historia · 49 min czytania
Niespokojne dnie - część VII
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Część VII
Nazajutrz rano w małej chacie nad brzegiem jeziora odbywał się poranny ruch. Po głównej izbie roznosił się zapach świeżego chleba i masła, na stole stał żółty ser. Około trzydziestopięcioletnia kobieta o drobnej budowie i ciemnobrązowych włosach podgrzewała właśnie mleko, gdy do izby wszedł wybawca Daniela. Dopiero teraz, w świetle dnia widać było, jak dobre oczy ma ten człowiek. Mógł mieć blisko pięćdziesięciu lat, wysoki i zgrabny, szare oczy świeciły mądrością i humorem pod ciemnoblond grzywką. - I co? - spojrzał na żonę. - Obudził się? Kobieta pokiwała przecząco głową i dalej zajmowała się przygotowywaniem śniadania. Nie odrywając wzroku od stołu, odezwała się spokojnie. - Rozumiem, że zlitowałeś się nad tym chłopakiem. Ale... Widziałam jego rzeczy. Boże Święty, jeszcze nigdy nie widziałam ubrań w takim stanie. Nie bałeś się, że to jakiś zbir? Mężczyzna pokiwał głową i podszedł do żony. - Nie. Chwila rozmowy wystarczyła i przekonałem się, że to dobry chłopak. Był tak wykończony, że chwiał się na nogach. Nie mogłem go zostawić na środku drogi. Gospodyni obróciła się w miejscu i spojrzała w szare oczy z prawdziwą czułością. - Zawsze wiedziałam, że jesteś wspaniałym człowiekiem. Nawet wtedy, gdy opowiadali o tobie te niestworzone rzeczy. - Wtedy nawet nie zwracałaś na mnie uwagi. Byłem dla ciebie jak powietrze. - uśmiechnął się szeroko. Humor pojawił się w oczach kobiety. - Byłam młoda i głupia, miałam z siedemnaście lat! Zresztą, już wtedy mi się podobałeś. - Tak? Słyszałem co innego. Zaśmiała się cicho i uderzyła męża żartobliwie. Ten przytulił ją mocno, oparł brodę o głowę żony i spojrzał na szary krajobraz ciągnący się za oknem. - Naprawdę szkoda mi tego chłopaka. Było ciemno, więc nie mogłem widzieć jego twarzy, ale aż czułem smutek i przygnębienie bijące od niego. Boże, żeby młody człowiek musiał tyle przejść! - Stracił pamięć, tak? - Tak. Szuka domu, a nawet nie wie, gdzie on się znajduje. - odsunął się i spojrzał żonie w oczy. - Wiesz, o co najpierw mnie zapytał? Nie "gdzie jestem" albo "kim pan jest", co byłoby najbardziej naturalne, ale "czy pan mnie zna". Zupełnie, jakby chciał spotkać kogoś znajomego, kto by mu pomógł. Gdy to usłyszałem, serce mi się ścisnęło. Kobieta obserwowała męża, po czym pokiwała głową. - On naprawdę jest zagubiony. - Nigdy nie widziałem kogoś bardziej zagubionego od niego. I to w różnym znaczeniu. Zobacz, ile on musiał przejść, skoro jego rzeczy są w takim stanie. Ten chłopak naprawdę chce dojść do domu. Głowę daję, że jeszcze przed utratą pamięci długo musiał nie widzieć rodzinnych stron. - Dlaczego tak myślisz? - Jego ubranie to mundur. On jest żołnierzem, musiał przez pewien czas służyć w wojsku. Kobieta westchnęła cicho i zerknęła w stronę malutkiej izdebki, gdzie spał gość. - Och! Nie widziałam go, ale dzięki twojemu opowiadaniu wydawało mi się, że on jest młodszy... Skoro tak, to dorosły mężczyzna, a nie chłopak! - Teraz do wojska przyjmują