Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

historia · 38 min czytania

Niespokojne dnie - część I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Część I

Młody chłopak wyszedł spokojnie z budynku Sokołowa i usiadł na kamiennych schodach. Jego wzrok objął ciemniejące, wieczorne niebo. Wiatr gnał kilka obłoków ze znaczną szybkością, lecz nie zapowiadało się na deszcz. Właśnie teraz, w czasie sianokosów, opady byłyby najmniej oczekiwaną rzeczą. Od strony brzozowego lasu rozległ się głośny krzyk ptaka i młodzieniec spojrzał w tamtym kierunku. Głos nie powtórzył się, wokoło zaległa cisza, lecz ciemne oczy chłopaka nadal utkwione były w plątaninie drzew. Wiedział, że za lasem stoi niewielki dwór zamieszkany przez brata jego ojca. Chłopak zamyślił się, przypomniał sobie słowa rodziców. Wiedział, że ponad osiemnaście lat temu w jego rodzinie miała miejsca tragedia. Jego dziadkowie na spółkę z bratem ojca dopuścili się oszustw finansowych, przyparci do muru zakończyli całą sprawę morderstwem. Cała trójka została skazana na długi pobyt w więzieniu. Jednak nie każdemu z nich udało się odsiedzieć wyrok do końca. Obaj dziadkowie chłopaka zmarli na zapalenie płuc, jedynie Damian, brat jego ojca, zdołał przetrzymać chorobę. Nic dziwnego, był młody, silny i zahartowany dzięki służbie wojskowej. On jeden spośród całej trójki miał szanse na przeżycie i tak też się stało. Rok temu doszła do Sokołowa wiadomość, że bliźniaczy brat Dominika odzyskał wolność. Chłopak pamiętał, jak bardzo nowina ta poruszyła jego rodziców. Dość długo chodzili zdenerwowani, często rozmawiali na temat byłego więźnia, lecz nie były to miłe słowa. Ojciec kilkakrotnie ostrzegał go przed stryjem, matka była niespokojna. Młodzieniec widział strach w ich oczach, lecz niewiele z tego rozumiał. Przecież tak bardzo chciał spotkać się z bratem ojca! Dopiero po wyjaśnieniach poznał niemal całą historię i okrutną prawdę. Przez długi czas nie mógł otrząsnąć się z szoku. Do chwili gdy Damian odzyskał wolność, w Sokołowie nie było mowy o przeszłości. Młody chłopak nie interesował się kim są jego dziadkowie, czy ojciec lub matka mieli rodzeństwo. Prawda spadła na niego jak piorun. Nagle dowiedział się, że brat ojca oskarżony był o morderstwo, dwóch dziadków zmarło w więzieniu... To było dla szesnastoletniego wówczas dziecka niczym cios. Chłopak odetchnął głęboko i przymknął na chwilę oczy. Nawet teraz, po roku na myśl o przeszłości odczuwał ukłucie w sercu. Lekki wiatr muskał delikatnie czarne włosy młodzieńca, owiewał śniadą twarz. Wiele razy słyszał słowa, że jest bardzo podobny do swego ojca, Dominika. Sam to widział i szczerze mówiąc cieszył się z tego. Podobnie jak Dominik charakteryzował się wysokim wzrostem i przyciągającym uwagę uśmiechem. Nawet jego imię wiązało się z ojcem – rodzice nazwali jedynaka Daniel. Daniel był wrażliwy, czuły na ludzką krzywdę i bardzo kochał rodziców, choć nie zawsze umiał im to okazać. Nagłe trzaśnięcie wrót stajni przykuło jego uwagę. Z zaciekawieniem spojrzał przed siebie, na stary, drewniany budynek ciągnący się długim pasem po drugiej stronie dziedzińca. Coraz głębszy mrok nie pozwolił mu na rozpoznanie szczegółów, lecz