Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

historia · 44 min czytania

Niespokojne dnie - część V

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Część V

Nadchodzący tydzień zdawał się być całkiem zwyczajny. Codzienne ćwiczenia, musztra, pełen wysiłek, który kończył się późno po zachodzie słońca. Przyzwyczajeni do warunków panujących w garnizonie żołnierze nie narzekali, lecz co niektórzy z coraz większą niecierpliwością oczekiwali na zbliżający się koniec służby. Nastrój taki potęgowała pogarszająca się z każdym dniem pogoda. Był listopad a śnieg przykrywał grubą pierzyną okoliczne dachy, łąki i pola jak w najzimniejszą Wigilię. Trzaskający mróz dawał się wszystkim we znaki, żołnierze wychodzili na plac w szalikach i ciepłych ubraniach. Przy każdym oddechu z ust unosiła się para tworząca niemal mgłę. Każdy wracał po ćwiczeniach i długich godzinach spędzonych na mroźnym powietrzu trzęsący się z zimna, ze zlodowaciałymi stopami i rękami. Ciepły, ogrzewający napój był marzeniem dla niejednego żołnierza. Pewnego dnia nadeszła pora decyzji. Pobyt poborowych zbliżał się do końca, został zaledwie tydzień, więc potrzebne były deklaracje. Były dwie możliwości: pozostanie w wojsku i służba za żołd, co jednocześnie łączyło się z przeniesieniem do prawdziwych jednostek wojskowych i ewentualny udział w bitwach, lub powrót do domów. Zdania wśród młodych ludzi były podzielone. Jedni woleli opuścić żołnierskie szeregi, wrócić do cywilnego życia, inni widzieli wojsko jako swoją szansę na przygodę i realizację życiowych planów lub marzeń. Dla wielu z nich pozostanie na służbie było jedynym ratunkiem przed powrotem na ulicę i niepewnością jutra, dawało możliwość w miarę godnego życia. Nie istniał żaden nacisk ze strony zwierzchników, każdy mógł podjąć decyzję wedle własnego sumienia. Trójka przyjaciół była zgodna - koniec z wojskiem. Daniel i Paweł wiedzieli, że w Sokołowie czekają na nich kochani rodzice, dlatego bez najmniejszych oporów podpisali odpowiednią deklarację. Obaj byli zadowoleni ze swojej decyzji. Także Karol nie chciał zostawać na służbie. Wolał wyjść do domu, zaopiekować się rodzicami i wrócić do spokojnego zawodu rybaka. Poza tym czekała na niego pewna dziewczyna, jak twierdził, uśmiechając się przy tym lekko. Najgorzej przedstawiała się sprawa z Robertem. Wrócił co prawda do zdrowia, nabrał sił, lecz nie to go niepokoiło. Nie miał domu ani bliskich, o kontaktach z ojcem nawet nie myślał. Na zewnątrz czekała na niego tylko ulica. Z drugiej strony nie nadawał się na żołnierza, zdawał sobie z tego sprawę. Miał w sobie zbyt mało pokory, poza tym nie wiadomo było, czy jego ręka będzie całkowicie sprawna. Nie chciał o niczym wspominać przyjaciołom, lecz czuł spory niedowład dłoni. Domyślał się, że podczas rozcięcia nadgarstka musiały zostać uszkodzone jakieś nerwy, a prawa ręka nie powinna zawodzić, gdy w grę wchodzi obrona życia. Robert długo nie mógł podjąć decyzji. Zastanawiał się nad swoim położeniem, które nie było zbyt ciekawe, rozważał wszelkie za i przeciw. Przez ostatnią noc nie spał prawie wcale, myślał o swoim przyszłym życiu. Jego oczy wpatrywały się