Erotyka · 22 min czytania
Niespodziewana miłość 26-27
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział 26. Podróż.
Nastał ten dzień. Dzień sądu. Decydujący. Dzień, w którym miało się okazać wszystko. Dzień, w którym miałam się dowiedzieć, tak właściwie czegoś, co decydowało o moim dalszym życiu. Spakowana wyszłam na dwór. Czekał tam na mnie już ojciec, który miał mnie zawieść na lotnisko. Wsiadłam do samochodu. Strasznie się nie wyspałam. W pokoju Fabiana siedziałam aż do wschodu słońca. Położyłam się spać dopiero, gdy zobaczyłam zapalone światło w salonie. Obraz mienił mi się w oczach. Jechaliśmy dozwoloną prędkością, ale u mnie wszystko działo się w przyspieszonym tempie. Myślami byłam już przy moim kochanym chłopaku. Całą drogę myślałam o jego reakcji, o tym czy czytał sms, o jego słodkiej łobuzerskiej mince, o tym jak się ucieszy, lub i nie… -Daleko jeszcze? –Spytałam ojca. -Jesteśmy na miejscu. Zaparkował. Wyszłam z samochodu wypakowując torbę. -Samolot B11 odlatuje za 5 minut. Prosimy pasażerów o zajęcie miejsc. -Tato muszę już uciekać. -Uważaj na siebie. -Postaram się wrócić jak najszybciej. –Przytuliłam Bila. Wyruszyłam w stronę śmigłowca. Było mnóstwo podróżnych. Z trudem przeciskałam się przez ludzi w poszukiwaniu wolnego miejsca. Rozejrzałam się dokładnie. W końcu bez dłuższego namysłu usiadłam koło dość otyłego mężczyzny wcinającego hamburgera. Pozycja obok okna mi odpowiadała. Do uszu włożyłam słuchawki wsłuchiwając się w romantyczne klimaty piosenki starej jak świat w wykonaniu Shakin'a Stevensa. Troszkę przysnęłam. Obudził mnie wstrętny zapach sałatki z tuńczyka. -Przepraszam pana. Czy mógłby pan jeść w innym miejscu? Na przykład w jadalni. To dość drogi lot, więc nie należy narażać się na niewygodności. Prawda? -Nie chce mi się. –Odparł mężczyzna z pełną buzią. –A tak przy okazji to, co robisz, jak dolecimy. Może mały spacerek tylko ty i ja… -Ych! –Zdenerwowana zabrałam torbę i przecisnęłam się gwałtownie, idąc jak najdalej od dziwnego grubasa. -Jakby, co to dzwoń mała! Numer zapisałem ci na ręce! Naśliniłam palec ścierając z całych sił napis. -Co za ludzie! –Wykrzyknęłam na cały pokład. Prześlizgnęłam się i ujrzałam kolejne wolne miejsce. Przy małym chłopczyku. -Wolę mieć narysowanego transformera niż kontakt do jakiegoś pawiana. –Pomyślałam. Usiadłam wygodnie. Mały wciąż walił we mnie grzechotką. Próbowałam go ignorować, jednak, gdy całą mnie opluł miarka się przebrała. Zawścieczona usiadłam na podłodze. Z nafoszoną miną skrzyżowałam nogi i oparłam wygodnie o krzesło. -Prosimy państwa o zapięcie pasów. Zaraz nastąpią turbulencje. Zaczęłam nagle cała kołysać. Torba sunęła się raz w lewo raz w prawo. Waliłam to o jedną stronę pokładu, to o drugą. W końcu przyszła stewardessa patrząc na mnie z byka. -Tak? –Zapytałam. -Proszę o zajęcie miejsc. -Wszystkie są zajęte, głównie z moim, a tu bardzo mi wygodnie. –Kosmetyczka spadła mi na głowę. -Auć. -Wygodnie? -Ech… -Proszę za mną. Posłuchałam kobiety. Wskazała mi siedzenie wyglądające z pozoru na całkiem normalne. Nikt na nim nie siedział. -Godzinę temu kaskaderzy wyskoczyli z pokładu. Gdyby pani odezwała się wcześniej… -Dobrze. DZIĘKUJĘ. –Zażenowana patrzyłam przez okienko. Ujrzałam czubek Big Bena. Musiałam być już blisko. Pomimo kilku godzin niewygodności, kilka sekund wszystko naprawiło. -Dziękujemy za wybranie naszych linii. B11 poleca się na przyszłość. Za 5:4:3:2:1 nastąpi lądowanie. -Nareszcie… Wybiegłam szybko z samolotu. Widziałam mojego pierwszego towarzysza podróży, który nie chciał wstać. Popatrzył na mnie machając mi ręką i puszczając perskie