zauważył córkę stajennego biegnącą w stronę studni. Długie, jasne włosy dziewczyny powiewały na wszystkie strony, spore wiadro obijało się jej o nogi gdy zbliżała się do studni stojącej na środku dziedzińca. Z wprawą zaczerpnęła wody, przelała ją do wiadra i ruszyła w drogę powrotną. Tym razem nie spieszyła się tak bardzo, lecz mimo tego woda chlupotała cicho i wylewała się na ziemię. Daniel obserwował dziewczynę z uwagą, po czym wstał zwinnie i ruszył jej śladem. Przeszedł przez podwórze i zniknął w stajni. Wokoło panowała przytulna atmosfera. Po lewej stronie ciągnęły się boksy w których stały konie i ze spokojem przyglądały się nowoprzybyłemu. Po prawej stronie, blisko wejścia, znajdowały się siodła, uzdy, zgrzebła, szczotki i wszystkie inne drobiazgi potrzebne do opieki nad zwierzętami. Nieco dalej leżały góry siana oraz słomy, służące za wyściółkę dla koni. Cały budynek spowity był mrokiem, jedynie w głębi, przy ostatnim boksie, palił się kaganek dający łagodne światło. Stamtąd też dobiegały odgłosy cichej rozmowy. Zainteresowany Daniel przeszedł obok czterech wodzących za nim wzrokiem koni i zajrzał do oświetlonej przegrody. Na świeżej słomie leżała kara klacz, która od pewnego czasu spodziewała się źrebaka. Oddychała głęboko, z bólem, wokół niej klęczały trzy osoby. Córka stajennego, Monika, z uwagą wpatrywała się w przymknięte oczy zwierzęcia i pocieszającym gestem gładziła ją po głowie i szyi, odsuwała na bok czarną grzywę. Przy brzuchu siedział przystojny, wysoki piętnastolatek o brązowych włosach i bystrych, piwnych oczach. Był to młodszy o dwa lata brat Moniki, Paweł. Ostatnim z zebranych był Piotr, dobry przyjaciel rodziców Daniela. Chłopak bardzo lubił tego postawnego mężczyznę. - Zaczęło się? - zapytał cicho, klękając między Pawłem a Piotrem. Stajenny spojrzał na niego z niepokojem. - Tak. Ale coś jest nie w porządku, za ciężko to idzie. Daniel ogarnął wzrokiem zmęczoną klacz, przez chwilę obserwował jej gwałtownie rozszerzające się nozdrza. Monika obejmowała jej głowę, przytrzymywała mocno aby się nie rzucała, lecz łeb konia leżał bezwładnie na grubej warstwie słomy. Nagle ciało zwierzęcia naprężyło się, fala skurczu przebiegła przez brzuch. Piotr natychmiast zabrał się do pracy, ujął w dłonie małe kopytka. Klacz prychnęła głucho, niebezpiecznie wierzgnęła tylną nogą. - Ostrożnie! Skurcz minął, lecz tylko na chwilę. Ciało zwierzęcia znów naprężyło się mocno. Piotr ciągnął rodzące się źrebię za nogi, pomagał matce jak tylko mógł. - Daniel, Paweł, uciskajcie jej brzuch! Obaj chłopcy momentalnie zabrali się do roboty. Parli dłońmi wydęty brzuch klaczy, skupieni i cisi. Mijały minuty wypełnione napięciem i pracą. Zarówno ludzie jak i koń byli coraz słabsi, siły opuszczały ich coraz szybciej. Klacz prychała głośno pomiędzy jednym a drugim skurczem. Był to dla niej ogromny i bolesny wysiłek. - To już ostatni raz! - Piotr pociągnął silnie i na siano zsunęło się mokre ciałko. Klacz z trudem uniosła się do góry i na chwiejnych nogach podeszła do swego nowonarodzonego dziecka. Z uwagą oczyściła je z błony, wylizała ciemną sierść źrebięcia. Mały uniósł głowę, potrząsnął nią tak gwałtownie, że stracił minimalną