w ciemność, słyszał wokoło spokojne oddechy kolegów. Wiedział, że nie chce zostać w wojsku, ale czy miał inną możliwość? Zły, uderzył pięścią w materac, przeklął cicho swoje niezdecydowanie. Nazajutrz rano, niewyspany i zamyślony, wpatrzony w podłogę, siedział ponuro na swojej pryczy. Zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji, wiedział, że dziś jest ostatni dzień na podpisanie odpowiednich oświadczeń. Miał czas tylko do południa. Ciche głosy szykujących się na śniadanie kolegów zupełnie nie dochodziły do jego uszu. Siedział jak w transie, nie zareagował nawet na przypadkowe szturchnięcie w plecy. Dopiero gdy wszyscy znikli na korytarzu wstał i poszedł powoli za nimi. W jadalni siedział obok Karola i kolegów, lecz jakby ich nie zauważał. Nie zwracał uwagi na ich wesołe, beztroskie rozmowy o cywilu, jadł papkę ze wzrokiem utkwionym w stół. Wiedział, że na coś musi się zdecydować i w końcu podjął decyzję. Gdy wychodził z sali jadalnej na korytarz poczuł dłoń na ramieniu. Odwrócił się i spojrzał w twarz Daniela. - Możemy porozmawiać? - zapytał chłopak. Robert kiwnął głową, stanął w rogu wąskiego przejścia. Daniel także przesunął się kawałek, tak aby inni mogli spokojnie wychodzić na zewnątrz. - O czym chciałeś rozmawiać? - Robert... Masz kłopoty? - Dlaczego o to pytasz? - Twoje zachowanie. - wyjaśnił Daniel krótko - Zmieniłeś się w ostatnich dniach. Robert uśmiechnął się lekko i odwrócił głowę w bok. - To aż tak widać? - rzekł z ironią. - Tak. - w oczach Daniela pojawił się uśmiech - Może mógłbym ci w czymś pomóc? - Nie, dzięki. Sam muszę się z tym uporać. Daniel momentalnie spoważniał. Podszedł bliżej Roberta, spojrzał mu w twarz i szepnął cicho. - A jednak... To ma coś wspólnego z gadaniem Karola? Też uważam, że mocno przesadził, ale chyba wszystko już jest wyjaśnione... A może ktoś dowiedział się o twojej bójce? Młody mężczyzna pokiwał głową, przerywając domysły kolegi. - Nie. To dotyczy mojego przyszłego życia. Chodzi o wojsko. Wiesz, że dziś jest ostatni dzień na podjęcie decyzji. - I co zrobisz? Robert milczał chwilę, po czym burknął. - Zostaję. Daniel obserwował przyjaciela bez słowa. Widział przygnębienie bijące z jego twarzy, wzrok miał utkwiony w drewnianej podłodze u stóp. - Nie wyglądasz na zadowolonego. Może wojsko nie jest wcale dla ciebie? - Daniel, ja nie mam wyjścia. Przemyślałem to. Nie mam zamiaru znów wracać na ulicę. Powinienem zrezygnować, wiem o tym, chociaż przez tą głupią rękę...! - przejechał dłonią po bandażu i umilkł, zbyt późno zdając sobie sprawę, że wydał swoją tajemnicę. Zerknął na Daniela i wiedział, że kolega doskonale zrozumiał. Utkwił wzrok w jego nadgarstku, odezwał się głosem pełnym napięcia. - Coś nie tak z ręką? - Zapomnij! - Nie, nie zapomnę! Dlaczego nic nie mówiłeś? - Po co? Paweł i tak wszystkim się przejmuje, miałem go jeszcze bardziej martwić? Zresztą żaden z was nie musiał o tym wiedzieć. Daniel nie słuchał Roberta. Ujął dłoń przyjaciela, kilka razy poruszył nadgarstkiem. Rozzłoszczony chłopak wyrwał się zdecydowanie, lecz nie zrobił tego dość szybko. Daniel zwrócił uwagę na okrutny fakt: ręka była dziwnie