Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 20 min czytania

Niewidzialna

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Historia, którą opowiem zdarzyła się naprawdę. Przez dość długi czas nikt oprócz mnie o niej nie wiedział. Ale jak można tak ważne sprawy przemilczeć i sprawić żeby odeszły w zapomnienie? Wszystko bardzo dokładnie pamiętam. Byłam wtedy w drugiej klasie szkoły średniej. Zima rozpoczęła się na dobre. Drobne płatki śniegu spadały z nieba pokrywając różnokolorowe płaszcze przechodniów. Zwykle szare, brudne ulice wyglądały niemal jak baśniowa kraina. Świat z każdą chwilą stawał się coraz czystszy, bielszy, jakby rodził się na nowo bez względu na to wszystko co było kiedyś. Idąc tak wąską uliczką mojego miasta spoglądałam co chwila w niebo, albo na biegnących w niewiadomo jakim kierunku przechodniów. No cóż. Święta zbliżały się wielkimi krokami i jak co roku wszyscy byli podekscytowani. Co oni widzą w tych całych świętach? Tak bardzo lubią świąteczny szał zakupów i wydawanie kasy? Osobiście nie cierpię wielkiej bieganiny po sklepach (szczególnie kiedy mam znaleźć cos ważnego a nic odpowiedniego nie mogę poszukać, co zdarza się często) i dodatkowego stresu, że się nie zdąży do Gwiazdki. To, co w świętach mnie fascynuje to przede wszystkim tradycja. Jest ona bardzo trwała. Spoglądając obiektywnie na nasze społeczeństwo widzimy, że ludzie, którzy z wiarą na co dzień nie mają wiele wspólnego, jednak święta obchodzą. Dlaczego? Tutaj jest rola tradycji przechodzącej z pokolenia na pokolenie i zakorzenionej w naszej kulturze tak, że większość ludzi nie wyobraża sobie grudnia bez Bożego Narodzenia. Szczerze mówiąc, ja także nie mogłabym obyć się bez Świąt, trudno jest czymś innym zastąpić tę radosną chwilę oczekiwania na pierwszą gwiazdkę, ubieranie choinki, wręczanie i otrzymywanie prezentów i jedzenie smakołyków i potraw wigilijnych. Po prostu nie można nie lubić tej atmosfery przesyconej miłością, spokojem i nuceniem kolęd pod nosem. Niektórych może denerwować komercjalizacja świąt, ale spoglądając w wystawy sklepowe, trudno nie zgodzić się, że te wszystkie ozdóbki wzbogacają klimat, sprawiają, że święta stają się wszechobecne. Pogrążona w swoich myślach szłam na przód, aż nagle jakaś niespodziewana postać pojawiała się przede mną, nie zdążyłam zatrzymać się i wpadłam na nią, hukiem lądujac na twardym chodniku. Poprawiłam okulary, które spadły mi z nosa i zauważyłam, kto był przyczyną mojego wypadku. Obok mnie leżała Ania i pocierała swoje kolano, które prawdopodobnie zbiła sobie upadając. - Uważaj jak chodzisz i na kogo wpadasz – wycedziłam. Potem wstałam i teatralnie otrzepałam się ze śniegu. Spojrzałam na Anię. Nadal siedziała na chodniku i wpatrywała się we mnie przerażonym wzrokiem. Nie wiem, może bała się, że coś jej zrobię. Mogło to tak wyglądać. Stałam nad nią ze skwaszoną miną i patrzyłam na nią z góry (a byłam od niej o dobre kilkanaście centymetrów wyższa). Ona drobna, wychudzona dziewczynka z małymi, sinymi od zimna rączkami. Wpatrywała się we mnie tymi swoimi wąskimi, szarymi oczkami i milczała. Czekała na karę, czy na uniewinnienie? Naprawdę, wtedy zrobiło mi się jej żal i cała złość od razu minęła. - Nic ci nie jest? – powiedziałam i pomogłam jej wstać. Ona nadal przyglądała się mi, ale teraz już tylko z lekkim niepokojem i zdziwieniem co za metamorfoza we mnie zaszła. - Gdzie ci tak spieszno?- powiedziałam żeby trochę rozluźnić napiętą atmosferę. - Idę do Kościoła, na mszę za mojego ojca… - odpowiedziała cicho, jednak nadal patrzyła mi prosto w oczy. - Aha… Nie wiedziałam, że umarł. Współczuje… - Umarł rok temu – dodała Ania. A potem zapadła cisza.