oko. Tylko przyspieszyłam nie zwracając na niego uwagi. Szłam wzdłuż Londynu rozkoszując się pięknymi widokami. Czyste ulice, pamiątki, mili ludzie, cudowne jeziora… Prawie bym odpłynęła, gdyby nie myśl, że tylko kilka metrów dzieli mnie od ukochanego. Zobaczyłam duży budynek z jeszcze większym podwórkiem. Napis „training of new recruit”* wyjaśniał wszystko. To tu miałam spotkać się z przeznaczeniem. Szkoła z zewnątrz nie wyglądała pięknie. Otoczona była wielkim kolczastym murem. Wyschnięta trawa, porysowane drzwi i wybite okna bardziej mnie do niej zniechęciły. Zadzwoniłam do domofonu, prosząc o wpuszczenie. -Kto tam? -Dzień dobry. Nazywam się Paulina Great. Przyniosłam dokumenty. -Proszę wejść. Gigantyczne w porównaniu z moim wzrostem wrota otworzyły się. Niepewnie przekroczyłam ich próg wchodząc do środka. W pierwszym pomieszczeniu znajdowały się trzy biurka. Telefony nieustannie dzwoniły. -Zapraszam. –Skierował w moim kierunku starszy pan z brodą. -Proszę oto papiery o przeniesienie Fabiana Robsona. Wziął je do ręki i przeczytał uważnie. -Hm… -Przysunął listę uczniów do siebie. Koło nazwiska Fabiana zrobił haczyk i napisał „przeniesiony”. Patrzyłam z uwagą, a później szeroko się uśmiechnęłam. -Dziękuję. Naprawdę dziękuję. –Szczerzyłam się. -Będzie nam brakowało Fabiana. To jeden z najlepszych uczniów. Swoją kondycją dorównuje niejednemu zawodowcowi. Jednak skoro jego serce jest przy was nie możemy go zatrzymywać. -Niech pan uwierzy Fabian skończy szkołę. Obiecuję to. Sama tego dopilnuję. -Mieć taką dziewczynę to skarb dla tego młodzieńca… -Dziękuję. Kiedy będę mogła z nim odjechać? -Do załatwienia jest trochę formalności, ale spróbuję się z tym uporać. Nie musicie się martwić. Zrobię wyjątek. Pierwsze drzwi na lewo. Tam go znajdziesz. Powiedz, żeby się już pakował. -Mam jeszcze jedno pytanie. Czy poinformował go pan o naszych zamierzeniach? -Przykro mi, ale nie miałem czasu. Jest tu dużo chłopców, nie on sam marzy o przenosinach. -No dobrze. Pójdę już po niego. Szłam brudnym korytarzem. Zobaczyłam zniszczony nadruk na drzwiach „sala ćwiczeń”. To tam miał być Fabian. Serce biło mi, jak dzwon. Myślałam, że zaraz wybuchnie. Zdenerwowana pociągnęłam za klamkę. W środku było pełno drabinek, kozłów, drążków i innych rzeczy do ćwiczeń. Skupieni na treningu mężczyźni nie zwrócili na mnie zbytnio uwagi. Wszyscy mieli krótko ścięte włosy. Większość wręcz na łyso. Każdy z nich był bardzo umięśniony. Wzrokiem szukałam Fabiana. Znalazłam go. Również ściął trochę włosy. Bez koszulki podciągał się na drążku pod okiem jakiegoś starszego kolegi. Od wszystkich był młodszy, aczkolwiek na takiego nie wyglądał. Siedemnastolatek wśród dwudziestopięciolatków przypominającego jednego z nich, lub nawet bardziej rozwiniętego. Takie coś nie zdarzało się często. Był wyjątkiem. Jak z resztą nie tylko w tej sprawie. Zerknął w moim kierunku jakby czegoś oczekiwał. Gdy mnie zobaczył, gdy na mnie spojrzał świat się zatrzymał. Tylko miłość umie zatrzymać czas. Tak było w moim przypadku. Zszedł z drążka. Ustał w miejscu. Nic nie mówiąc. Nawet się nie uśmiechnął. Sama posmutniałam. Patrzył na mnie jakby z niedowierzaniem. W jego oczach był strach, do moich za to docierały pomału łzy. Odwróciłam się chcąc odejść. Nie wiedziałam, co mam robić. Zażenowana całą sytuacją najlepiej schowałabym się pod ziemię. Zrobiłam krok w przód. Nagle ktoś złapał mnie za rękę. Przybliżył do siebie. Objął w pasie. Podniósł delikatnie brodę jednym skinięciem palca. Pogłaskał po policzku opuszkiem. Przytulił mocno do siebie. Jak tylko mocno mógł. Popatrzyłam na niego. Na jego łobuzerski uśmiech. Na mojego ukochanego. Rzuciłam torbę. Objęłam go rękoma za szyję. Podniósł mnie obracając w kółko. Dotknęłam wargami jego wargi. Inni się nie liczyli. Widziałam tylko rozpromienioną twarz szatyna, który dotykał mnie, jak nigdy. Z pasją, zaangażowaniem i uczuciem. Zamknął oczy. Ja też. Pocałował mnie. Świat zawirował. Nasz pierwszy pocałunek. Nic planowanego. Wszystko zrobione spontanicznie. Pójście na żywioł. Odpłynęłam. Kilka minut czegoś tak cudownego. Krzyki mężczyzn „Uuu”, „Brawo!”, „Tak trzymać!”, „Hura!!”