bezwładna. - Boże, przecież ty prawie nie masz w niej czucia! Nie możesz zostać w wojsku! - Niby czemu? - warknął Robert, chociaż doskonale znał odpowiedź. - Jeszcze się pytasz?! Pierwsza lepsza walka i po tobie, nawet nie podniesiesz broni, a nie zauważyłem, żebyś był leworęczny! Robert spuścił wzrok, mruknął cicho. - Dam sobie radę. Daniel był zbyt zdenerwowany, zbyt bał się o przyjaciela, dlatego chwycił go za mundur i niemal wrzasnął. - Czyś ty zwariował?! Nie rozumiesz, ze przy pierwszej lepszej okazji zginiesz?! Nie dasz sobie rady! - To co mam według ciebie robić?! Jestem bez domu, bez rodziny, bez pracy! Wyjdę i na pewno zamarznę w jakiejś starej bramie! Jest środek wyjątkowej zimy, nie zauważyłeś tego?! - brutalnie odtrącił od siebie ręce Daniela. Obaj zamilkli, oddychali głęboko i starali się uspokoić nerwy. Ich oczy wpatrzone były w siebie nawzajem ze złością. Daniel odetchnął głęboko i spróbował porozmawiać spokojniej. Bał się o Roberta tak bardzo, że czuł ucisk w piersi. Miał jakąś dziwną pewność, że gdy tylko przyjaciel zostanie w wojsku, będzie stracony. Nie chciał do tego dopuścić za wszelką cenę! - Robert, zrozum, że nie możesz zostać. Chłopak nie odpowiedział, oparł się tylko ramieniem o ścianę, wyjrzał przez okno i mocno ścisnął obandażowany nadgarstek. Daniel miał wrażenie, że krew znów zacznie przeciekać przez bandaż. - Proszę cię! - jęknął. Robert odwrócił się gwałtownie w jego stronę i odezwał się twardym jak stal głosem. - To nie jest twoje życie, rozumiesz? Nie będziesz mi dyktował, co mam robić! - Może i masz rację. Ale nie mam prawa patrzeć obojętnie, jak podpisujesz na siebie wyrok! Czy ty nie rozumiesz, że ciebie zabiją?! Bezwładna ręka to nie żarty! - Nic mnie to nie obchodzi! Wiesz, po co wstąpiłem do wojska? – przysunął się do Daniela, spojrzał mu prosto w oczy. – Już miałem dość bezdomności, głodu i spania w bramach! Myślisz, że kraj cokolwiek mnie obchodzi? Ta służba to jedyna możliwość, żebym nie skończył w rynsztoku. Daniel, ty nie wiesz jak jest w takim mieście, jakie rzeczy musisz robić, żeby przeżyć! Nie myśl, że samym żebraniem przeżyłbyś chociaż miesiąc czasu... a ja żyłem tak blisko dziesięć lat! Gdybyś wiedział, co robiłem, ty, taki delikatny paniczyk, nawet nie chciałbyś ze mną rozmawiać! Nie byłem święty! Ale teraz nie chcę do tego wracać. - Więc wolisz pójść na pewną śmierć. Robert patrzał na Daniela z politowaniem, kiwnął głową. - Nic nie zrozumiałeś. – mruknął pod nosem i poderwał się zdecydowanie, ruszył korytarzem. - A ty dokąd?! - krzyknął za nim Daniel. - Podpisać papiery. Daniel rzucił się do przodu, przebiegł obok Roberta i zagrodził mu drogę. Nie pozwalając, aby go wyminął, starał się złapać jego spojrzenie. - Nie rób tego, słyszysz?! To samobójstwo! - Odsuń się i daj mi przejść, inaczej mnie popamiętasz. Daniel nie przejął się groźbami przyjaciela. Widząc, że ten nie ustępuje i nadal przepycha się twardo do przodu, odepchnął go od siebie. Robert spojrzał na niego ze złością. - Robert, posłuchaj mnie ostatni raz. Podpisz deklarację, ale że odchodzisz. - Co? Zaczynasz bredzić! - odepchnął Daniela tak mocno, że ten zatoczył się na