w różnym wieku, mniej więcej od szesnastu, siedemnastu lat. A on... może mieć koło dziewiętnastu lat, nawet mniej. Gospodyni odetchnęła i ponownie zabrała się za śniadanie. Przygotowała kanapki z ciepłego jeszcze chleba, gorące mleko przelała do trzech kubków. - Zanieś mu to i postaw na komodzie. Będzie głodny, kiedy się obudzi. Blondyn wykonał polecenie żony i po chwili wrócił z uśmiechem na twarzy. - Śpi jak dziecko. Nawet się nie poruszył, kiedy przez przypadek uderzyłem nogą w stołek. W miłej atmosferze zjedli poranny posiłek, po czym oboje wstali od stołu. Kobieta sięgnęła po brudy mundur i płaszcz, leżące przy oknie. - Pójdę przeprać te rzeczy w jeziorze. Niech zostanie jeszcze jeden dzień, przynajmniej nabierze sił. - Dobrze. Ja przygotuję mu kąpiel. Nie chciałabyś wiedzieć, w jakim stanie on tam leży. - uśmiechnął się mąż. Daniel słyszał ciche odgłosy wody wlewanej do dużej miednicy, powoli otworzył oczy. Uniósł głowę, wyjrzał przez okno i zobaczył wzgórze ciągnące się w nieskończoność, na jego szczycie stał niewielki, drewniany dworek otoczony bezlistnymi kasztanowcami. Wokół wzgórza rosło sporo brzóz o szaroczarnych pniach. Deszcz znów siąpił z ciemnego nieba. Przeciągnął się silnie, wstał z łóżka i spojrzał w dół. Poczuł, że ze wstydu robi się czerwony. Jego nogi były wprost czarne, podobnie jak dłonie. Nie wyobrażał sobie, jak wygląda jego twarz, lecz czuł, że włosy lepią mu się przy każdym ruchu. Wczoraj nie miało to znaczenia, było ciemno, lecz jak dziś pokaże się na oczy temu mężczyźnie? Gdyby wiedział, jak wygląda jego gość, z pewnością nie sprowadziłby go do domu. - Już wstałeś? - uśmiechnięty gospodarz pojawił się w progu i z sympatią spoglądał na skrępowanego chłopaka. Daniel spuścił głowę. - Przepraszam, ale nie wiedziałem, że jestem aż tak brudny. Powinienem raczej przespać się w stajni, tam nie narobiłbym szkód. Mężczyzna zaśmiał się cicho. - Nie przejmuj się! Jeżeli tylko chcesz się poczuć lepiej, idź i wykąp się, ja poczekam tutaj. Daniel momentalnie znikł w dużej izbie. Rozebrał się do naga, powoli, z prawdziwą ulgą wszedł do miednicy, by po chwili szorować się zawzięcie w ciepłej wodzie. Czuł, jak jego ciało ożywa i odzyskuje nadszarpnięte siły. Po dwudziestu minutach wszedł do komórki czysty i pachnący, z mokrymi włosami, ubrany w świeże rzeczy zostawione mu przez gospodarza. Ten spojrzał na niego i uśmiechnął się. - No, teraz wyglądasz jak człowiek. Widzę, że koszula dobra, ale spodnie trochę za szerokie. - To nic, dziękuję panu. Mężczyzna kiwnął głową i wskazał na komodę. - Proszę, śniadanie. Mleko z pewnością ci wystygło, ale może lubisz zimne? Daniel uśmiechnął się i zabrał za jedzenie. Gryzł kęs grubej kanapki z masłem i serem, popijał letnim mlekiem. Już dawno nie jadł tak wspaniałego śniadania. Gdy skończył, odniósł kubek do dużej izby i obmył go w niewielkiej misce, po czym znikł w komórce, aby uporządkować swoją ławę. Mężczyzna zabrał się za dorzucanie polan do ognia. Gdy tylko wróciła żona, uśmiechnął się do niej, a ta szepnęła. - Wstał? - Tak. Już się nawet