równowagę i upadł na miękkie siano. Po chwili jednak doszedł do siebie i pod czujnym okiem matki próbował unieść się na swoje długie nogi, co nie zakończyło się niczym innym jak upadkiem na zad. Daniel wraz z Piotrem, Pawłem i Moniką obserwowali próby samodzielności małego źrebięcia zza ogrodzenia boksu. Teraz, gdy wszystko poszło dobrze nie było potrzeby przeszkadzać klaczy w opiece nad dzieckiem. Piotr obmył ręce w niewielkiej miednicy, po czym otarł je do sucha. Spoglądając na małego uśmiechnął się lekko. - Dobrze, że się udało. To będzie ładny koń, wyrośnie z niego czarny jak smoła ogier. Paweł spojrzał na ojca z błyskiem w oku. - Skąd to wiesz? Przecież jeszcze tego po nim nie widać. - Wystarczy spojrzeć na matkę. Daniel uśmiechnął się patrząc na Pawła. Młodszy od niego o dwa lata syn stajennego był wysoki, barczysty, wydawał się być bardziej dojrzały od niego. Nic dziwnego, Paweł miał po kim odziedziczyć wspaniałe warunki fizyczne, gdyż zarówno Anielka jak i Piotr byli wysocy i przystojni. Młody stajenny rysy twarzy i ciemny kolor włosów przejął od matki, natomiast piwne oczy były zasługą ojca. Monika była całkowitą przeciwnością brata. Jasnowłosa, szarooka i drobna, zdawała się być tak delikatna, że w każdym wzbudzała instynkt opiekuńczy. Miała miły, urzekający charakter i podobnie jak Piotr była bardzo nieśmiała. W ostatnim czasie często rzucała na swojego równolatka, Daniela, ukradkowe spojrzenia, lecz gdy tylko on zwracał głowę w jej stronę, natychmiast uciekała wzrokiem. Danielowi schlebiało zainteresowanie Moniki, lecz nic ponadto. Wychowali się razem niemal jak rodzeństwo, znali się od kiedy zaczęli chodzić i darzyli się prawdziwą przyjaźnią. Daniel nie chciał nic w tym układzie zmieniać. Młody szlachcic oparł się o słup i z uwagą obserwował pierwsze kroki źrebaka. Cienkie nóżki trzęsły się lekko utrzymując ciało malucha, przestępowały niespokojnie, lecz stawały się coraz silniejsze. Piotr postawił przy klaczy wiadro wody i spojrzał na Daniela. - Wiesz, jak go nazwiecie? - uśmiechnął się. Chłopak pokiwał przecząco głową, jego wzrok wciąż utkwiony był w coraz silniejszym źrebięciu. Nagle twarz mu się rozjaśniła. - Zaraz, jak miał na imię koń mojej matki? Też był podobno cały czarny! - Chcesz go nazwać Ades? - Tak. Chyba to imię do niego pasuje? Stajenny skinął głową. - Ades miał co prawda białą gwiazdę na czole, dlatego różnił się trochę od tego źrebaka. Ale masz rację, temu maluchowi należy się imię po tamtym wspaniałym koniu. Jeszcze przez pół godziny nie spuszczali wzroku z młodego, teraz całkiem samodzielnego źrebaka, gdy od strony wejścia rozległy się kroki i Piotr spojrzał na wysokiego, czarnowłosego mężczyznę. Uśmiechnął się szeroko. - Dominik, powiedz Cecylii, że urodził się nowy Ades. Twój syn go tak ochrzcił. Ojciec Daniela bez słowa podszedł do boksu, oparł się o niego ciężko i z powagą spojrzał na małego konia ssącego klacz. Piotr od razu zwrócił uwagę na niecodzienne zachowanie Dominika. Znał go od dwudziestu lat i widział, kiedy coś było z przyjacielem nie tak. Utkwił wzrok w przygnębionej twarzy szlachcica, w jego zielonych oczach miotających skry. - Co się stało? - zapytał cicho. Daniel