ścianę. To jednak nie powstrzymało chłopaka. Widząc, że Robert odchodzi krzyknął za nim. - Pojedziesz ze mną i Pawłem do Sokołowa! Robert stanął w miejscu. Przez chwilę trwał w bezruchu, jakby był posągiem, po czym odwrócił się powoli, obrzucił Daniela pogardliwym wzrokiem. - Myślisz, że chcę twojej łaski? Nie potrzebuję jałmużny! - To nie tak! Źle to odebrałeś! Paweł kilka razy wspominał o tym, jak dobrze by było, gdybyś pojechał z nami do domu. Ja też bym się z tego bardzo cieszył. Ale wtedy to było tylko takie gadanie. Wiedziałem, że chcesz zostać w wojsku, masz plany na przyszłość... Teraz to się zmieniło. Jedź z nami! - Chyba żartujesz! - Mówię poważnie! W wojsku nie masz czego szukać, w mieście też nie masz przyszłości... doskonale zrozumiałem. A w Sokołowie... Mój ojciec spróbuje wyleczyć ci rękę, dostaniesz pracę i miejsce do mieszkania. To nie jest żadna jałmużna! Robert spoglądał na Daniela bez słowa. Nagle odwrócił się i ruszył przed siebie szybkim krokiem. Daniel obserwował odchodzącego przyjaciela. Nie miał już wpływu na to, co zrobi Robert. On ze swojej strony zaoferował mu wszystko, co tylko było możliwe. Tylko czy Robert będzie na tyle rozsądny aby przyjąć propozycję Daniela, zależało wyłącznie od niego samego. Odetchnął głęboko, powietrze niemal nie rozsadziło mu piersi. Jednym ruchem obciągnął pomięty przez szarpaninę mundur i ruszył przed siebie. Jego kroki były wolne, spokojne, ich echo odbijało się od ścian wąskiego korytarza. Kierował się do sali, cichy i zamyślony. Błagał w duchu, by Robert odrzucił chociaż trochę swojej dumy i pomyślał o własnym życiu. Zdawało mu się, że zna przyjaciela, uważał go za pewnego siebie i zdecydowanego chłopaka, który nigdy się nie waha i wie, czego chce. Powoli jednak wychodziła na jaw mniej oczywista strona jego charakteru. Od pewnego czasu Daniel odnosił wrażenie, że Robert nie jest w pełni szczęśliwym, zadziornym dwudziestojednolatkiem. Ostatnio dostrzegł, jak bardzo przyjaciel jest samotny, a przede wszystkim stracił chęć życia. Myślał, że jego zachowanie po bójce było spowodowane strachem i upływem krwi, lecz teraz wiedział, że nie było tak do końca. Robert miał swoje problemy, z którymi nie potrafił sobie poradzić. Zamyślony i przygnębiony, ale i z nadzieją w sercu przystanął mimowolnie przed drzwiami, gdzie jakiś czas temu podpisywał oświadczenie o rezygnacji z kariery wojskowej. Słyszał dochodzące z sali odgłosy rozmowy, lecz nie rozróżniał słów. Nagle drzwi otworzyły się i wyszedł Robert. Oczy przyjaciół spotkały się, przez chwilę spoglądali na siebie bez słowa. W twarzach obu dało się odczytać prawdziwą powagę. Robert wyminął Daniela, podszedł szybkim krokiem do okna, utkwił wzrok w białych dachach budynków. - I co? - przerwał ciszę Daniel. - Nic. Znów nastała cisza. - Podpisałeś oświadczenie? - Tak. - I co postanowiłeś? Robert pochylił się do przodu, oparł dłonie o parapet i spuścił głowę. Zimne szkło chłodziło jego czoło. - Może jestem głupi, ale rezygnuję. Daniel uśmiechnął się lekko, podszedł do Roberta. - Dobrze zrobiłeś. - Nadal proponujesz mi pracę u siebie we dworze? - Oczywiście. Mówiłem