wykąpał. - w oczach gospodarza zapłonęły wesołe iskierki, widać było, że żartuje. - Szkoda, że nasza Ania już zamężna, pospieszyła się o miesiąc. Ten chłopak jest naprawdę miły i nieprzyzwoicie wprost urodziwy. Kobieta zaśmiała się cicho, pogroziła mężowi żartobliwie, ten w odpowiedzi zaśmiał się tylko. - Nie wierzysz? Sama zobacz. - szepnął i zawołał w stronę komórki - Chodź, poznasz moją żonę! Daniel wyszedł z izdebki i uśmiechnął się do drobnej, sympatycznie wyglądającej kobiety. Ta spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami, przez chwilę przypatrywała się mu bez słowa. Uśmiech powoli znikał z twarzy chłopaka, nie wiedział, dlaczego żona gospodarza zareagowała w taki sposób. - Widzisz? - uśmiechnął się mężczyzna. - Nawet na tobie wywarł duże wrażenie. Kobieta otrząsnęła się z zaskoczenia i przywitała gościa serdecznie, po czym dodała. - Wybacz, ale... - tu spojrzała na męża - Czy ty nie widzisz tego, co ja? Mężczyzna spojrzał na nią żartobliwie. - Że jest przystojny? Przecież ci mówiłem. Gospodyni potrząsnęła ze zniecierpliwieniem głową. - Bądź poważny! Blondyn zerknął na nią ze zdziwieniem, lecz przestał się uśmiechać. Kobieta spojrzała mężowi w oczy. - Przypatrz mu się! Przez chwilę lustrował Daniela wzrokiem. Gdy odezwał się, w jego głosie był cień zamyślenia. Wydaje mi się, że jest do kogoś podobny... Ale do kogo? - Nie pamiętasz tych dwóch bliźniaków, kuzynów pana Jakuba? Jeden z nich miał na imię Damian, drugi chyba... Dominik. Daniel, zafascynowany i napięty do granic spoglądał na gospodarzy z rosnącą nadzieją w oczach. Być może rozmawiają o jego rodzinie! Mężczyzna spojrzał na chłopaka z uwagą, po czym zapytał żonę. - Myślisz, że on może być z nimi spokrewniony? Kobieta kiwnęła potakująco głową. Ona, która w okresie młodości podkochiwała się w przystojnym i fascynującym Damianie, doskonale pamiętała, jak on wyglądał. Ten chłopak to odbicie szlachcica sprzed lat. - Powiem więcej. On musi być synem któregoś z nich. Jestem tego pewna, jest zbyt podobny, aby to mogła być pomyłka. Daniel odezwał się cicho. - To znaczy, że... znacie państwo mojego ojca? Mężczyzna był nieco bardziej ostrożny. Bał się, że gdy nie okaże się to prawdą, chłopak się załamie. - Być może go znaliśmy. Podprowadził gościa do stołu i usiadł naprzeciwko. Szare oczy chłopaka nie odrywały się od jego twarzy, spoglądały rozgorączkowane. Odetchnął głęboko i zaczął mówić. - Ten dwór na wzgórzu nazywa się Zieleniec. Ja mam na imię Marek i jestem tam stajennym, moja żona Kasia pomaga czasami w kuchni. Tak było i dwadzieścia lat temu. Wówczas do dworku wrócił jego właściciel Jakub Koryński z żoną Cecylią. On miał dwóch kuzynów, bliźniaków, którzy często przyjeżdżali w odwiedziny. Być może jesteś synem któregoś z nich. Twój wygląd na to wskazuje. - A moja matka? - Nie wiem, kim ona jest. Dopóki tu przyjeżdżali, obaj byli kawalerami. Dwa lata po przejeździe baron Jakub zmarł, jego żona utraciła dwór i wróciła do rodzinnego Sokołowa. Z tego co wiem, obaj bliźniacy mieszkali w jej sąsiedztwie. Daniel pochylił głowę, zamknął