierze niektórych właściwości Nieśmiertelnych- jego ciało przestanie się starzeć, jednak piętno wieku będzie w jakiś sposób zawsze widoczne. On jednak wciąż nie stał się w pełni Strażnikiem- nie posiadał skrzydeł. Długo ich zastanawiało czy kiedykolwiek Symin uzyska ten dar, który odróżniał ich od wszelkich innych istot i upadłych, których początek stanowi pozbawienie skrzydeł Letta. Kiedy jednak Seleste zauważyła delikatne zmiany i ból w jego plecach pojęła prostą prawdę- on powoli przemieniał się w jednego z nich, więc one mu po prostu wyrosną. Był właściwie eksperymentem Ra, choć nikt nie powiedział tego głośno. Pierwszy Miot- ich dwunastka- zaczynała powoli odchodzić. Nie wszyscy potrafili żyć tak długo i zachować zdrową duszę. Bóg wiedział więc, że musi powołać nowe, inne istoty, które będą odporniejsze na przemijanie czasu, które zatrzymają chorobę Strażników. Wybrał więc syna zbuntowanego sługi i przekazał mu dar. *** Obudził go ból. Uderzył go z całą silą i sprawił, że jego ciało wygięło się nienaturalnie. Otworzył usta aby krzyczeć, lecz nie był pewien czy wydobył się z nich jakiś dźwięk. Leżał na brzuchu spocony niezdolny do ruchu- jego ramiona palił żywy ogień. Czuł, że coś go rozrywa. Jęknął wbijając palce a materac poduszki. Ból nadchodził falami, uderzał z całą siłą by na chwile zelżeć i znów porwać go w czarną otchłań cierpienia. Nie wiedział ile to trwało, nie było zdolny myśleć. Wtem gdzieś z oddali dobiegł go cichy krzyk. -Symin!- Seleste wpadła do jego pokoju. Wiedziała, że ten czas się zbliża i była szczęśliwa, że w końcu stanie się pełnoprawnym Strażnikiem. Jednak to co zobaczyła, kiedy wbiegła do jego komnaty słysząc krzyki przeraziło ją. -Nie… to nie miało być tak -leżał cały we krwi, na jego ramionach otworzyły się potworne rany, z których wyrastały powoli zarysy skrzydeł. Oni wszyscy urodzili się z nimi, jednak sądziła, że i u niego odbędzie się to bezboleśnie. Jakże się myliła. Przymknęła oczy i zapadła się w głąb siebie szukając tej mentalnej nici łączącej ją z braćmi. Wiedziała, że w pałacu oprócz niej przebywa jeszcze tylko jeden z nich. Na wzywanie pozostałych nie było już czasu. Symin nie mógł umrzeć, jednak mógł zrobić sam siebie straszną krzywdę. „Hess!” krzyknęła w myślach wzywając brata. Otworzyła oczy i podbiegła do Symina. Nie minęła chwila nim jej czarnowłosy brat pojawił się u jej boku. Jego twarz zwykle nie przenikniona drgnęła w spazmie zdziwienia. Krew wciąż płynęła z ran mieszańca. -Nie wiem co się dzieje…- zawołała dziewczyna chwytając brata za przegub. –Potrzebujemy Moisesa. Wezwij go. -szepnęła siadając na łóżku obejmując Symina. Ten jakby wyczuł jej bliskość wtulił twarz w jej kolana mocno ściskając ją w pasie. Hess bez słowa odszedł parę kroków od tonącego w krwi łóżka, poczym wezwał swych braci. Wszyscy będą potrzebni. Ten mieszaniec nie przejdzie przez to sam. Potrzebuje mocy i energii aby jego skrzydła mogły wyrosnąć. Inaczej mogły stać się kalekie i chore, a świadomość życia przez wieczność z czymś takim uczyniłoby to wszystko bezsensownym. -Musimy go przenieść - odwrócił się powrotem do nich. *** Ułożyli go przy fontannie, w tej części ogrodu gdzie zwykle jadali śniadanie. Leżał na niskich stopniach do niej prowadzących. Zimny kamień chłodził nieco jego rozpalone ciało. Wkrótce przy całej trójce pojawił się Moises- białowłosy Strażnik o wyglądzie dwunastoletniego chłopca. Jego twarz była zmartwiona i wydawał się wiedzieć, co się stało. Bez słowa przytknął ręce do ramion Symina uważając na otwarte rany. Przymknął przy tym oczy i przesuwał delikatnie ręce. -Zatamowałem krwawienie jednak- podniósł głowę i spojrzał na rodzeństwo- nic więcej nie mogę zrobić. Żadne z nas nie może. Musi przez to przejść. -Dlaczego tak cierpi? Skąd tyle krwi- szepnęła Seleste mokrą szmatką myjąc jego plecy. Moises sprawił też, że Symin chwilowo zasnął. Nie wątpiła jednak, że wkrótce się obudzi bo ból będzie zbyt silny. -Bo to człowiek. Jego ciało… jest miażdżone i rozrywane. Te skrzydła muszą gdzieś urosnąć. -Tak bardzo chciałabym mu jakoś pomóc. -To przy nim bądź. To pomoże- stojący do tej pory w pewnym oddaleniu Hess zbliżył się do nich. Przyglądał się Syminowi nie przeniknionym spojrzeniem. -Nie martw się siostro. Jest silny. Płynie w nim nasza krew. No i już raz umarł- białowłosy położył jej dłoń na ramieniu i cofnął się. - Nawet o tym nie wie. -Hess…- dziewczyna spojrzała na niego zbolałym wzrokiem. -Wie to co Ojciec uznał za właściwe. I niech tak zostanie- Moises spojrzał na nich obojga. Czuł, że coś się kończy. Więzi miedzy Strażnikami były i tak już nadwątlone, a teraz ten półkrwi tylko jeszcze bardziej ich podzielił. Przez chwilę cała trójka milczała…