poważnie. - Dzięki. Zostanę u ciebie tylko do końca zimy, później odejdę. Daniel kiwnął głową i uśmiechnął się do przyjaciela. Widział, że Robert jest dosyć zawstydzony i za wszelką cenę chce zostać niezależnym człowiekiem. Jego charakter nie pozwalał mu na pokorne przyjęcie pomocy, zwłaszcza tak nieoczekiwanej. - Zrobisz jak zechcesz. Chociaż nie zarzekaj się, jeżeli ci się spodoba możesz zostać na stałe. Robert pokiwał przecząco głową, nie chciał być od nikogo uzależniony. Idąc w stronę sali zadowolony z siebie Daniel podświadomie masował bolący łokieć. Musiał doznać kontuzji gdy Robert pchnął go na ścianę. Nie przejmował się jednak takimi szczegółami. Był szczęśliwy, że przyjaciel nie zostanie na służbie i w trójkę pojadą do Sokołowa. I to za tydzień! Zaśmiał się cicho, przyspieszył kroku. Obejrzał się i spojrzał jaśniejącymi oczami w twarz Roberta. - Chodź, powiemy o wszystkim Pawłowi. Zobaczysz, jak się ucieszy! Szybko przeszli długi, pusty korytarz i skręcili do dobrze znanej sali. Jednak już w progu obaj zauważyli, że coś jest nie tak jak zwykle. Ich twarze momentalnie spoważniały, bez słowa weszli do środka i stanęli przy łóżku Daniela. Zaniepokojeni, obserwowali rozgrywającą się scenę. Wszyscy żołnierze stali poważni, ze wzrokiem utkwionym w obecnego dowódcę. Byli wyraźnie zawiedzeni. - Ale, panie kapitanie... Część z nas za tydzień wychodzi do cywila. - odezwał się cicho młody mężczyzna imieniem Gabriel. Ostry wzrok kapitana przeszył go na wylot. - Powiedziałem wszyscy! Cała ta sala! A może boisz się, że na mrozie stracisz nieco ze swojej urody, przystojniaczku? Nie dziw się, słyszałem, że jesteś największym podrywaczem w całym garnizonie, podobno przyłapano cię z dziewczyną. Teraz masz szansę sprawdzić się gdzie indziej niż w łóżku! Gabriel zacisnął usta, jego ciemne brwi zsunęły się na brązowe oczy, rzucające teraz skry. Był wściekły, lecz nie odezwał się. Dowódca zlustrował spojrzeniem przygnębionych chłopaków, jego głos brzmiał jak trzaśnięcie biczem. - Zbiórka na placu jutro o piątej! Dostaniecie żywności na trzy dni marszu! Po wypełnieniu zadania będziecie wolni i możecie ruszać w świat - zakończył z ironią, po czym odwrócił się na pięcie i zdecydowanym krokiem wyszedł na korytarz. Daniel i Robert obserwowali wściekłych i jednocześnie załamanych kolegów. Nie rozumieli do końca, co się wydarzyło. - Do diabła! Zatłukłbym go! - ryknął Gabriel i zwalił się na pryczę zasłaniając twarz dłońmi, inni poszli w jego ślady. Część żołnierzy bez słowa usiadła na łóżkach i tępo wpatrywali się w podłogę. Robert szturchnął zdenerwowanego Pawła, spojrzał mu w twarz. - O co chodzi? - zapytał. - Jakiejś głupiej wsi grozi zalanie czy coś podobnego i w ramach ćwiczeń wysyłają nas tam na pomoc! Trzy dni marszu, pomyśl tylko! Podszedł Karol i spojrzał na nich ponuro. - Nie puszczą nas do domów dopóki nie wykonamy zadania. - mruknął cicho. Boże, tylko nie to, przeleciało Danielowi przez myśl. Ja już mam dosyć, chcę do domu! Czy to wojsko nigdy się nie skończy? Już od pewnego czasu przygotowywał się psychicznie na zakończenie służby, czekał na ten dzień z prawdziwą niecierpliwością. Jego