także spojrzał na ojca i natychmiast spoważniał. Rzadko widział go tak złego i jednocześnie przybitego. Dominik odetchnął głęboko, ściągnął brwi, lecz ani drgnął. Obserwował zwierzęta znajdujące się w boksie. - Dostałem wiadomość od Damiana. Chce się ze mną widzieć. Daniel i Piotr wpatrywali się w czterdziestodwuletniego mężczyznę, który nagle postarzał się ze zmartwienia. Pierwszy oprzytomniał Piotr. - Dlaczego chce się z tobą spotkać? Przecież mieszka w waszym starym dworze od roku i do tej pory nie próbował nawiązać jakiegokolwiek kontaktu. Szyderczy śmiech wyrwał się z gardła Dominika. - Dręczy go samotność i ma wyrzuty sumienia. Nagle chce wrócić do rodziny. On, który oszukał Cecylię w tak podły sposób i zabił Jakuba dla kilku głupich monet! Piotr przez chwilę stał w ciszy. Kątem oka zerknął na Daniela. Widać było, że chłopak zna prawdę o przeszłości. - I co zrobisz? – znów spojrzał na Dominika - Spotkasz się z nim? Dominik niecierpliwym ruchem przejechał dłonią po włosach. - Nie wiem. Po prostu nie wiem co robić. - Cecylia wie o tym? - To byłaby ostatnia rzecz, o jakiej bym jej powiedział. Widziałem, jak cierpiała po śmierci Jakuba, przecież dwa lata byli małżeństwem. Pamiętam jak dziś jej płacze, cały żal za tym chłopakiem. Nawet po naszym ślubie czasami go wspominała, nieraz szlochała w poduszkę myśląc, że o tym nie wiem. Piotr, ja nie mogę nagle rozdrapać starych ran, nie chcę jej nawet wspominać Damiana! Co jej powiem? Mój brat bliźniak, który zabił naszego kuzyna, a twojego męża, chce się z nami spotkać i przeprosić. Przecież to niedorzeczność! Piotr skinął głową, zgadzał się z Dominikiem. Cecylia dosyć przeżyła, trzeba jej oszczędzić jakichkolwiek ciosów, a takim byłoby na pewno spotkanie z Damianem lub najmniejsza nawet wzmianka o nim. Westchnął cicho. - Może... - zaczął ostrożnie - może on naprawdę chce się z tobą pogodzić? To w końcu twój brat. Dominik obdarzył stajennego ostrym spojrzeniem. - Mógł myśleć o tym co robi osiemnaście lat temu! Wtedy za nic miał rodzinę, zabił własnego kuzyna. Takich spraw nie można zapomnieć. Poza tym znam go, to nie jest bezinteresowny człowiek. Głowę daję, że wiąże się z tym jakiś interes. Daniel stał obok Dominika i przysłuchiwał się jego słowom. Sam nie wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony rozumiał ból i gorycz ojca, w końcu jego bliźniaczy brat dopuścił się najgorszej zbrodni pod słońcem. Trzeba mieć w sobie ogromne pokłady złości i przemocy, aby z zimną krwią zamordować członka własnej rodziny. Na taki czyn nie można było znaleźć wytłumaczenia. Jednak w duszy chłopaka kołatała się nieśmiała myśl, że stryj się zmienił. Całe zdarzenie miało miejsce dawno temu, być może podczas pobytu w więzieniu zatwardziałe serce zmiękło. Ojciec zdecydowanie temu zaprzeczał, twierdził, że jest to zwykłe wyrachowanie. - Daniel - głos ojca przerwał jego rozmyślania - Nie mów o niczym matce, dobrze? Chłopak skinął głową, po czym rzucił ostatnie spojrzenie na Adesa i ruszył z Dominikiem do domu. Szli wolnym krokiem przez ciemny dziedziniec, obaj poważni i zamyśleni. Wokoło panowała cisza, noc spowiła całą okolicę, na niebie zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy. Daniel