oczy i siedział przez chwilę bez słowa. W końcu, myślał, w końcu czegoś się dowiedziałem! Muszę jak najszybciej dotrzeć do tego dworu o nazwie Sokołowo, być może tam uzyskam jakieś informacje o mojej rodzinie. Na jego twarzy pojawił się szczęśliwy uśmiech, z niecierpliwością spojrzał mężczyźnie w oczy. - Gdzie jest Sokołowo? - Na południu, jakieś cztery dni szybkiej jazdy konnej. Rozpromieniony wzrok chłopaka uświadomił Markowi, jak bardzo nieostrożnie postąpili on i Kasia. Rozbudzili w nim nadzieje, które mogły okazać się całkiem bezpodstawne. Przecież sam wygląd nie jest dowodem, że ktoś jest spokrewniony z drugą osobą, a przecież tylko tego argumentu używali. W tej chwili radość młodzieńca nie miała granic, lecz szybko może zamienić się w rozpacz i załamanie. Jest bardzo prawdopodobne, że żaden z bliźniaków nie jest ojcem tego chłopaka, to tylko domysły. Co będzie, gdy znajdzie się on w punkcie wyjścia? Znów zostanie sam, bezdomny i samotny, z ciężkim bólem zawodu w sercu. - Posłuchaj - zaczął ostrożnie. - Nie powinieneś cieszyć się zawczasu. Przykro mi to mówić, ale szanse na to co mówię ja i moja żona są niewielkie, to nie musi być prawda. To tylko nasze domysły. Nie mamy żadnych dowodów na to, że jesteś w jakikolwiek sposób spokrewniony z tymi bliźniakami, moja żona zwróciła tylko uwagę na twoje podobieństwo do nich, a to niezbyt pewny punkt oparcia. Trochę zbyt wcześnie zrobiliśmy ci być może niepotrzebne nadzieje. - Marek, jak możesz! - oburzona Kasia stanęła za plecami chłopaka, położyła mu dłoń na ramieniu w geście pocieszenia. Spojrzała na męża karcącym wzrokiem i odezwała się cicho. - On potrzebuje nadziei! Dlaczego mu ją odbierasz? - To nie jest w porządku. On będzie cierpiał sto razy bardziej, gdy się rozczaruje. Nie możemy mu obiecywać gruszek na wierzbie! Żona dała Markowi znaczący znak głową i po chwili zostawili Daniela w izbie, sami wyszli przed próg chaty. Drżeli z zimna na chłodnym wietrze, lecz ich rozmowa była gorąca. - Kasiu, tak nie można. Tylko ranimy tego chłopaka! Nie widziałaś, jakie miał nadzieje? - To chyba dobrze? - syknęła Kasia z irytacją. Marek zmarszczył czoło, spojrzał żonie w oczy. - Nie! Źle zrobiliśmy mówiąc mu to wszystko, bo to nie jest prawda! - Jest tylko jeden sposób, by się o tym przekonać. Oczy Marka wpatrywały się w żonę z niedowierzaniem. Nie dopuszczał do siebie myśli, że ona może być tak mało rozsądna. - Nie. Nie zrobię tego. - Powinieneś. Marek wybuchnął złością. -Przypuśćmy, że pojadę z nim do kuzynów Jakuba. I co dalej? Stanę na środku pokoju, pokażę na chłopaka i zapytam, czy to nie jest syn któregoś z nich? Obaj powiedzą nie. Boże, czy ty zdajesz sobie sprawę, jak ten chłopak będzie się czuł?! - Pomyśl raczej, jak się poczuje, gdy znajdzie ojca! Dlaczego przewidujesz najgorsze?! - Bo opieramy się na niepewnym gruncie! Jakie mamy dowody? Wygląd! Przecież to żaden argument! Setki ludzi są do siebie podobne i wcale nie są rodziną. Kasia zmrużyła oczy. - Jesteś uparty jak osioł! Ja nie chcę, żeby on cierpiał. - Ja też tego nie chcę! Jeszcze przez