Wpatrywałyśmy się w siebie i pewnie każda chciała odgadnąć myśli drugiej. Trochę mi było głupio, że nie wiedziałam o śmierci jej ojca. Chodziła do mojego gimnazjum a teraz jesteśmy już od ponad roku w tej samej klasie. A ja tak naprawdę, poza jej imieniem i nazwiskiem, nie wiem za dużo na jej temat. Nie miałam ani okazji, ani też chęci żeby poznać ją lepiej. Nie było w niej nic co mogło by zwracać moją uwagę, nic ciekawego, oryginalnego, odmiennego. Nie wyróżniała się strojem, nie buntowała się, nie miała własnego zdania, nie uczyła się najlepiej. Dla mnie była jak niewidzialna. Nie zwracałam na nią uwagi. Mój czas był drogocenny dlatego poświęcałam go jedynie dla osób, które wydawały mi się atrakcyjne fizycznie, psychicznie albo społecznie. Nic dziwnego, że na temat jakiejś Anny Kroch mogłam skleić zaledwie parę jako tako sensownych zdań. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że nie tylko ja nie zauważałam „niewidzialnej”. Prawie cała klasa nie zwracała na nią uwagi. Ania była jakby poza społecznością klasową. Co prawda niektórzy interesowali się nią opisując ją jednym stanowczym i nieodwołalnym określeniem – dziwna. Niewątpliwie trudno było ją nie zaliczyć do grupy „dziwnych ludzi”. Wszędzie chodziła sama rzadko kiedy odzywając się do kogoś choćby krótkim zdaniem, wszystko chciała robić sama, była niemal aspołeczna. Chodziła w starych, dawno już niemodnych ubraniach, miała zawsze cienie pod oczami co nadawało jej wyrazu tajemniczości, ale też i smutku, a swoje długie, choć rzadkie włosy czesała w warkocz. Nie można powiedzieć, że była brzydka, ale też nie miała w sobie nic pięknego w dodatku jej zachowanie i styl bycia nie zjednywał jej przyjaciół. Teraz ta oto „niewidzialna” stała naprzeciwko mnie. Na ulicy, w normalny, biały dzień, wśród gromady innych ludzi, tak po prostu. Nagle oprzytomniałam, pozbierałam się znów w sensowną całość wyrywając się z tego mętliku myśli, ominęłam moja koleżankę i odeszłam stanowczym krokiem rzucając tylko suche: - Na razie. Ania nie odpowiedziała. A może ja nie słyszałam jej odpowiedzi. Szłam szybko przed siebie i starałam się nie myśleć już więcej o mojej „dziwniej” koleżance. To było dla mnie zbyt kłopotliwe. Zupełnie nie na rękę. Miałam się cieszyć świętami a myślenie o „niewidocznej” stanowczo nie było łatwe i przyjemne, ale wiązało się z głębszymi przemyśleniami i trudnymi pytaniami, na które nie miałam teraz ani siły, ani ochoty. Dlatego też próbowałam się jakby wyłączyć. Szłam przed siebie jak duch przemykając między ludźmi. A jedyne co słyszałam to odgłosy miękkiego śniegu krzyczącego z bólu, kiedy przygniatałam go moimi ciężkimi butami. Następnego dnia w szkole Ania nie zwracała na mnie uwagi. Próbowałam nawet natarczywym patrzeniem się na nią, zwrócić jej uwagę i zachęcić chociażby do powiedzenia mi głupiego „cześć”, nie mówiąc już o cichej nadziei na mały, niemal niewidoczny uśmiech. Ale nic z tego. Ania była nieugięta. Może nie chciała zmieniać niczego i wymazała nasz wczorajszy wypadek całkowicie z pamięci a może po prostu nic dla niej nie znaczył. Ja też powinnam to potraktować bardziej z