zerknął na idącego u jego boku ojca, któremu niemal dorównywał wzrostem. - Tato... - zaczął cicho. - naprawdę nie spotkasz się ze swoim bratem? - Nie wiem, Daniel. Trochę się boję zlekceważyć jego propozycję. Kto wie, czy nie zacznie nas nachodzić. Rozumiesz chyba, że tego chciałbym uniknąć. Chłopak kiwnął głową. Przez chwilę milczał, po czym odezwał się niepewnie. - Czy on jest naprawdę taki zły? Nie ma w nim żadnych ludzkich uczuć? Dominik uśmiechnął się smutno. - To mój brat bliźniak i Bóg mi świadkiem że bardzo go kochałem. Przez dwadzieścia cztery lata żyliśmy w zgodzie, łączyła nas wyjątkowa więź. To nie był zły chłopak, ale miał w sobie coś niepokojącego, zresztą twoja mama też to zauważyła. Było w nim jakieś wyrachowanie, wręcz pogarda dla innych. Starałem się przez te wszystkie wspólnie spędzone lata nie zwracać uwagi na tą stronę jego charakteru. I udawało mi się to, wtedy był zwykłym, miłym chłopakiem, wprost zarażającym wesołością. Ale ten obraz łatwo się kruszył, wystarczyło jedno jego spojrzenie czy słowo. - umilkł na chwilę, po czym ciągnął dalej - Właśnie dlatego, że go tak bardzo kochałem nie mogę mu wybaczyć tego, co zrobił. Skrzywdził nie tylko twoją matkę, ale i mnie. Ufałem mu, czasami wręcz go podziwiałem, a on zrobił coś takiego! Daniel był mądrym i wyjątkowo rozumnym chłopakiem, większość rzeczy przyjmował z większą powagą niż inni siedemnastolatkowie. Dlatego zdawał sobie sprawę z ukrytego sensu w słowach ojca. Wiedział, że spotkanie z bratem byłoby dla niego niczym rozdrapywanie starych, lecz ledwo zabliźniałych ran. Westchnął cicho kładąc się do łóżka na piętrze Sokołowa. Przykrył się szczelnie białą kołdrą, po czym zdmuchnął świecę palącą się tuż obok. Przez pewien czas leżał w bezruchu, wpatrywał się w ciemność i rozmyślał nad tą jakże skomplikowaną sytuacją. Zdawał sobie sprawę z jej powagi i delikatności, jedno nierozważne słowo mogło pociągnąć za sobą falę bólu. Chciał coś zrobić, pomóc rodzicom, lecz był całkiem bezradny. Mimo natłoku myśli prześcigających się nawzajem żaden pomysł nie wydawał się być dostatecznie rozsądny. Tak bardzo chciał pomóc, a tak mało mógł!

Następnego ranka zwlekał jak mógł najdłużej z zejściem na śniadanie. Wiedział, że w jadalni natknie się na matkę, a tego chciał uniknąć za wszelką cenę. Na jego twarzy wszelkie emocje były widoczne niczym w zwierciadle, wiele razy słyszał taką opinię i chcąc nie chcąc musiał się z nią zgodzić. Nigdy nie umiał ukryć swoich uczuć, obojętnie czy była to złość, rozgoryczenie czy radość, dlatego był pewien że i dziś Cecylia dostrzeże jego niecodzienne zachowanie. Wolał nie ryzykować spotkania z matką i tym samym uniknąć niewygodnych pytań. Wyjątkowo długo ścielił łóżko, z największą dokładnością układał na nim ciemną narzutę, wygładzał ją lekko. Kiedy każdy szczegół był wprost nieznośnie idealny, rozejrzał się wokoło i po chwili zabrał się za porządkowanie półki z książkami. Była to jego mała, prywatna kolekcja. Podobnie jak matka i ojciec kochał czytanie, często zatapiał się bez pamięci w historiach opisanych na kartach. W takich chwilach realny świat przestawał dla niego istnieć. Ostatnio podjął się