chwilę wymieniali zdania na sporny temat, każde z nich chciało przekonać drugie o swojej racji. W końcu zaprzestali dyskusji nie osiągnąwszy porozumienia. Zarówno Marek, jak i Kasia upierali się przy swoim zdaniu i uważali, że postępują słusznie. Daniel zauważył napięcie panujące między gospodarzami, chociaż starali się ukryć przed nim kłótnię. Uśmiechali się do niego sympatycznie, rozmawiali na błahe tematy, lecz nie wspominali o tym najbardziej drażliwym. Oboje widzieli, że chłopak stał się milczący, uśmiech na jego ustach był wymuszony, ciemnoszare oczy sprawiały wrażenie nieobecnych. Marek nie wiedział, co o tym myśleć. Z jednej strony uważał, że postąpił słusznie, gasząc zbyt duży zapał chłopaka, z drugiej zaś gnębiły go wyrzuty sumienia. Kilka razy w ciągu dnia łapał się na tym, że wpatruje się w cichego gościa i zastanawia nad słowami żony. W jej rozumowaniu dostrzegał coraz więcej racji, lecz cały czas odrzucał je od siebie. Dopiero wieczorem, gdy nagle wszedł z dworu do izby i spojrzał na chłopaka stojącego przy oknie, musiał przyznać, że postępuje niewłaściwie. Sprawiły to łzy mieniące się w oczach Daniela, który momentalnie, lecz nie dość szybko odwrócił głowę od gospodarza. Marek nie spał przez pół nocy. Leżał cicho u boku Kasi, wpatrzony w ciemność i zastanawiał się, co powinien zrobić. Polubił tego młodego, spokojnego chłopaka i naprawdę chciał tylko jego dobra. W końcu podjął decyzję. Gdy tylko słońce pojawiło się na horyzoncie, mężczyzna zaprzągł konia do wozu i wrócił do domu. Kasi nie było w pobliżu, akurat dziś od świtu pomagała we dworze, lecz zdążyła przygotować potrzebne do drogi jedzenie. Gdy tylko dowiedziała się o postanowieniu męża, uściskała go serdecznie i życzyła powodzenia. Żałowała tylko, że nie pożegna się z gościem, lecz nie chciała go zbyt wcześnie budzić. Tuż przed wyjściem do pracy zajrzała do izdebki Daniela, spojrzała z czułością na śpiącego w mroku chłopaka i uśmiechnęła się ze wzruszeniem. Szczerze wierzyła, że odnajdzie on rodzinę i dom. Marek wszedł do komórki, potrząsnął lekko ramieniem Daniela. Ten stęknął cichutko i otworzył oczy. - Wstawaj. - rzucił chłopakowi mundur na łóżko. Jeszcze nieco zaspany Daniel usiadł na futrach i odprowadził wzrokiem wychodzącego z domu Marka, po czym sięgnął po ubranie. Kilka minut później, czysty i zadbany jak na początku wojska, wyszedł przed chatę i zerknął na porządkującego wóz stajennego. Ten skończył pakowanie czterech grubych koców, mających ochronić ich w nocy przed zimnem, położył z tyłu kosz z jedzeniem i spojrzał na stojącego w progu chłopaka. Uśmiechnął się do niego. - Chodź, musimy ruszać. Czeka nas długa droga. Nieco niepewny Daniel podszedł do wozu i spojrzał w górę w oczy siedzącego na koźle Marka. - To znaczy... Odwozi mnie pan do domu? Mężczyzna zawahał się chwilę, po czym odezwał się spokojnie. - Muszę porozmawiać z jedną osobą, być może ona wie coś na twój temat. Poza tym chcę, żebyś zobaczył pewne okolice, może to pomoże twojej pamięci. Usta Daniela rozciągnęły się w uśmiechu, szybko wskoczył na kozła. - Dziękuję. - spojrzał Markowi w oczy, jego głos miał w sobie uniesienie. - Moja żona ma rację. Powinieneś mieć chociaż szansę na odnalezienie rodziców, nawet jeśli ta szansa jest niewielka. - mruknął i zmusił konia do drogi.