charakter, podobnie jak ojca, był zbyt łagodny jak na tego typu zawód. Nigdy się nie skarżył, ale czasami miał prawdziwe załamania. Przygnębiały go ciężkie ćwiczenia, w których nie widział żadnej radości, również musztra była nużącym obowiązkiem. Kilka razy miał nieprzepartą ochotę rzucić to wszystko, nie zważając na niebezpieczeństwo wrócić do domu i prowadzić zwykłe życie. Nie nadawał się na żołnierza i dobrze o tym wiedział. Od powrotu do kochanego Sokołowa dzielił go tylko tydzień, zaledwie siedem dni. Tak bardzo się cieszył na zakończenie wojska, liczył każdą minutę. Nagle spada na niego tak zła wiadomość... Przygnębiony, usiadł na łóżku i z zamyśleniem ukrył czoło w dłoniach, oparł łokcie o kolana. Siedział tak dosyć długo, gdy jeden z żołnierzy odezwał się ponuro. - Zgaście świece, jutro musimy wstać z samego rana. Nikt nie zaprotestował nawet jednym słowem, wszyscy byli zbyt przygnębieni. Nawet ci, którzy planowali zostać w garnizonie i dalej ciągnąć karierę wojskową współczuli kolegom. Po chwili salę spowiła nieprzebrana ciemność, ciszę przerwało tylko czyjeś załamane westchnienie.

* * *

Śnieg opadał grubymi, ciężkimi płatkami na wypełniony garstką żołnierzy plac, kręcił się w ciemnościach. Włosy i ubrania chłopaków pokrywały się białym puchem. Daniel poprawił ciemnoszary, wełniany szal, wcisnął w niego brodę. Ranek był tak chłodny, że po pięciu minutach stania na mrozie miał zmarznięte policzki i nos, przy każdym oddechu z ust wydobywała się para. Rozejrzał się wokoło. Wszyscy marźli podobnie jak on, aby się rozgrzać przestępowali z nogi na nogę udeptując przy tym świeże centymetry nocnego śniegu. Nagle drzwi garnizonu trzasnęły cicho i na otulony ciemnością plac wyszło czterech oficerów. Na przedzie szedł dowódca grupy. Mężczyźni podeszli do młodych żołnierzy, obrzucili ich wzrokiem. Widzieli przed sobą małą, dwudziestoosobową grupkę zmarzniętych chłopaków. Dowódca zmrużył oczy w swym charakterystycznym, wyniosłym geście. - Wzięliście prowiant? - zapytał ostro. Odpowiedziały mu burkliwe głosy. - Tak jest, panie kapitanie. - Dobrze. - skinął głową. - Znacie plan! Trzy dni marszu do wioski, żadnych koni ani wozów. Noclegi tylko na dworzu. Zahartujecie się. Daniel usłyszał ciche stęknięcie Karola. Znał jego myśli i zgadzał się z nim w zupełności. To będzie wykańczający marsz, najcięższy egzamin w ich życiu. Kapitan uśmiechnął się złośliwie, wskazał głową na trójkę mężczyzn stojących u jego boku. Byli to niespełna czterdziestoletni oficerowie o twardych, zaciętych twarzach. - Panowie sierżanci utrzymają wśród was porządek. Chłopcy spojrzeli na wyniosłe postacie i od razu zrozumieli, że z ich strony nie czeka na nich nic dobrego. Wyglądali na ulepionych z tej samej gliny co kapitan. - Dobrze. Ruszamy! - głos dowódcy przeciął ostro powietrze. Milcząca i ponura grupa żołnierzy w ciepłych płaszczach i z ogromnymi plecakami na plecach wyszła przez bramy miasta, skierowała się w stronę pustkowi porośniętych kilkoma czarnymi drzewami. Rozgarniali nogami miękki, nienaruszony śnieg sięgający prawie do kolan, przedzierali się przez nieco wyższe zaspy. Wśród wschodzącego słońca biel