zapisania własnego opowiadania, co sprawiało mu prawdziwą przyjemność. Jednak jego próby pisarskie były tak niepewne i do tego pełne osobistych odczuć, że nigdy nie zdecydował się pokazać chociaż jednej kartki komukolwiek, nie mówiąc już o rodzicach. Jego skromna twórczość pozostawała najbardziej skrywaną tajemnicą. Pół godziny później musiał stwierdzić, że nie ma już żadnych wymówek aby zostać w swoim pokoju. Jego kroki dudniły cicho na ciemnych, dębowych schodach. Nagle przystanął i z największą uwagą przechylił się przez poręcz, spojrzał w dół. Wokoło panowała absolutna cisza, tylko z kuchni dochodziły do niego hałasy mytych naczyń. Najwyraźniej rodziców nie było w pobliżu. Uśmiechnął się do siebie z ulgą i szybko zbiegł ze schodów. Zajrzał do jadalni, lecz było już po śniadaniu, zresztą spodziewał się tego. Pod wpływem narastającego głodu chwycił leżące na tacy jabłko, zatopił zęby w jasnym, twardym miąższu. Gryząc kęs za kęsem, skierował się do hallu. Chciał wyjść na dwór, przynajmniej na jakiś czas zniknąć z domu. Ledwie otworzył drzwi, gdy zobaczył matkę idącą dziedzińcem w jego stronę. Zauważyła go i pomachała wesoło ręką. Daniel stłumił nagłą chęć ucieczki, która ogarnęła go w pierwszej chwili. Zamiast tego uśmiechnął się lekko i całą siłą woli starał się wyglądać na spokojnego, co tylko w małej części odpowiadało jego obecnemu stanowi. Bardzo bał się, że jakimś zbędnym gestem lub słowem zdradzi się o Damianie. Matka podeszła do niego i stanęła obok. Nie była niska, lecz musiała lekko podnieść głowę spoglądając w ciemnoszare oczy syna. - Co się z tobą działo? Nie byłeś na śniadaniu. - uśmiechnęła się. Daniel starał zachowywać się jak zwykle. - Późno się obudziłem, przepraszam. Cecylia spojrzała w stronę stajni, na jej twarzy pojawił się wyraz czułości. - Ten mały źrebak jest wspaniały, właśnie go widziałam. Piotr powiedział mi, że nazwałeś go Ades. - Chyba dobrze? - Tak. Bardzo się z tego cieszę. - Cecylia rozrzewniła się na temat swojego konia z dzieciństwa, opowiedziała całą jego historię. - Dlatego wierzę, że ten maluch okaże się wyjątkowy. Już przy narodzinach okazał dużą siłę. To będzie nowy Ades. - zakończyła. Miły uśmiech rozjaśnił twarz Daniela. Cecylia po raz kolejny w ostatnim czasie zdziwiła się, jak bardzo jej syn staje się podobny do Dominika. Co prawda zawsze było to po nim widać, lecz ostatnie miesiące spowodowały prawdziwy przełom. Daniel wyglądał niemal tak samo jak Dominik, gdy go poznała. Te same włosy, te same rysy twarzy, nawet oczy pomimo różnego koloru sprawiały identyczne wrażenie. To naprawdę niezwykłe. - Gdzie jest ojciec? - głos chłopaka przerwał jej rozmyślania. Objęła wzrokiem podwórze. - Poszedł na obchód majątku, później miał zerknąć na sianokosy. Wróci za trzy, cztery godziny. Chciałeś coś od niego? - Nie. Cecylia popatrzyła na syna z uwagą. Przez chwilę miała wrażenie, że ten coś przed nią ukrywa, lecz szybko otrząsnęła się z podobnych myśli. - Masz jakąś pilną pracę? - zapytała. Daniel spojrzał na nią niepewnie. Co ma teraz odpowiedzieć? - Dlaczego? - Myślałam, że pojedziesz do…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Niespokojne dnie - część I — czytnik · opowiadania