. Zapamiętam chyba do końca życia. Złapał mnie za rękę. Wyszliśmy z sali. Zakochana plątałam nogi. Miałam wrażenie, że nie dojdę. Czułam się, jak pijana, choć nigdy w życiu nie miałam alkoholu w buzi. Usiedliśmy na ławkę. Otoczył mnie ramieniem. Nic nie mówiłam. Szczęśliwa tak, że nie wiedziałam, czy zaraz się popłaczę, czy wybuchnę śmiechem starałam się nie patrzeć na towarzysza. -Mam pytanie. Skąd ty się tu wzięłaś?! Wzięłam głęboki wdech. Uspokowując się. -Złożyłam podanie, aby przenieśli cię do szkoły w okolicy. Chyba nie masz nic przeciwko? -Nie. Po prostu jestem bardzo zaskoczony. -Nie dziwię ci się. Obciąłeś włosy? -Jak to w wojsku… -Aha. Nie tak wyobrażałam sobie naszą pierwszą rozmowę od kilku miesięcy. Nie wiem, czy to ten pocałunek, tak zmienił nasze relacje. -Coś cię gryzie? –Zapytałam. -Szczerze mówiąc tak. -Co oni ci tu zrobili?! –Zbulwersowałam się. -Nie chodzi mi o to. Radziłem sobie. -To, co jest? -Co się stało wtedy? Co zrobił ci Miłosz? -Ech… Muszę opowiadać? -Myślę, że większość już wie. -Fabian… To stare dzieje… -Stare? -Wybaczyłam mu. Dał mi bilety do Anglii. Gdyby nie on, wcale by mnie tu nie było. -Tak… Teraz to ci daje bilety. Ukradł je? -Co? Nie. Zarobił. Uczciwie. -On i uczciwość? Jakoś trudno mi w to uwierzyć. -I tak się wyprowadza. Nie martw się. -Na stałe? -Chyba tak… -Ok. Ale powiedz, co ci strzeliło do głowy, żeby się gdzieś błąkać? -Nie wiem tak jakoś. Przecież mnie znasz… Wiesz, że jestem szalona. A ty tak bardzo mnie kontrolujesz. Nie pozwoliłbyś mi na takie wyczyny, więc… -Kontroluję?! –Zabrał ramię. -Może niekoniecznie to słowo miałam na myśli… -Tak, jasne. –Wstał. Podszedł do parapetu. -Przykro mi, iż się nie cieszysz, że przyjechałam. Nie odpowiedział. Nastała niezręczna cisza. Przerwałam ją. Otwierając się przed nim. -Pojechałam w jakiś zaułek. Padał deszcz. Było ciemno. Tam mnie dopadli. Miłosz, Mariusz, Robert, Rupert… Cała jego banda. Torturowali mnie parę dni. Bili, nie dawali jeść, zamykali w ciasnych pomieszczeniach. Każdego dnia myślałam tylko o tobie. Dostałam listy. Dał mi je Mariusz. Zaprzyjaźniłam się z nim. Poradziłam w sprawach sercowych. Odwiedził mnie w szpitalu. Ogólnie nie było ciekawie. Miłosz, jednak zrobił to wszystko z miłości. Wiem okazał to dziwnie, ale on naprawdę żałuje. Wybaczyłam mu. Przyszedł do mnie do domu. Pożegnaliśmy się… Martyna próbowała go powstrzymać, ale on już jest gdzieś daleko. Nikt nie wie gdzie. W szpitalu też było okropnie. Mam jeszcze blizny od kroplówek. Martyna codziennie do mnie przychodziła. Przegadywałyśmy całe dnie. Pisałam do ciebie. Rozpisywałam się, jak tylko mogłam. Żałuję. Żałuję tego, co się stało. Wiem, że częściowo to moja wina. Wiem, że należało się słuchać ciebie. Wiem, że wszystko byłoby inaczej, gdyby nie ja. Przepraszam. Wybacz mi… Wybacz wszystko… Proszę. –Końcowo zaczęłam błagać. Przestawił się w moją stronę. Patrzyłam na niego ze skruchą. Przetarł oczy. Poszedł znów do sali. Załamana uderzyłam się kilkakrotnie w głowę. Za chwilę jednak z niej wyszedł. Tym razem w koszulce i z ręcznikiem na barkach. -To, kiedy…