biła wprost po oczach, przyprawiała je o ból. Wokoło nie było nic, tylko biała tafla rażącego śniegu na tle niebieskiego nieba. Szli już blisko trzy godziny, gdy wśród żołnierzy dawały się odczuć pierwsze oznaki zmęczenia. Ich oddechy stały się przyspieszone, tempo marszu zmalało. Nie polepszał faktu wysoki śnieg, przez który trzeba się było przedzierać i ciężkie plecaki przygniatające do ziemi. Daniel oddychał głęboko, wlókł się noga za nogą. Jego ciemne, grube buty żołnierskie były całe mokre, jednak wilgoć nie dostała się jeszcze do środka. Tuż obok niego szedł Paweł, bez słowa brnął przez zaspy. Karol także dawał sobie radę. Wzrok Daniela skierował się na idącego przed nim Roberta. Widział przed sobą wysoką postać ubraną w gruby, ciemny płaszcz sięgający połowy ud, spod którego wystawały czarne spodnie. Na plecach niósł spory plecak z przytroczonymi do boku manierkami. Blond włosy pokryte były cienką warstwą topniejącego śniegu, długo nie strzyżone opadały na szary szalik otaczający jego szyję. Chłopak szedł powoli, ale zdecydowanie. Tuż obok niego, w porządnym szyku kroczył Karol. Daniel przyspieszył, zrównał się z kolegami. Jednym spojrzeniem dał Karolowi znak, aby ten zamienił się z nim na miejsca. Karol kiwnął głową i zwolnił kroku, by po chwili iść za Robertem i Danielem. - Znowu będą dyskutować... Oni się chyba nigdy nie nagadają. Że też ty musisz znosić na co dzień takiego gadułę! Szczęście, że ten chłopak większość czasu spędza w stajni. - mruknął z przekąsem do Pawła. Ten w odpowiedzi uśmiechnął się tylko. Nie jest do końca tak, pomyślał. To ja siedzę w stajni, a Daniel w salonach. Daniel szedł przez chwilę w milczeniu. Gdy tylko minęli sporą zaspę spojrzał na Roberta. Zobaczył zacięte oblicze o oczach utkwionych w jaskrawym śniegu. - I jak? - zapytał cicho. Zerknął znacząco na chorą dłoń przyjaciela, zaciśniętą kurczowo na biegnącym przez pierś pasie plecaka. Rękaw płaszcza odchylił się nieco, ukazując kawałek bandaża. Robert ukrył opatrunek przed innymi żołnierzami, uśmiechnął się lekko. - W porządku. - Ręka cię nie boli? - Nie jest tak źle, wytrzymam. Daniel utkwił w Robercie swoje przenikliwe oczy, odezwał się poważnym tonem. - Nic dziwnego, że cię boli. Nie powinieneś narażać się na taki wysiłek, to dla ciebie zbyt dużo. Twoja rana jest jeszcze zbyt świeża. Przecież niecały tydzień temu miałeś poharataną tętnicę. - odetchnął głęboko i mruknął. - Może powinieneś był powiedzieć o tym zranieniu kapitanowi. Nie przyznać się do bójki, coś byś wymyślił... Myślę, że darowałby ci ten marsz. Robert uśmiechnął się pogardliwie, spojrzał na kapitana idącego równym, silnym krokiem. - Spodziewasz się, że by mi odpuścił? - Szczerze mówiąc, tak. On nie jest chyba sadystą. - Naiwny jesteś. - w głosie Roberta pobrzmiewała ironia, tak charakterystyczna dla pierwszego okresu ich znajomości. – Ten facet to karierowicz, widać to na pierwszy rzut oka. Zaharuje nas na śmierć, aby tylko się wykazać. Mam nadzieję, że nie ucierpią słabsi. Dwóch chłopaków jeszcze nie doszło do siebie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Niespokojne dnie - część V — czytnik · opowiadania