dystansem, ale nie mogłam przestać myśleć o tej dziwniej dziewczynie. Zaczęła mnie ciekawić, naprawdę chciałam dowiedzieć się czegoś o niej. Stała się ona dla mnie jak jakaś mała, ale okropnie trudna zagadka, którą obsesyjnie próbuje się rozwiązać. Przez cały tydzień próbowałam się czegoś dowiedzieć o Ani od znajomych, jednak nic wiedzieli oni więcej niż ja. Kilka dni przed przerwą świąteczną Ania zmieniła jakby swoje nastawienie do mnie i przestała udawać że nie zwraca na mnie kompletnie uwagi, ale było to jedynie związane z przypadkiem, z moim „szczęściem w nieszczęściu”. A mianowicie było to tak, że cały poprzedni dzień spędziłam przed komputerem zapominając całkowicie o klasówce jaka miała być z historii. Na szczęście przed lekcjami jeszcze znalazłam czas, żeby zrobić jakieś konkretne ściągi, żeby całkowicie nie polegnąć i dostać te ocenę pozytywną. Niestety miałam pecha (choć możliwe, że nerwy odegrały tu większą rolę) i w trakcie ściągania na sprawdzianie ściągi nieszczęsnym trafem wypadły mi z ręki i wylądowały na podłodze, przed moją ławką. Dodatkowo pani profesor akurat podążała w moim kierunku i oczywiście zauważyła leżące ściągi. Od razu było widać czyje one są. Na twarzy byłam czerwona jak burak. Zaschło mi w gardle. Ręce miałam całe spocone ze stresu. Milczałam i czekałam na wyrok nauczycielki, która trzymała ściągi i ze srogą miną patrzyła na mnie. Nagle stała się rzecz najmniej przeze mnie oczekiwana – ze swojej ławki podniosła się Ania. - To są moje ściągi, pani profesor… - wpatrywała się w swoje stopy i mówiła cichym, ale wyraźnym głosem – upuściłam je… - dodała. Ania jak najbardziej mogła się wczuć w sytuacje, w której tej ściągi należałyby do niej, bo siedziała tuż przede mną. Nauczycielka obrzuciła mnie podejrzliwym spojrzeniem, ale podeszła do stolika Ani, odebrała jej prace i kazała opuścić salę. Byłam w szoku. To co ta dziewczyna zrobiła dla mnie było jak anielski czyn, całkowicie niespodziewany z jej strony. Wyobrażam sobie co mogła wtedy czuć, gdy miała na sobie spojrzenia wszystkich ludzi z klasy. Była czysta jak łza a przejęła na siebie moja winę i ocenę niedostateczną bez możliwości poprawy z historii. Uratowała mnie, bo gdyby nie ona zgarnęłabym kolejną złą ocenę do kolekcji. Szczerze wątpię, żeby któraś z moich dobrych koleżanek zrobiła coś podobnego dla mnie. Ku mojemu zdziwieniu kolejne lekcje znów zachowywała się tak jak zwykle, czyli nie zwracała na mnie uwagi, tak jak gdyby nic się nie stało. Tak skrupulatnie mnie unikała, że nawet nie miałam okazji podziękować jej za to wszystko. Po skończeniu zajęć pobiegłam jak najprędzej do szatni po kurtkę i wyszłam przed szkołę. Czekałam na jedną osobę i miałam nadzieję, że tym razem mi nie ucieknie. I miałam rację. Po chwili oczekiwania ze szkoły wyszła Ania. Poczekałam minutkę, żeby trochę się oddaliła a potem zaczęła podążać jej śladem. Śledzenie to trwało jakieś dobre dziesięć minut, w trakcie którego niemało namęczyłam się, żeby pozostać niezauważoną. Podążając za Anią trafiałam na pobliski cmentarz.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Niewidzialna — czytnik · opowiadania