Jechali już trzeci dzień mijając puste okolice porośnięte lasami i krzewami, gdy nagle Daniel poruszył nie dający mu spokoju temat. - Ta osoba, z którą chce się pan spotkać... Ona może mnie znać? Marek nie odpowiedział, lecz chłopak nie chciał tak łatwo ustąpić. - Proszę mi powiedzieć! - Dobrze. Właściwie masz prawo wiedzieć, w końcu to dotyczy ciebie. Chcę się spotkać z Cecylią. Daniel zastanowił się chwilę. - To była właścicielka Zieleńca, tak? - Tak. Jej mąż Jakub miał kłopoty finansowe, został oszukany i stracił pieniądze. Cecylia starała się, lecz nie była w stanie utrzymać dworu. W końcu wróciła do Sokołowa. Być może właśnie ona wie coś o Damianie i Dominiku, przyjaźniła się z nimi. - I któryś z nich może być moim ojcem. - stwierdził Daniel z zamyśleniem. - Być może. - Marek spojrzał na chłopaka i uśmiechnął się lekko. - Jeżeli to prawda, to jesteś nie byle jakim szlachcicem. Zaskoczony Daniel odwrócił głowę w stronę mężczyzny. W jego spojrzeniu dojrzał prawdziwą sympatię. Wyczuł, że ten sobie z niego nie żartuje. Odetchnął głęboko, pełną piersią. - Boże, ja szlachcicem... Chyba najbiedniejszym pod słońcem. - zaśmiał się cicho. Przez chwilę spoglądał przed siebie, po czym zapytał poważnie. - Proszę powiedzieć mi szczerze. Co pan o tym wszystkim myśli? Mam jakieś szanse? Marek zerknął na profil chłopaka. Po chwili milczenia odezwał się cicho. - Mam nadzieję, że tak. Im dłużej z tobą przebywam, tym bardziej przypominasz kuzynów pana Jakuba. Już nie chodzi tylko o twój wygląd, ale i o charakter. Naprawdę mocno się zdziwię, jeżeli nie będziesz miał z nimi nic wspólnego. - Rozumiem. Ja doskonale zdaję sobie sprawę, że ci mężczyźni nie muszą być... Żaden z nich nie jest na pewno moim ojcem. Ale chcę w to wierzyć. Marek zastanowił się chwilę. Gdy odezwał się, jego głos miał w sobie cień współczucia. - Jeżeli spełnią się najgorsze przypuszczenia, co wtedy zrobisz? Chłopak odwrócił głowę, spojrzał na ścianę bezlistnego lasu przesuwającą się tuż obok nich. Wokoło panowała cisza, słychać było tylko końskie kopyta i ciche skrzypienie wozu. - Nawet nie chcę o tym myśleć. - Możesz zostać u nas. - Nie, dziękuję. - uśmiechnął się lekko - Jestem panu i pana żonie bardzo wdzięczny, ale... muszę znaleźć rodziców. Nawet jeśli miałbym wędrować kolejny miesiąc. - Obyś tylko nie musiał spełniać tych planów. - mruknął Marek i mocno zacisnął zęby.
Minął kolejny dzień podróży i nerwy Daniela stały się naprężone do ostateczności. Odzywał się coraz mniej, tracił swobodę zachowania, w końcu siedział tylko na koźle i patrzył przed siebie ze skupieniem. Marek widział, co się dzieje z chłopakiem i doskonale go rozumiał. On także bał się przyszłości. - Zacznij się rozglądać. Za pół godziny będziemy w Sokołowie. - jego głos był miły i sympatyczny, lecz dało się w nim wyczuć napięcie. Wiedział, że w tej chwili decyduje się dalsze życie chłopaka siedzącego obok. Nerwy Daniela były napięte do granic, jego ciemnoszare oczy lustrowały okolicę. Jechali niewielką drogą, ciągnącą się pomiędzy łąkami a lasem, tu i ówdzie rosły gęste chaszcze. Minęli puste pola. Od czasu do czasu słychać było głośne krakanie wron i gawronów, żerujących na zbitej ziemi. Coś nagle je przestraszyło i około trzydziestu czarnych ptaków wzbiło się w powietrze, leniwie machając skrzydłami. Kasztanowy koń przeszedł spokojnie obok brzozowego lasku i kierowany zręczną ręką Marka minął bramę Sokołowa. Daniel szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w pobielany dwór. Nie wjechali na dziedziniec. Boczną ścieżką podjechali do długiego budynku gospodarczego, zatrzymali się wśród drzew, tuż przy wybiegu dla koni. W tej chwili nikt z dworu ani z gospodarstwa nie mógł ich zobaczyć, chyba, że ktoś obchodziłby budynki dookoła. Marek oparł się łokciami o kolana, spojrzał chłopakowi w oczy. - I jak? Przypomniałeś coś sobie? Daniel potrząsnął głową, ukrył czoło w dłoni. Jego głos był niepewny i zachrypnięty z przejęcia, serce waliło mu mocno. - Nie wiem. Już mam mętlik w głowie. - Idę do Cecylii. Ty zostań tutaj, dobrze? Chłopak zeskoczył na ziemię, spojrzał mężczyźnie w oczy. Widać było, że jest zdenerwowany, jego szczęka drżała leciutko, chociaż starał się tego nie okazywać. Oczy błyszczały mu mocno, stały się niemal czarne. - Pójdę z panem. Marek zawahał się. Nie chciał za wszelką cenę, by ten wrażliwy młodzieniec usłyszał być może bolesną prawdę prosto w oczy. Wiedział, że to go może załamać, chciał go ochronić przed takim ciosem. To nie było pewne, lecz możliwe. - Lepiej zostań. - Chcę pójść! Mam już dosyć niepewności, muszę znać chociażby najgorszą prawdę. Marek odetchnął głęboko, spojrzał chłopakowi w oczy. - Zostań, to będzie dla ciebie lepsze. Gdy tylko czegokolwiek się dowiem, przyjdę tu. Nic przed tobą nie zataję, obiecuję. Daniel stał bez słowa, zdecydowany na upór. Jednak widząc mądre spojrzenie Marka, zrezygnował. Znał go i wiedział, że ten człowiek zrobiłby wszystko, aby odnalazł dom. Jeżeli się upierał, najwyraźniej miał poważne powody. - Dobrze. - wypuścił powietrze z płuc. - Tylko proszę, niech pan wróci jak najszybciej! Marek uśmiechnął się do niego, poklepał po ramieniu. - Bądź dobrej myśli. Daniel kiwnął głową i z napięciem obserwował oddalającego się mężczyznę. Gdy tylko ten zniknął mu z oczu, odetchnął urywanie i wolnym krokiem podszedł do ogrodzenia pastwiska. Oparł się ciężko o okrągłą belkę i wpatrywał się przed siebie. Myślał o tym, co się stanie. Nagłą siłą woli zmusił pamięć do wytężenia pracy, z zaciętością starał się przypomnieć sobie cokolwiek. Jednak i tym razem, jak wiele dni przedtem, nie mógł ogarnąć całości. Miał tylko przebłyski, co prawda coraz liczniejsze, lecz niewiele znaczące. - Muszę sobie przypomnieć! - syknął przez zaciśnięte zęby. Rozejrzał się dokoła, lecz okolica była dla niego obca. Zdawało mu się, że po raz pierwszy widzi ciągnące się przed nim pastwisko i ścianę lasu za nim, nie rozpoznawał długiego, ciemnego budynku gospodarczego. Jakimś sposobem błysnęło mu w pamięci, że znajduje się tutaj stajnia, stodoła i kurnik, lecz impuls był tak niewyraźny i szybki, że nie zwrócił na niego uwagi. Gdyby tylko go spostrzegł, zapewne nabrałby nieco bardziej optymistycznego podejścia. Teraz jednak musiał siedzieć i czekać na wyniki rozmowy Marka. Zdawał sobie sprawę, że przyniesione przez mężczyznę wieści mogą zaważyć na całym jego życiu. Zdenerwowany, coraz bardziej przybity i niespokojny, oparł czoło na dłoniach, zacisnął oczy i stał tak przez dłuższy czas. Nie zwracał uwagi na krzyki ptaków i ciche echo szczekania psa gdzieś w oddali. Nie zauważał mroku, otulającego powoli okolicę. Szare niebo przybrało ciemną barwę, kontury drzew i budynków zaczynały się zacierać. Od czasu do czasu wzmagał się chłodny wiatr. Daniel stał oparty o ogrodzenie tak długo, że nogi zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa, naciągnięte mięśnie pobolewały coraz bardziej. On jednak zdawał się tego nie zauważać, nadal trwał w bezruchu z ramionami położonymi na drągu i głową opartą na dłoniach. Nagle drgnął lekko. Powoli podniósł głowę i spojrzał w prawo. Zdawało mu się, że słyszy czyjeś odgłosy. Nie mylił się. Wzdłuż tylnej ściany budynku, prosto w jego stronę, szły dwie postacie. Nie spieszyły się, poruszały się wolnym krokiem, cicho ze sobą rozmawiając. Gdy tylko podeszli nieco bliżej Daniel zorientował się, że to dwaj młodzi mężczyźni. Rozmowa ucichła, jakby ktoś uciął nożem. Obaj zatrzymali się w miejscu i szeroko otwartymi oczami wpatrywali się w Daniela. On także patrzył na nich, lecz wydawali mu się całkiem obcy. Długo spoglądali na siebie w milczeniu. Młodszy z nich podszedł krok bliżej i odezwał się cicho. - To niemożliwe... bo jak? Trzej młodzieńcy przyglądali się sobie z niepewnością. Nie wiedzieli, jak się mają zachować. Paweł, jako pierwszy podszedł do Daniela, stanął twarzą w twarz, lustrował go od stóp do głów. - Daniel! To naprawdę ty... – uśmiechnął się radośnie. Widząc jednak, że Daniel nie reaguje, stoi sztywno i nie odzywa się słowem, posmutniał. Odwrócił się do blondyna, spojrzał na niego żałośnie. Robert podszedł bliżej, utkwił w Danielu przenikliwe oczy. - Dlaczego się nie odzywasz? - szepnął Paweł do odnalezionego przyjaciela. Daniel przełknął ślinę, spojrzał w stalowe oczy blondyna, przeniósł wzrok na młodszego chłopaka. - Wy... wy mnie znacie? – zapytał cicho. - Nabijasz się?! - Paweł dopadł do przyjaciela i potrząsnął nim mocno. Z jego oczu popłynęły łzy żalu i wściekłości. Nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje. Był przekonany, że nigdy nie spotka już Daniela. Nagle, jak z podziemi pojawia się w Sokołowie, lecz wydaje się być całkiem obcy! To było dla trzeźwo myślącego syna stajennego za dużo. - Żarty ci w głowie?! Jakimś cudem się tu znalazłeś i udajesz, że nas nie znasz! Nie, ja mam tego dość! Daniel poczuł, że na widok płaczącego chłopaka i jemu do oczu napływają łzy. Nie protestował, gdy ten szarpał go mocno, poddawał się temu bez słowa. W końcu musiało…